Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 73. Grób familijny

27.07.2025 ·19 min 18 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

73. Grób familijny. Dwa dni później dość znaczne grono zebrało się o dziesiątej przed bramą domu pana de Villefort. Długi szereg powozów żałobników nadjeżdżał przed mieściem Saint-Honor i ulicą de la Pépinière. Wśród powozów jeden odznaczał się szczególnym kształtem i wyglądał tak, jakby odbył daleką drogę. Był to furgon pomalowany na czarno, a przyjechał jako jeden z pierwszych na to żałobne spotkanie. Ciekawi dowiedzieli się, że w furgonie przywieziono ciało margrabiego de Saint-Marant A zatem żałobnicy mieli iść w pogrzebowym kondukcie za dwoma trumnami. A żałobnicy stawili się licznie. Markiz de Saumeurin, jeden z najważniejszych dygnitarzy i wierny sługa dworu za Ludwika XVIII i Karola X miał wielu przyjaciół, którzy razem z osobami połączonymi towarzyskimi konwenansami z panem de Villefort tworzyli spory tłum.

Otrzymano zgodę władzy, aby oba pogrzeby odbyły się jednocześnie. Przed dom pana de Villefort zajechał więc drugi powóz ustrojony na potrzeby uroczystości pogrzebowej i trumna z furgonu pocztowego została przeniesiona do karawanu. Małżonkowie mieli zostać pochowani na cmentarzu Pierre Lachaise, gdzie już dawno pan de Villefort kazał wybudować grobowiec dla całej rodziny. Złożone tam już były zwłoki biednej Renaty, z którą teraz mieli się połączyć ojciec i matka. Paryż, zawsze ciekawy, zawsze wzruszający się pogrzebami, przyglądał się religijnym milczeniu, wspaniałemu konduktowi, jaki towarzyszył do miejsca spoczynku dwojgu przedstawicielom starej arystokracji, którzy słynęli za życia z hołdowania tradycją, wiernej przyjaźni i upartego stosowania się do zasad.

W jednym z żałobnych powozów Béchamp, Debray i Chateaurenot rozmawiali o tej nagłej śmierci markizy. – Zaledwie rok temu – mówił Chateaurenot – widziałem panią de Saint-Méran w Marsylii. Wracałem wtedy z Algierii. Kobieta ta wyglądała tak, jakby miała żyć jeszcze sto lat. Cieszyła się znakomitym zdrowiem, przytomnością umysłu i niezwykłą energią. Ile też mogła mieć lat? — Siedemdziesiąt — odpowiedział Albert. — Tak mi przynajmniej mówił Franz. Ale to nie wiek ją zabił, tylko smutek po śmierci Markiza. Podobno jego śmierć spowodowała u niej taki wstrząs, że nie odzyskała w pełni władz umysłowych. — No ale w końcu na co umarła? — wtrącił Debray. — Chyba na zapalenie mózgu, a może na apopleksję.

Czyż to nie wychodzi na jedno? — Mniej więcej. — Na apopleksję? — zdumiał się Béchamp. Trudno mi w to uwierzyć. Widziałem panią de Saint-Méranze dwa razy w życiu. Była malutka, szczuplutka i raczej nerwowa niż sangwiniczka. Apopleksja z rozpaczy rzadko się zdarza u osób o posturze takiej jak u pani de Saint-Méran. W każdym razie, rzekł Albert, cokolwiek ją zabiło, czy choroba, czy lekarz, teraz pan de Villefort, albo raczej panna Valentin, albo nie. Raczej nasz przyjaciel Franz otrzymuje wspaniały spadek. Podobno 80 tysięcy livrów renty. A ten majątek jeszcze się niemal podwoi, gdy już umrze ten stary Jacobin Nortrier. O, to uparty staruszek, rzekł Beauchamp.

Jedno mnie tylko niepokoi. Jak Franz poradzi sobie z dziadkiem, który nie może obejść się bez jego przyszłej żony? A właściwie, gdzie jest ten Franz? Przecież że w pierwszym powozie z panem de Vilfort, który go już traktuje jak członka rodziny. W każdym powozie w kondukcie toczyły się podobne rozmowy. Wszędzie dziwiono się, że tak nagle nastąpiły po sobie te dwa zgony. Nikt jednak nie podejrzewał strasznej tajemnicy, którą pan d'Avigny wyjawił w czasie nocnej przechadzki panu de Villefort. W godzinę orszak dotarł do bramy cmentarnej. Było bezwietrznie, ale niebo zasnuwały chmury. Pogoda pasowała do ceremonii pogrzebowej. Wśród ludzi, którzy gróbkami zmierzali w stronę grobowca familijnego, Chateau Renaud zauważył Morella, który przyjechał samotnie w kabriolecie.

Wszedł sam, blady i milczący, małą alejką obsadzoną cisami. – Pan tutaj? – rzekł Chateau Renaud, ujmując za ramię kapitana. – A więc znasz pan de Villefort? Wobec tego, dlaczego nigdy się u niego nie spotkaliśmy? — Pana de Villefort nie znam wcale — odparł Morel. — Ale znałem kiedyś panią de Saint-Méron. W tejże chwili dogonili ich Albert z Franzem. Miejsce nie jest najlepsze na prezentację, odezwał się Albert. Ale nieważne, przecież nie jesteśmy przesądni. Panie Morel, powód, abym przedstawił panu, pana Franza de Pinei. To wspaniały towarzysz podróży, objechałem z nim całe Włochy. Kochany Franz, to Maksymilian Morel, przyjaciel, jakiego zyskałem pod twoją nieobecność. Jego nazwisko usłyszysz zawsze, gdy będziemy rozmawiać o odwadze, inteligencji i świetnych manierach.

Morrel zawahał się przez chwilę. Zadał sobie pytanie, czy nie będzie to nikczemna hipokryzja, jeśli złoży niemal przyjacielski ukłon człowiekowi, przeciw któremu potajemnie walczy. Ale przypomniał sobie o przysiędze i o uroczystości chwili. Opanował się, przybrał na tyle, na ile mógł, spokojny wyraz twarzy i ukłonił się Franzowi. – Panna de Villefort jest zapewne w wielkim smutku? – spytał Franza Dibray. – O, smutna jest niezmiernie – odpowiedział Franz. Tak zmizerniała, że zaledwie ją mogłem rozpoznać. Te proste na pozór słowa zadały Morelowi cios w samo serce, a więc ten człowiek widział się dziś z Valentini i zapewne nawet rozmawiali. Młody, porywczy oficer musiał zebrać wszystkie swoje siły, aby się oprzeć pragnieniu złamania przysięgi.

Wewnątrz dzielił się na dwie części. Jedna przeznaczona była dla familii Saumerand, druga dla Wilfortów. Każda z sal miała osobne wejście. Tam można było dać woli upust rozpaczy, porozmyślać, wypłakać się i pomodlić, nie ryzykując, że przeszkodzą w tym swawolni spacerowicze, którzy traktując Père Lachaise jako znakomite miejsce na wycieczkę za miasto lub miłosne randewu, śpiewają, pokrzykują i uganiają się za sobą. Obie trumny wniesiono do komory Familii de Saint-Méran, po prawej stronie, i ustawiono na podpórkach. Do środka wszedł jedynie Wilfort, Franz i kilkoro bliskich krewnych. Nabożeństwo zostało spełnione wcześniej, u wrót.

Nikt nie miał wygłaszać mowy pogrzebowej i żałobnicy zaczęli się rozchodzić. Chateau Renaud, Albert i Morel poszli w jedną stronę, a Dibray i Béchamp w drugą. Franz został z panem de Villefort przy bramie cmentarza. Morel zatrzymał się więc pod lada pretekstem. Zobaczył, jak Franz i pan de Villefort wsiadają do jednego powozu, wynosząc z tego złą wróżbę. Wrócił do Paryża, a choć jechał w powozie z Chateau Renaudem i Albertem, nie pojął ani słowa z ich rozmowy. Wilfory Frans udali się na przedmieście Saint-Honor. Prokurator Królewski nie wstąpił do nikogo. Nie przemówił ani do żony, ani do córki. Zaprowadził Fransa do gabinetu i wskazał mu krzesło.

Panie Depiney odezwał się. Chwila nie jest tak stosowna, jakby z pozoru można było sądzić, albowiem posłuszeństwo zmarłym to pierwsza ofiara, jaką powinniśmy złożyć na ich grobie. Otóż chciałbym Panu przypomnieć życzenie, jakie przedwczoraj wyraziła na śmiertelnym łożu Pani de Saumeron. Aby nie zwlekać ze ślubem Valentin. Wie pan, że sprawy finansowe Nieboszczki są w najlepszym porządku, że testament jej przeznacza cały swój majątek mojej córce. Notariusz pokazywał mi wczoraj akta, na których podstawie można ostatecznie spisać intercyzę. Proszę pójść do notariusza i powołać się na mnie, aby pokazał panu wszystkie te akta. Panie prokuratorze, odpał Franz, to chyba jednak za wcześnie, aby pan na Valentin

Pogrążona w takim smutku, mogła myśleć o małżeństwie. Naprawdę obawiałbym się. – Valentin? – przerwał pan de Villefort. – Będzie miała tylko jedno pragnienie. Aby spełnić ostatnią wolę babki. Mogę panu zaręczyć, że z tej strony nie będzie żadnych przeszkód. W takim razie, ponieważ i z mojej strony nie ma żadnych przeszkód, proszę robić to, co uważa pan za stosowne. Dałem słowo i wywiążę się z niego z przyjemnością. Będzie to dla mnie wręcz szczęście. A więc nic już nas nie zatrzymuje. Intercyza miała być podpisana trzy dni temu, jest więc gotowa i możemy ją podpisać jeszcze dziś. — A żałoba? — zawahał się Franz. — Proszę się nie martwić. W moim domu nigdy nie zaniedbuje się konwenansów.

Valentin może wyjechać na trzy miesiące do swoich dóbr w Saint-Méran. Mówię do swoich, bo przecież od dziś już do niej należą. Tam, po tygodniu, jeśli pan pozwolisz, odbędzie się ślub cywilny. Skromnie i bez rozgłosu. — No jak pan sobie życzy. A teraz — dodał pan de Vilfort — mam prośbę. Niech pan tu poczeka pół godziny. Walentyn przyjdzie do salonu, pośle po notariusza pana Deschamps, odczytamy i podpiszemy natychmiast intercyzę. Wieczorem pani de Vilfort zawiezie Walentyn do Saumeran, a za tydzień i my tam pojedziemy. O jedno tylko chciałbym pana prosić. Tak? Chciałbym, aby byli przy tym Albert de Morcer i Raoul de Chateaurenot. Wiesz pan, że prosiłem ich już na świadków.

Czekam więc tu na pana. Za pół godziny Valentin będzie gotowa. Franz pożegnał się i wyszedł. Zaledwie zamknęła się za nim brama, Wilford kazał uprzedzić Valentin, że ma zejść do salonu za pół godziny, gdzie będzie czekał na nią notariusz i świadkowie pana de Pinney. Tak niespodziewana wiadomość sprawiła ogromne wrażenie w całym domu. Pani de Wilford nie chciała wierzyć własnym uszom, a Valentin uderzył jakby grom z jasnego nieba. Chciała pobiec do dziadka, ale na schodach natknęła się na pana de Vilfort, który wziął ją za rękę i zaprowadził do salonu. W przedpokoju zobaczyła Barois i rzuciła się na niego z rozpaczliwym spojrzeniem. Po chwili do salonu przyszła pani de Villefort z Edwardkiem. Widać było, że również brała udział w rodzinnym smutku.

Była blada i wydawała się straszliwie znużona. Usiadła, wzięła Edwardka na kolana i co chwila konwulsyjnie przyciskała do siebie to dziecko, na którym koncentrowało się jej całe życie. Wkrótce zaturkotały powozy wjeżdżające na dziedziniec. Jednym przyjechał notariusz, drugim zaś Franz z przyjaciółmi. Po chwili wszyscy zebrali się w salonie. Valentin była tak blada, że na jej skroniach i policzkach prześwitywały przez skórę niebieskie żyłki. Franz nie mógł również pohamować wzruszenia. Chateau Renaud i Albert, zdziwieni, spoglądali po sobie. Wydawało im się, że pogrzeb, w którym wzięli dziś udział, był równie smutny jak ceremonia, która miała się właśnie zacząć. Pani de Villefort usiadła w cieniu aksamitnej zasłony, a że bez przerwy pochylała się nad synkiem,

Trudno było wyczytać, co się działo w jej sercu. Pan de Villefort był jak zwykle niewzruszony. Notariusz, przygotowawszy sobie uprzednio, tak jak to czynią prawnicy, wszystkie papiery, zajął miejsce w fotelu, przesunął na czoło okulary i zwrócił się do Fransa. Czy pan Frans de Kusnel, Baron de Pinay? Zapytał, chociaż dobrze wiedział, do kogo mówi. Tak, proszę pana, odpowiedział Frans. Notariusz skłonił się. Muszę zatem pana uprzedzić ze strony pana de Villefort, że projekt mariażu z panem zmienił rozporządzenia, jakie pan Nortrier powziął wobec wnuczki. To znaczy całkowicie ją wydziedziczył. Trzeba jednak dodać, ciągnął notariusz, że testator nie miał prawa jej wydziedziczyć, a ponieważ tak zrobił, testament może być łatwo unieważniony.

Tak, rzekł Wilford, ale muszę też uprzedzić pana Depiney, że póki żyję, nie pozwolę na obalenie testamentu. Moje stanowisko nie pozwala nawet na cień skandalu. Przykro mi, odezwał się Franz. Poruszamy podobną kwestię przy pannie Valentin. Nigdy nie dowiadywałem się o jej majątek, który nawet jeśli jest uszczyplony, zawsze będzie większy od mojego. Rodzina moja starała się o alianc z państwem de Villefort ze względu na znaczenie, a ja starałem się myśląc o szczęściu. Valentin podziękowała Franzowi niemal niedostrzegalnym gestem i ciche łzy spłynęły jej po policzkach. Zresztą, drogi panie, rzekł pan de Villefort, zwracając się do przyszłego zięcia, Ten nieoczekiwany testament, zawodząc tylko nadzieje natury finansowej, nie ma w sobie nic takiego, co mogłoby urazić pana osobiście.

Świadczy on tylko o zdziecinieniu pana Nortrier. Mojemu ojcu wcale nie chodzi o to, że Valentin ma pana poślubić. Nie podoba mu się po prostu, że w ogóle kogoś poślubia. Na starość wszyscy są egoistami. Panna de Villefort wiernie dotrzymywała towarzystwa panu Nortrier, czego nie może robić pani baronowa de Pinay. Nieszczęsny stan ojca sprawia, że rzadko mówimy mu o ważnych sprawach, bo jego słaby umysł i tak by ich nie pojął. Przekonany jestem, że chociaż mujo się spamięta, że wnuczka jego wychodzi za mąż, To na pewno zapomniał, jak nazywa się jego przyszły wnuk. Zaledwie pan de Villefort przestał mówić, Franz ukłonił się w odpowiedzi na te słowa, gdy otwarły się drzwi i na progu pojawił się Barois.

– Wielmożni panowie! – rzekł tonem dziwnie stanowczym jak na sługę, który przerywa swym panom w tak uroczystej chwili. – Pan notrier de Villefort pragnie mówić natychmiast z panem Fransem de Quesnel, baronem de Pinay. Stary sługa wymienił w całości, podobnie jak notariusz, nazwisko i tytuł narzeczonego, aby nie zaszła pomyłka co do osoby. Vilfort zadrżał. Pani de Vilfort puściła Edwardka, który zsunął się jej z kolan, a Valentin podniosła się blada i niema jak posąg. Albert i Chateau-Renaud wymienili jeszcze bardziej zdziwione spojrzenia. Notariusz spojrzał na pana de Vilfort. – To niemożliwe – rzekł prokurator. – Poza tym pan Depiney nie może w tej chwili wyjść z salonu.

– Ale właśnie w tej chwili – odezwał się Barois z taką samą stanowczością w głosie – pan Nortrier pragnie pomówić z panem Francem Depiney o ważnych sprawach. – O, to kochany dziadunio już mówi? – zapytał Edwardek ze zwykłą sobie bezczelnością. Dowcip jednak nie ubawił nawet pani de Villefort, wszystkich bowiem pochłaniała ta równie poważna sytuacja. – Powiedz panu Nortier – rzekł Villefort – że to, czego żąda, jest niemożliwe. – Pan Nortier uprzedza w takim razie panów, że każe się przynieść do salonu – oznajmił Barois. Zdumienie doszło do najwyższego stopnia. Na licach pani de Vilfort pojawił się blady uśmiech. Valentin mimowolnie podniosła oczy, aby podziękować Bogu.

– Valentin – rzekł Vilfort – idź i dowiedz się, proszę, co to za nowa fantazja strzeliła do głowy dziadkowi. Valentin szybko podeszła do drzwi, ale pan de Vilfort rozmyślił się. – Poczekaj, pójdę z tobą. – Przepraszam. Zwrócił się do niego Franz. Ale ponieważ pan Nortier chce się widzieć ze mną, to przede wszystkim ja powinienem do niego pójść. Zresztą będę szczęśliwy, mogąc mu złożyć uszanowanie, bo dotąd nie miałem tego zaszczytu. Ależ mój Boże! Zaprotestował Wilfor z widocznym niepokojem. Niech pan sobie nie zadaje trudu. Przepraszam pana, odparł stanowczo Franz, ale nie chcę przepuścić okazji, dzięki której przekonam pana Nortrier, że niesłusznie powziął ku mnie niechęć.

Zwyciężę te uprzedzenia, ukazując mu głębokie oddanie. I nie przejmując się już Wilfortem, który próbował go zatrzymać, wstał i udał się za Valentin, która zbiegała po schodach z radością, jaką czuje tonący, gdy dotknie ręką skały. Pan de Vilfort poszedł za nimi. Chateau Renaud i Morcer spojrzeli na siebie po raz trzeci, a ich zdumienie nie miało już granic.

Pokazano wszystkie 21 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.