Chodziły plotki, że to ksiądz. Zniknęła po spowiedzi | 356.
[autopromocja] Zamów moją specjalną serię na https://dewianci.kryminatorium.pl/--------OPIS SPRAWY Z ODCINKA: Zaginięcie młodej latynoskiej nauczycielki w roku 1960 postawiło na nogi stróżów prawa z południowego Teksasu. Kilka dni później zakrojone na szeroką skale poszukiwania zmieniły się w śledztwo w sprawie zabójstwa. Choć szybko pojawiły się plotki na temat tożsamości sprawcy, detektywi bezradnie rozkładali ręce. Nie mieli żadnych dowodów przeciwko komuś, kto wydawał się być skutecznie chroniony przez potężnych „protektorów”. Pogoń za zabójcą trwała ponad pół wieku i przyniosła szokujące rozwiązanie…
83-letni mężczyzna, były ksiądz, wspierając się chodzikiem pod eskortą policjantów, pojawia się na sali sądowej. Każdy wyrok wskazujący, który za chwilę usłyszy, oznaczać dla niego będzie spędzenie reszty życia za kratkami, bo chodzi o poważne przestępstwo. Sprawa dotyczy zdarzenia z 1960 roku. Wtedy 25-letnia nauczycielka Irene zniknęła po wieczornej mszy i spowiedzi tuż przed Wielkanocą. W kościele widziało ją wiele osób, ale nikt nie wiedział, co działo się z nią później. Od samego początku były plotki, że za wszystkim stoi młody ksiądz, jednak brakowało dowodów. Przez to śledztwo utknęło na długie dekady. Dopiero po latach nowy świadek rzucił światło na tę niewyjaśnioną sprawę.
Wstęp mamy więc za sobą, wracamy do treści odcinka. Kryminatorium. Otwieramy akta tajemnic. Irene Garsa była nastolatką, gdy pod koniec lat czterdziestych jej rodzice otworzyli pralnię chemiczną w niewielkim miasteczku McAllen, leżącym w dolinie rzeki Rio Grande, w południowym Teksasie, tuż przy granicy z Meksykiem. Jako, że była to pierwsza tego typu pralnia w całym hrabstwie, ich biznes szybko przyniósł im ogromne zyski. Dzięki zarobionym pieniądzom cała rodzina o meksykańskich korzeniach poprawiła swój status społeczny. Wkrótce mogli wyprowadzić się z południowej, biedniejszej części miasteczka do ładnego domu na północnych przedmieściach.
Od tej chwili stali się szanowanymi sąsiadami najbardziej prominentnych mieszkańców McAllen. Ci, którzy ją znali, mówili bez cienia zawahania, że Irene była niezwykle piękną kobietą. I mieli na myśli nie tylko to, że w wieku 24 lat zdobyła tytuł Miss Południowego Teksasu. Jej uroda została zauważona już w liceum, kiedy została królową balu maturalnego, a także mażoretką szkolnej drużyny futbolowej. Najbardziej dumna była z tego ostatniego wyróżnienia, ponieważ w jej rodzinnym mieście żadna inna latynoska przed nią nie dostąpiła takiego zaszczytu, ale zdaniem wszystkich jeszcze piękniejsze było jej wnętrze. Zawsze pogodna i uśmiechnięta, uczynna, pomocna i pozytywnie nastawiona do życia.
Tak zapamiętali ją wszyscy, którzy się z nią zetknęli. Do tego była niezwykle zdeterminowana, aby jako pierwsza osoba w jej rodzinie ukończyć studia. Ostatecznie udało jej się to. Spełniła tym samym swoje największe życiowe marzenie. Została nauczycielką w szkole podstawowej dla biednych dzieci z południowej części miasteczka. Jej praca jako nauczycielka drugiej klasy nie ograniczała się jednak wyłącznie do edukacji. Irene wciąż mieszkała z rodzicami, a w jej rodzinnym domu pieniędzy nie brakowało. Dlatego znaczną część swojej nauczycielskiej wypłaty wydawała na swoich biednych uczniów. Kupowała im buty, ubrania czy jedzenie. Sama opłacała klasowe wycieczki oraz zakup podręczników.
W dni wolne od szkolnych zajęć odwiedzała w domu swoich uczniów, aby sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku i czy nie są przypadkiem głodni. Po pierwszym roku pracy w szkole podstawowej znali ją już niemal wszyscy mieszkańcy miasteczka. Rodzice jej uczniów modlili się za nią i nie mówili o niej inaczej niż panna anioł. I nie było w tym żadnej przesady. Irene faktycznie była aniołem. Znane były nie tylko jej wielkie zaangażowanie w pomoc biednym dzieciom, ale także jej ogromna wiara i religijność. Jak zdecydowana większość latynoskiej części amerykańskiego społeczeństwa w Teksasie, kobieta była żarliwą katoliczką. W każdą niedzielę uczestniczyła we mszy świętej w swoim ulubionym kościele pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa.
Parafia ta usytuowana była w południowej części miasteczka, była to więc dla niej dodatkowa okazja do spotkań po mszy zarówno z jej uczniami jak i ich rodzicami. Oprócz niedzielnych nabożeństw młoda nauczycielka pojawiała się w tym samym kościele także w każdy sobotni wieczór. W tym czasie miejscowi księża spowiadali wiernych, a jak później powiedzieli jej krewni, Irene nawet gdy nie miała się z czego spowiadać, czuła potrzebę pójścia do spowiedzi, zwłaszcza jeżeli zbliżały się ważne dla wszystkich katolików święta. W roku 1960 Wielka Sobota wypadała 16 kwietnia 1960 roku.
Dochodziła godzina w pół do siódmej wieczorem, gdy Irene odjechała na południe, kierując się w stronę kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wychodząc, powiedziała rodzicom, że po spowiedzi zostanie w kościele na wieczornej mszy, a po zakończeniu wróci prosto do domu. Później nastąpiło oczekiwanie rodziców na powrót córki, ale ich rodzinny samochód wciąż nie wjeżdżał na przydomowy podjazd. Każda kolejna godzina przynosiła coraz większe zmartwienie i nerwy. Tamtej nocy nie położyli się spać. Dochodziła godzina trzecia w nocy, gdy kompletnie przemoczeni od padającego deszczu oboje pojawili się na posterunku policji. Przyszli pieszo, byli potwornie zmarznięci i roztrzęsieni.
Zajrzeli do zakrystii. Na próżno. Nigdzie nie znaleźli choćby śladu po poszukiwanej latynosce. Wyglądało tak, jakby kobieta rozpłynęła się w powietrzu. Pierwszą teorią śledczych było to, że jej auto zepsuło się, a ona oddaliła się spod kościoła, zostawiając pojazd. Na miejsce ściągnięto zrozpaczonych rodziców. Kazano im uruchomić samochód. Silnik odpalił za pierwszym razem. Auto było sprawne, więc to nie awaria była powodem pozostawienia go przez Irene. Czy kobieta zaginęła, gdy do swojego domu wracała pieszo? A może została uprowadzona przez kogoś, kto zaoferował jej podwiedzenie? Czy to możliwe, żeby za jej zniknięcie odpowiadała osoba, która poprzedniego wieczoru była razem z nią w kościele?
Praca śledczych była tak drobiazgowa, że udało im się ustalić nawet w którym miejscu kościoła ludzie stali lub siedzieli. Jednak już pierwsze przesłuchania uświadomiły detektywom, że ustalenie przebiegu wydarzeń będzie trudne. Zeznania świadków różniły się od siebie. Pierwszą rzeczą, jaką odkryli, był fakt, że Irene miała bardzo wielu adoratorów. Choć z nikim nie była w związku, mężczyźni nieustannie zabiegali o jej względy. Zarówno młodzi kawalerowie, jak i żonaci mieszkańcy miasteczka. W trakcie przesłuchań wyszło na jaw to, o czym nikt wcześniej nie mówił głośno. Wielu potencjalnych adoratorów przychodziło do spowiedzi lub na mszę tylko po to, aby podziwiać urodę młodej nauczycielki.
Tylko jedno stwierdzenie powtarzało się zgodnie we wszystkich zeznaniach. Nikt nie widział, aby tamtego wieczoru Irene wyszła z kościoła. Ani w trakcie nabożeństwa, ani zaraz po nim. Śledczy zastanawiali się, czy obserwowana przez wszystkich kobieta rzeczywiście wyszła z kościoła w sposób aż tak dyskretny. Jeśli tak, to czy była wtedy sama, czy z kimś. A może nigdy go nie opuściła. Ostatnia wersja brzmiała absurdalnie, bo i po co miałaby ona zostawać na noc w świątyni i później nie wrócić do domu? Mimo to postanowiono dokładnie przeszukać cały kościół. Jak się wkrótce okazało, bez rezultatu. Nauczycielki wciąż nigdzie nie było i nikt nie miał pojęcia, gdzie może się znajdować.
Szybko pojawiła się kolejna hipoteza. A co jeśli Irene dobrowolnie uciekła z miasteczka? Z kimś albo do kogoś? Czy mogła związać się z kimś, kogo jej rodzina nie była w stanie zaakceptować? Czy nauczycielka, którą wszyscy, no może poza zazdrosnymi żonami, uważali za kobietę idealną, niemal za anioła, mogła prowadzić drugie życie, o którym nikt wcześniej nie wiedział? Nieco światła na tę tajemnicę rzucił list odnaleziony u najlepszej przyjaciółki zaginionej. Irene napisała go 9 kwietnia, a więc równo tydzień przed swoim zaginięciem. Poza zwykłymi ploteczkami znalazła się tam też wyzmianka o jej życiu miłosnym. Fragment tych wyznań zacytowała autorka artykułu opublikowanego w magazynie Texas Monthly.
Od jakiegoś czasu spotykam się z dwoma mężczyznami. Jednego znasz. To ten, który wysłał mi kartkę i czekoladki na walentynki. Nie mogę ci powiedzieć, kim jest ten drugi. To biały chłopiec. Nie za bardzo przystojny, ale niezwykle miły. A co najważniejsze, bardzo religijny. Choć nie powinnam tego robić, często o nim myślę i zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi się wybić go sobie z głowy. Ciągle modlę się o to, aby Bóg sprawił, że w końcu o nim zapomnę. Tożsamość pierwszego szybko ustalono. Młody Meksykanin zeznał, że Irene zerwała z nim krótko po napisaniu listu do przyjaciółki. Mieszkał on w sąsiednim mieście i miał żelazne alibi na wieczór zaginięcia nauczycielki.
300 metrów dalej odnaleziono czarną torebkę. Jej położenie na jezdni wyglądało tak, jakby ktoś wyrzucił ją z jadącego auta. Potwierdzono, że podobnie jak but, należała do Irene. Śledczy sprawdzili, czy nie ma na niej odcisków palców. Były, ale tylko właścicielki torebki. W pobliżu trafiono w krzakach na kawałek białej koronki. Jak się okazało, był to fragment bluzki zaginionej nauczycielki. Znaleziska pozwoliły śledczym odrzucić teorię o ucieczce. Wszystko wskazywało na to, że 25-latka została porwana. Rozpoczął się wyścig z czasem, którego stawką było odnalezienie kobiety żywej. Na miejsce ściągnięto 65 żołnierzy Gwardii Narodowej.
Później groził kelnerce, krzycząc, że ona będzie następna. Mężczyznę natychmiast aresztowano, ale okazało się, że nie miał nic wspólnego ze zniknięciem Irene. On sam przyznał, że wypił za dużo tequili i tylko żartował. Kilka godzin później policja w McAllen otrzymała telefon, który dał śledczym nowe nadzieje. Niestety tylko na chwilę. Jakaś młoda, zapłakana kobieta twierdziła, że jest poszukiwaną nauczycielką. Że w sobotni wieczór została porwana i od tego czasu jest przetrzymywana w pokoju przydrożnego motelu tuż przy granicy z Meksykiem. Po podaniu dokładnej lokalizacji rozłączyła się. Na wskazane miejsce natychmiast wysłano kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby policjantów.
W naszym miasteczku wszyscy księża byli postrzegani przez wszystkich, dosłownie jako ludzie Boga, pozbawieni jakichkolwiek wad moralnych i że nawet jeśli robią coś złego, to osądzić ich musi sąd boski, a nie ludzki. Uważano, że jeśli chce się być katolikiem, to o występach księży lepiej nie mówić głośno. Obawiano się, że rozpowszechnianie takich oskarżeń może sprowadzić na ludzi nawet ekskomunikę. Jakby tego było mało, podczas pogrzebu Irene, proboszcz parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa surowo ostrzegł zgromadzonych wiernych, aby nie składali fałszywego świadectwa przeciw jakimkolwiek duchownym. Jednocześnie wyraźnie dał do zrozumienia żałobnikom, że takiej zbrodni nie mógł dopuścić się żaden ksiądz, więc lepiej, żeby nawet nie myśleli w taki sposób.
Nie potrafił jednak wyjaśnić, w jaki sposób przyrząd ten znalazł się na dnie kanału. Śledczy dobrze znali tego mężczyznę. Był nim 27-letni ksiądz John Fite z kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Przesłuchano go w charakterze świadka. Duchowny zeznał, że tamtego wieczoru rozmawiał z Irene na plebanii, którą opuściła kwadrans po dziewiętnastej, aby wyspowiadać się w kościele. Później zmienił swoją wersję, przyznając, że nauczycielka odwiedziła go na plebanii, ale nie po to, aby z nim porozmawiać, ale żeby się tam wyspowiadać. W trakcie rozmowy śledczy zauważyli zadrapania na zewnętrznych stronach jego dłoni. Wytłumaczył, że gdy wrócił w nocy do domu księży, w którym mieszkał, drzwi były już zamknięte, a on nie miał przy sobie kluczy.
Dlatego wdrapał się po ścianie na pierwsze piętro, a w trakcie tej wspinaczki poranił sobie dłonie. Zapytany, czy miał coś wspólnego ze śmiercią Irene, zaprzeczył. Zgodził się także poddać badaniom za pomocą wykrywacza kłamstw. Ku zaskoczeniu śledczych wyniki tego badania okazały się dla księdza niekorzystne. Magazyn Texas Monthly opublikował fragmenty raportu, który sporządzono tuż po przeprowadzeniu testu. Zdaniem egzaminatora badany nie mówił prawdy, gdy zaprzeczył zaatakowaniu i zabiciu kobiety. Z tego powodu przeprowadzone badanie zdecydowanie uwikłało badanego w zbrodnię, ale bez jego przyznania się do winy nie ma obecnie wystarczających dowodów, aby go oskarżyć o udział w tej zbrodni lub których dobry obrońca nie byłby w stanie podważyć w sądzie.
Po zakończeniu testu badany stwierdził, że w przyszłości nie pojawią się takie dowody. Prokuratura nie zgodziła się na sporządzenie aktu oskarżenia. Domagała się mocnych dowodów, a takich przecież nie było. Poza tym w obronie księdza stanęły władze kościelne, które naciskały na władze świecnie, aby nie dopuściły do tego, co nazywali polowaniem na czarownicę. Śledczy odpuścili, ale podejrzany ksiądz nie dał o sobie zapomnieć. Wkrótce na policję zgłosiła się 20-letnia studentka, Maria Guerra, która oskarżyła duchownego o napaść i próbę wykorzystania. Do zdarzenia miało dojść trzy miesiące przed śmiercią Irene w jednym z kościołów w sąsiednim mieście. Ksiądz Fayt znów został przesłuchany i ponownie przebadany wariografem.
Minęły kolejne miesiące, ale nowe dowody w sprawie zabójstwa Irene nie pojawiły się. Prokuratura uparcie nie godziła się na proces poszlakowy, a sam ksiądz odmawiał udziału w kolejnych przesłuchaniach. Właśnie wtedy pojawiły się głosy, że cała sprawa miała także wymiar polityczny. W porozumieniu z władzami kościoła, w tuszowaniu winy księdza, mieli brać udział wysoko postawieni politycy z Partii Demokratycznej. Podobno obawiali się, że skandal z udziałem katolickiego księdza może zaszkodzić kampanii wyborczej ich kandydata na urząd prezydenta Stanów, Johna F. Kennedy'ego. Katolika, liczącego w Teksasie na głosy katolickich wyborców. Choć oficjalnie śledztwo wciąż było otwarte, detektywów oddelegowano do prowadzenia innych spraw.
Pomimo tych nieścisłości, detektywi z San Antonio skojarzyli ten przypadek z niewyjaśnionym zabójstwem 25-letniej nauczycielki. Raport o telefonie byłego księdza trafił do biura specjalnego oddziału strażników Teksasu San Antonio, zajmujących się nierozwiązanymi sprawami z przeszłości. Jednym z tych detektywów był Rudy Jaramillo. na którego biurku wciąż stało zdjęcie Irene. Od jakiegoś czasu przeglądał stare akta w tej sprawie. Był zszokowany, jak wiele zaniedbań ze strony policji przyczyniło się do zawieszenia śledztwa. Od początku podejrzewał, że sprawcą tego mordu był ksiądz Fayt. Brakowało mu tylko dowodów lub choćby wiarygodnych zeznań świadków.
Na kolejną szansę trzeba było czekać trzynaście lat. W 2015 roku stanowisko objął nowy prokurator okręgowy. Zanim został wybrany, obiecał rodzinie ofiary doprowadzenie tej sprawy do końca. Wkrótce John Fite ponownie stanął przed sądem. Jego proces poszlakowy był szeroko omawiany i komentowany w całym Teksasie. W styczniu następnego roku sprawa zabójstwa Irene została otwarta. Miesiąc później John Fyde został aresztowany. W chwili zatrzymania miał 83 lata. Był już niedołężnym, schorowanym dziadkiem. Poruszał się za pomocą balkonika.
Mimo to bez specjalnego traktowania został osadzony w areszcie jak inni kryminaliści. A sąd wyznaczył za niego kaucję w wysokości miliona dolarów. Fyde takich pieniędzy nie miał, więc na swój proces oczekiwał w ciasnej celi. Rozprawa zaczęła się 28 listopada 2017 roku. Ojciec O'Brien już nie żył, ale w sądzie odczytano stenogramy z jego przesłuchań. Zeznania złożył także Dale Tashney. Pod przysięgą opowiedział o tym, do czego osobiście przyznał mu się Fyde. Tamtego sobotniego wieczoru, gdy Irene przybyła do kościoła na spowiedź, 27-letni ksiądz podszedł do niej. W krótkiej rozmowie kobieta zwierzyła mu się, że ma problem, że zakochała się w mężczyźnie, w którym nie powinna.
Kim on był, nie powiedziała, ale była wyraźnie smutna. Ksiądz zaprosił swoją parafiankę na rozmowę do plebanii. Zgodziła się, bo czemu miałaby odmówić? Co złego mogłoby ją tam spotkać ze strony szanowanego księdza? O czym rozmawiali? Świadek nie wiedział. Ale pamiętał, że po tej konwersacji ksiądz na plebanii wyspowiadał Irene, a gdy zamierzała już wyjść, zatrzymał ją siłą. Szarpała się, więc ją pobił. Później związał, zakneblował i wykorzystał. Zanim wrócił do kościoła, zaniósł nieprzytomną kobietę do piwnicy plebań. Następnego dnia, w niedzielę wielkanocną, wrócił do niej wczesnym rankiem. Na jej głowę założył worek. Później umieścił ją w wannie wypełnionej wodą.
W lutym 2020 roku zmarł, jak podano później w mediach, z przyczyn naturalnych. Opublikowany 13 lutego 2016 roku na stronie magazynu Monitor. Artykuł Timeline. The Killing of Irene Garza. Opublikowany 31 marca 2013 roku na stronie CNN. Artykuł Discovered Floating in Small Canal opublikowany 21 kwietnia 1962 roku w dzienniku The Laredo Times.
Reportaż telewizyjny kanału CBS zatytułowany Sins of the Father z roku 2018. Odcinek podcastu Southern Fright True Crime zatytułowany Final Confession The Murder of Irene Garza opublikowany w serwisie YouTube 26 sierpnia 2022 roku.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
[autopromocja] Zamów moją specjalną serię na https://dewianci.kryminatorium.pl/
--------
OPIS SPRAWY Z ODCINKA: Zaginięcie młodej latynoskiej nauczycielki w roku 1960 postawiło na nogi stróżów prawa z południowego Teksasu. Kilka dni później zakrojone na szeroką skale poszukiwania zmieniły się w śledztwo w sprawie zabójstwa. Choć szybko pojawiły się plotki na temat tożsamości sprawcy, detektywi bezradnie rozkładali ręce. Nie mieli żadnych dowodów przeciwko komuś, kto wydawał się być skutecznie chroniony przez potężnych „protektorów”. Pogoń za zabójcą trwała ponad pół wieku i przyniosła szokujące rozwiązanie…