Hrabia Monte Christo. 73. Grób familijny
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Jedno mnie tylko niepokoi. Jak Franz poradzi sobie z dziadkiem, który nie może obejść się bez jego przyszłej żony? A właściwie, gdzie jest ten Franz? Przecież że w pierwszym powozie z panem de Vilfort, który go już traktuje jak członka rodziny. W każdym powozie w kondukcie toczyły się podobne rozmowy. Wszędzie dziwiono się, że tak nagle nastąpiły po sobie te dwa zgony. Nikt jednak nie podejrzewał strasznej tajemnicy, którą pan d'Avigny wyjawił w czasie nocnej przechadzki panu de Villefort. W godzinę orszak dotarł do bramy cmentarnej. Było bezwietrznie, ale niebo zasnuwały chmury. Pogoda pasowała do ceremonii pogrzebowej. Wśród ludzi, którzy gróbkami zmierzali w stronę grobowca familijnego, Chateau Renaud zauważył Morella, który przyjechał samotnie w kabriolecie.
Wszedł sam, blady i milczący, małą alejką obsadzoną cisami. – Pan tutaj? – rzekł Chateau Renaud, ujmując za ramię kapitana. – A więc znasz pan de Villefort? Wobec tego, dlaczego nigdy się u niego nie spotkaliśmy? — Pana de Villefort nie znam wcale — odparł Morel. — Ale znałem kiedyś panią de Saint-Méron. W tejże chwili dogonili ich Albert z Franzem. Miejsce nie jest najlepsze na prezentację, odezwał się Albert. Ale nieważne, przecież nie jesteśmy przesądni. Panie Morel, powód, abym przedstawił panu, pana Franza de Pinei. To wspaniały towarzysz podróży, objechałem z nim całe Włochy. Kochany Franz, to Maksymilian Morel, przyjaciel, jakiego zyskałem pod twoją nieobecność. Jego nazwisko usłyszysz zawsze, gdy będziemy rozmawiać o odwadze, inteligencji i świetnych manierach.
Wziął pod ramię chateau Renauda i pociągnął go szybko w stronę grobu, przed którym ludzie obsługujący uroczystości pogrzebowie tylko co złożyli oby trumny. – Wspaniałe mieszkanie – rzekł Beshomp, przypatrując się mauzoleum. – Pałac letni, a jednocześnie zimowy. I ty tu kiedyś zamieszkasz, kochany Depinei, bo wkrótce już będziesz należał do rodzinki. Ja zaś, jako filozof, chcę mieć mały wiejski domek, chatkę gdzieś pod drzewami i żeby na moim biednym ciele nie leżała taka sterta kamieni. Kiedy będę umierał, powiem tym, co mnie będą otaczali, to, co Voltaire napisał do Pirona. Eo rus i wszystko się zakończy. No, do licha, Franz, odwagi, twoja żona bierze spadek.
Nikt nie miał wygłaszać mowy pogrzebowej i żałobnicy zaczęli się rozchodzić. Chateau Renaud, Albert i Morel poszli w jedną stronę, a Dibray i Béchamp w drugą. Franz został z panem de Villefort przy bramie cmentarza. Morel zatrzymał się więc pod lada pretekstem. Zobaczył, jak Franz i pan de Villefort wsiadają do jednego powozu, wynosząc z tego złą wróżbę. Wrócił do Paryża, a choć jechał w powozie z Chateau Renaudem i Albertem, nie pojął ani słowa z ich rozmowy. Wilfory Frans udali się na przedmieście Saint-Honor. Prokurator Królewski nie wstąpił do nikogo. Nie przemówił ani do żony, ani do córki. Zaprowadził Fransa do gabinetu i wskazał mu krzesło.
Była blada i wydawała się straszliwie znużona. Usiadła, wzięła Edwardka na kolana i co chwila konwulsyjnie przyciskała do siebie to dziecko, na którym koncentrowało się jej całe życie. Wkrótce zaturkotały powozy wjeżdżające na dziedziniec. Jednym przyjechał notariusz, drugim zaś Franz z przyjaciółmi. Po chwili wszyscy zebrali się w salonie. Valentin była tak blada, że na jej skroniach i policzkach prześwitywały przez skórę niebieskie żyłki. Franz nie mógł również pohamować wzruszenia. Chateau Renaud i Albert, zdziwieni, spoglądali po sobie. Wydawało im się, że pogrzeb, w którym wzięli dziś udział, był równie smutny jak ceremonia, która miała się właśnie zacząć. Pani de Villefort usiadła w cieniu aksamitnej zasłony, a że bez przerwy pochylała się nad synkiem,
– Wielmożni panowie! – rzekł tonem dziwnie stanowczym jak na sługę, który przerywa swym panom w tak uroczystej chwili. – Pan notrier de Villefort pragnie mówić natychmiast z panem Fransem de Quesnel, baronem de Pinay. Stary sługa wymienił w całości, podobnie jak notariusz, nazwisko i tytuł narzeczonego, aby nie zaszła pomyłka co do osoby. Vilfort zadrżał. Pani de Vilfort puściła Edwardka, który zsunął się jej z kolan, a Valentin podniosła się blada i niema jak posąg. Albert i Chateau-Renaud wymienili jeszcze bardziej zdziwione spojrzenia. Notariusz spojrzał na pana de Vilfort. – To niemożliwe – rzekł prokurator. – Poza tym pan Depiney nie może w tej chwili wyjść z salonu.
Zwyciężę te uprzedzenia, ukazując mu głębokie oddanie. I nie przejmując się już Wilfortem, który próbował go zatrzymać, wstał i udał się za Valentin, która zbiegała po schodach z radością, jaką czuje tonący, gdy dotknie ręką skały. Pan de Vilfort poszedł za nimi. Chateau Renaud i Morcer spojrzeli na siebie po raz trzeci, a ich zdumienie nie miało już granic.
Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!