Mentionsy Mentionsy
Kryminatorium
Kryminatorium

Chodziły plotki, że to ksiądz. Zniknęła po spowiedzi | 356.

10.02.2025 ·42 min 10 s

[autopromocja] Zamów moją specjalną serię na https://dewianci.kryminatorium.pl/--------OPIS SPRAWY Z ODCINKA: Zaginięcie młodej latynoskiej nauczycielki w roku 1960 postawiło na nogi stróżów prawa z południowego Teksasu. Kilka dni później zakrojone na szeroką skale poszukiwania zmieniły się w śledztwo w sprawie zabójstwa. Choć szybko pojawiły się plotki na temat tożsamości sprawcy, detektywi bezradnie rozkładali ręce. Nie mieli żadnych dowodów przeciwko komuś, kto wydawał się być skutecznie chroniony przez potężnych „protektorów”. Pogoń za zabójcą trwała ponad pół wieku i przyniosła szokujące rozwiązanie…

83-letni mężczyzna, były ksiądz, wspierając się chodzikiem pod eskortą policjantów, pojawia się na sali sądowej. Każdy wyrok wskazujący, który za chwilę usłyszy, oznaczać dla niego będzie spędzenie reszty życia za kratkami, bo chodzi o poważne przestępstwo. Sprawa dotyczy zdarzenia z 1960 roku. Wtedy 25-letnia nauczycielka Irene zniknęła po wieczornej mszy i spowiedzi tuż przed Wielkanocą. W kościele widziało ją wiele osób, ale nikt nie wiedział, co działo się z nią później. Od samego początku były plotki, że za wszystkim stoi młody ksiądz, jednak brakowało dowodów. Przez to śledztwo utknęło na długie dekady. Dopiero po latach nowy świadek rzucił światło na tę niewyjaśnioną sprawę.

W dni wolne od szkolnych zajęć odwiedzała w domu swoich uczniów, aby sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku i czy nie są przypadkiem głodni. Po pierwszym roku pracy w szkole podstawowej znali ją już niemal wszyscy mieszkańcy miasteczka. Rodzice jej uczniów modlili się za nią i nie mówili o niej inaczej niż panna anioł. I nie było w tym żadnej przesady. Irene faktycznie była aniołem. Znane były nie tylko jej wielkie zaangażowanie w pomoc biednym dzieciom, ale także jej ogromna wiara i religijność. Jak zdecydowana większość latynoskiej części amerykańskiego społeczeństwa w Teksasie, kobieta była żarliwą katoliczką. W każdą niedzielę uczestniczyła we mszy świętej w swoim ulubionym kościele pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Parafia ta usytuowana była w południowej części miasteczka, była to więc dla niej dodatkowa okazja do spotkań po mszy zarówno z jej uczniami jak i ich rodzicami. Oprócz niedzielnych nabożeństw młoda nauczycielka pojawiała się w tym samym kościele także w każdy sobotni wieczór. W tym czasie miejscowi księża spowiadali wiernych, a jak później powiedzieli jej krewni, Irene nawet gdy nie miała się z czego spowiadać, czuła potrzebę pójścia do spowiedzi, zwłaszcza jeżeli zbliżały się ważne dla wszystkich katolików święta. W roku 1960 Wielka Sobota wypadała 16 kwietnia 1960 roku.

Był to ostatni dzień tak zwanego Wielkiego Tygodnia, poprzedzającego święto Zmartwychwstania Pańskiego, czyli Wielkanoc. Najważniejsze święto wszystkich chrześcijan. 25-letnia nauczycielka nawet nie dopuszczała myśli, że w tym szczególnym dla katolików, a więc i dla niej samej dniu, mogłaby nie przystąpić do spowiedzi. Zwykle do kościoła szła piesza, jednak tamtego popołudnia było dość zimno, a do tego mocno padało, co nie zachęcało do blisko dwukilometrowego spaceru. Dlatego poprosiła rodziców o pożyczenie jej samochodu. Choć oni uważali jedyne rodzinne auto za swój największy skarb, zgodzili się bez żadnych zastrzeżeń. Jeżeli mogli go powierzyć jakiejś osobie, to właśnie córce, na której nigdy się nie zawiedli.

Dochodziła godzina w pół do siódmej wieczorem, gdy Irene odjechała na południe, kierując się w stronę kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wychodząc, powiedziała rodzicom, że po spowiedzi zostanie w kościele na wieczornej mszy, a po zakończeniu wróci prosto do domu. Później nastąpiło oczekiwanie rodziców na powrót córki, ale ich rodzinny samochód wciąż nie wjeżdżał na przydomowy podjazd. Każda kolejna godzina przynosiła coraz większe zmartwienie i nerwy. Tamtej nocy nie położyli się spać. Dochodziła godzina trzecia w nocy, gdy kompletnie przemoczeni od padającego deszczu oboje pojawili się na posterunku policji. Przyszli pieszo, byli potwornie zmarznięci i roztrzęsieni.

Oficerowi dyżurnemu zgłosili zaginięcie swojej córki, która kilka godzin wcześniej ich własnym samochodem udała się do kościoła i do tej pory nie wróciła do domu. Poszukiwania nauczycielki rozpoczęły się natychmiast po przyjęciu zgłoszenia jej zaginięcia. Policyjny patrol, co oczywiste, udał się prosto do kościoła. Na miejscu odnaleziono samochód, którym przyjechała. Stał zaparkowany na ulicy, tuż przy świątyni. Jednak w jego pobliżu nie było 25-latki. Wezwany na miejsce kościelne otworzył zamknięte w nocy drzwi kościoła. Policjanci rozejrzeli się po jego wnętrzu, oświetlając latarkami każdy zakamarek. Sprawdzili ambonę, prezbiterium, konfesjonał oraz przestrzeń pomiędzy ławkami.

Zajrzeli do zakrystii. Na próżno. Nigdzie nie znaleźli choćby śladu po poszukiwanej latynosce. Wyglądało tak, jakby kobieta rozpłynęła się w powietrzu. Pierwszą teorią śledczych było to, że jej auto zepsuło się, a ona oddaliła się spod kościoła, zostawiając pojazd. Na miejsce ściągnięto zrozpaczonych rodziców. Kazano im uruchomić samochód. Silnik odpalił za pierwszym razem. Auto było sprawne, więc to nie awaria była powodem pozostawienia go przez Irene. Czy kobieta zaginęła, gdy do swojego domu wracała pieszo? A może została uprowadzona przez kogoś, kto zaoferował jej podwiedzenie? Czy to możliwe, żeby za jej zniknięcie odpowiadała osoba, która poprzedniego wieczoru była razem z nią w kościele?

Aby to sprawdzić, postanowiono sporządzić listę wszystkich wiernych uczestników zarówno w spowiedzi, jak i w wieczornej mszy. Gdy w niedzielny poranek wielkanocny śledztwo w sprawie zaginięcia kobiety ruszyło pełną parą, rozpoczęły się żmudne poszukiwania. Brali w nich udział nie tylko policjanci, ale także miejscowi wolontariusze oraz specjalny oddział 70 funkcjonariuszy z biura szeryfa hrabstwa. Pierwszy wyznaczony obszar poszukiwań obejmował powierzchnię 35 przecznic wokół kościoła, w którym widziano zaginioną po raz ostatni. Na podstawie rozmów z obecnymi w kościele parafianami sporządzono dokładną listę osób, które w sobotni wieczór mogły rozmawiać lub choćby widzieć nauczycielkę.

Praca śledczych była tak drobiazgowa, że udało im się ustalić nawet w którym miejscu kościoła ludzie stali lub siedzieli. Jednak już pierwsze przesłuchania uświadomiły detektywom, że ustalenie przebiegu wydarzeń będzie trudne. Zeznania świadków różniły się od siebie. Pierwszą rzeczą, jaką odkryli, był fakt, że Irene miała bardzo wielu adoratorów. Choć z nikim nie była w związku, mężczyźni nieustannie zabiegali o jej względy. Zarówno młodzi kawalerowie, jak i żonaci mieszkańcy miasteczka. W trakcie przesłuchań wyszło na jaw to, o czym nikt wcześniej nie mówił głośno. Wielu potencjalnych adoratorów przychodziło do spowiedzi lub na mszę tylko po to, aby podziwiać urodę młodej nauczycielki.

Ustalono również, że obecność pięknej latynoski w kościele wzbudzała zazdrość wielu żon, oburzonych tym, że ich mężowie bez przerwy gapili się na piękną nauczycielkę. Czy za jej zniknięciem mogła stać inna kobieta? Czy jakaś żona postanowiła pozbyć się obiektu westchnień własnego męża? Takiej wersji nie mogliśmy wykluczyć. Najpierw musieliśmy jednak zawęzić krąg osób podejrzanych i spróbować ustalić, jak dokładnie wyglądał jej pobyt w świątyni. Tamtego wieczoru w kościele widzieli ją wszyscy, ale każdy zapamiętał ją inaczej. Jeden parafianin widział tylko jak uczyniła znak krzyża po wejściu do kościoła, a następnie podeszła pod sam ołtarz. Drugi oświadczył, że po wejściu uklękła w ławce w piątym rzędzie i zaczęła się modlić.

Tylko jedno stwierdzenie powtarzało się zgodnie we wszystkich zeznaniach. Nikt nie widział, aby tamtego wieczoru Irene wyszła z kościoła. Ani w trakcie nabożeństwa, ani zaraz po nim. Śledczy zastanawiali się, czy obserwowana przez wszystkich kobieta rzeczywiście wyszła z kościoła w sposób aż tak dyskretny. Jeśli tak, to czy była wtedy sama, czy z kimś. A może nigdy go nie opuściła. Ostatnia wersja brzmiała absurdalnie, bo i po co miałaby ona zostawać na noc w świątyni i później nie wrócić do domu? Mimo to postanowiono dokładnie przeszukać cały kościół. Jak się wkrótce okazało, bez rezultatu. Nauczycielki wciąż nigdzie nie było i nikt nie miał pojęcia, gdzie może się znajdować.

Od razu wykluczono go z kręgu podejrzanych. Ale kim był ten drugi, którego nazywała białym chłopcem? Dlaczego uznała, że nie powinna o nim myśleć? Czyżby był żonaty? Przyjaciółka nie miała zielonego pojęcia, o kogo chodziło, a przynajmniej tak zeznała. Ani rodzina, ani znajomi nauczycielki nie widzieli, aby kiedykolwiek spotykała się z kimś, kogo by nie znali. Dom, szkoła, kościół. Tak wyglądało jej całe życie. Nie chodziła na randki, nie była z nikim w związku. Z natury bardzo nieufna i nieśmiała. Praktycznie w ogóle nie utrzymywała kontaktów towarzyskich z mężczyznami, choć wielu z nich, mniej lub bardziej otwarcie, zabiegało o jej względy. Te wszystkie pytania o jej życie prywatne i związane z nim tajemnice już dwa dni później ustąpiły miejsca nowym pytaniom.

Czy zaginionej nauczycielce mogło się stać coś złego? Czy stała się ona ofiarą przestępstwa? Choć chcieliśmy wierzyć, że do tego nie doszło, nasze kolejne odkrycia zaczęły potwierdzać najczarniejsze scenariusze. Najpierw w samym centrum miasteczka przypadkowy przechodziń natknął się na pojedynczy but. Damstwie beżowe czułęko na wysokim obcasie leżało porzucone na jezdni tuż przy krawężniku. Lewy, lekko porysowany, z brakującym zapięciem. Znalezisko natychmiast pokazano matce kobiety, a ta powiedziała, że właśnie w takich butach jej córka pojechała w sobotę do kościoła. Śledczy byli zaniepokojeni, a to nie było ostatnie znalezisko, na jakie trafiono tego samego dnia.

A tych nie brakowało. Jedna z nich sugerowała, że sprawcą zabójstwa był niejaki Leo de Leon, jeden z najbardziej szanowanych mieszkańców McAllen, z którym nauczycielka miała mieć sekretny romans. Mężczyzny nie można było jednak przesłuchać, ponieważ zmarł na atak serca dzień przed odnalezieniem jej ciała. Nic jednak nie wskazywało, że miał cokolwiek wspólnego z zabójstwem, dlatego skreślono go z listy podejrzanych. Jedni mówili, że zabił ją jakiś bezdomny, któremu dała kilka dolarów, gdy w sobotni wieczór wyszła z kościoła. Inni byli przekonani, że padła ofiarą jednego ze swoich tajemniczych adoratorów, sfrustrowanego z powodu odrzucenia przez nauczycielkę jego awansów.

Nie potrafił jednak wyjaśnić, w jaki sposób przyrząd ten znalazł się na dnie kanału. Śledczy dobrze znali tego mężczyznę. Był nim 27-letni ksiądz John Fite z kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Przesłuchano go w charakterze świadka. Duchowny zeznał, że tamtego wieczoru rozmawiał z Irene na plebanii, którą opuściła kwadrans po dziewiętnastej, aby wyspowiadać się w kościele. Później zmienił swoją wersję, przyznając, że nauczycielka odwiedziła go na plebanii, ale nie po to, aby z nim porozmawiać, ale żeby się tam wyspowiadać. W trakcie rozmowy śledczy zauważyli zadrapania na zewnętrznych stronach jego dłoni. Wytłumaczył, że gdy wrócił w nocy do domu księży, w którym mieszkał, drzwi były już zamknięte, a on nie miał przy sobie kluczy.

Po zakończeniu testu badany stwierdził, że w przyszłości nie pojawią się takie dowody. Prokuratura nie zgodziła się na sporządzenie aktu oskarżenia. Domagała się mocnych dowodów, a takich przecież nie było. Poza tym w obronie księdza stanęły władze kościelne, które naciskały na władze świecnie, aby nie dopuściły do tego, co nazywali polowaniem na czarownicę. Śledczy odpuścili, ale podejrzany ksiądz nie dał o sobie zapomnieć. Wkrótce na policję zgłosiła się 20-letnia studentka, Maria Guerra, która oskarżyła duchownego o napaść i próbę wykorzystania. Do zdarzenia miało dojść trzy miesiące przed śmiercią Irene w jednym z kościołów w sąsiednim mieście. Ksiądz Fayt znów został przesłuchany i ponownie przebadany wariografem.

Minęły kolejne miesiące, ale nowe dowody w sprawie zabójstwa Irene nie pojawiły się. Prokuratura uparcie nie godziła się na proces poszlakowy, a sam ksiądz odmawiał udziału w kolejnych przesłuchaniach. Właśnie wtedy pojawiły się głosy, że cała sprawa miała także wymiar polityczny. W porozumieniu z władzami kościoła, w tuszowaniu winy księdza, mieli brać udział wysoko postawieni politycy z Partii Demokratycznej. Podobno obawiali się, że skandal z udziałem katolickiego księdza może zaszkodzić kampanii wyborczej ich kandydata na urząd prezydenta Stanów, Johna F. Kennedy'ego. Katolika, liczącego w Teksasie na głosy katolickich wyborców. Choć oficjalnie śledztwo wciąż było otwarte, detektywów oddelegowano do prowadzenia innych spraw.

Jeszcze przez jakiś czas mieszkańcy miasteczka zastanawiali się w tajemnicy pomiędzy sobą, komu bardziej zależało na tuszowaniu całej sprawy. Kościołowi, politykom czy władzom miejskim. Ludzie mieli jednak swoje własne życie, a ich codzienne troski sprawiły, że z czasem o śmierci latynoskiej nauczycielki mówili coraz mniej. Po jakimś czasie o całej sprawie zrobiło się cicho. Cisza ta trwała ponad 40 lat. Na początku kwietnia 2002 roku do Wydziału Zabójstw Policji w San Antonio zadzwonił pewien mężczyzna. Przedstawił się jako były ksiądz. Twierdził, że posiada wiedzę na temat zabójstwa młodej kobiety z lat 60. i że jej zabójcą był ksiądz.

Dzwoniący przedstawił się jako Dale Tashney z Oklahoma. Wyjaśnił, że dawno temu opuścił kapłaństwo, ale w roku 1963 mieszkał w klasztorze trapistów w Mizuri. Poznał tam innego księdza, który pewnego dnia przyznał mu się, że kilkadziesiąt lat wcześniej, w Wielką Sobotę, tuż przed Wielkanocą, zaatakował na plebanii młodą kobietę, a następnie wykorzystał ją i zabił. Dlaczego dopiero teraz postanowił o tym mówić? Przez dręczące go wyrzuty sumienia. Nie dawały mu spokoju przez te wszystkie lata. I kiedy w jednym z programów telewizyjnych obejrzał reportaż poświęcony różnym seksualnym skandalom w kościele, uznał, że już dłużej nie może milczeć. Informator nie wiedział, kiedy dokładnie doszło do zbrodni i w jakim mieście, ale przypuszczał, że wydarzyło się to gdzieś w Teksasie w roku 1963.

Wiedział, że nie przeszedł on testu na wariografię i doskonale pamiętał, dlaczego został on przeniesiony na inną parafię do odległego stanu. Władze kościoła próbowały w ten sposób uniknąć za wszelką cenę skandalu godzącego wizerunek kościoła. Ojciec O'Brien zgodził się złożyć obciążające zeznania w przypadku ponownego procesu. Podobnie jak Dale Tashney. Na tej podstawie kilka dni później śledztwo w sprawie zabójstwa sprzed 42 lat zostało wznowione. Detektywom udało się odnaleźć Johna Fajta. Od dawna nie był już duchownym. Mieszkał w Arizonie. Teraz miał żonę i trójkę dzieci. Gdy wszystko wydawało się zmierzać do szczęśliwego zakończenia, na drodze śledczych stanął prokurator okręgowy.

Mimo to bez specjalnego traktowania został osadzony w areszcie jak inni kryminaliści. A sąd wyznaczył za niego kaucję w wysokości miliona dolarów. Fyde takich pieniędzy nie miał, więc na swój proces oczekiwał w ciasnej celi. Rozprawa zaczęła się 28 listopada 2017 roku. Ojciec O'Brien już nie żył, ale w sądzie odczytano stenogramy z jego przesłuchań. Zeznania złożył także Dale Tashney. Pod przysięgą opowiedział o tym, do czego osobiście przyznał mu się Fyde. Tamtego sobotniego wieczoru, gdy Irene przybyła do kościoła na spowiedź, 27-letni ksiądz podszedł do niej. W krótkiej rozmowie kobieta zwierzyła mu się, że ma problem, że zakochała się w mężczyźnie, w którym nie powinna.

Kim on był, nie powiedziała, ale była wyraźnie smutna. Ksiądz zaprosił swoją parafiankę na rozmowę do plebanii. Zgodziła się, bo czemu miałaby odmówić? Co złego mogłoby ją tam spotkać ze strony szanowanego księdza? O czym rozmawiali? Świadek nie wiedział. Ale pamiętał, że po tej konwersacji ksiądz na plebanii wyspowiadał Irene, a gdy zamierzała już wyjść, zatrzymał ją siłą. Szarpała się, więc ją pobił. Później związał, zakneblował i wykorzystał. Zanim wrócił do kościoła, zaniósł nieprzytomną kobietę do piwnicy plebań. Następnego dnia, w niedzielę wielkanocną, wrócił do niej wczesnym rankiem. Na jej głowę założył worek. Później umieścił ją w wannie wypełnionej wodą.

Pokazano wszystkie 22 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.