Hrabia Monte Christo. 73. Grób familijny
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
W jednym z żałobnych powozów Béchamp, Debray i Chateaurenot rozmawiali o tej nagłej śmierci markizy. – Zaledwie rok temu – mówił Chateaurenot – widziałem panią de Saint-Méran w Marsylii. Wracałem wtedy z Algierii. Kobieta ta wyglądała tak, jakby miała żyć jeszcze sto lat. Cieszyła się znakomitym zdrowiem, przytomnością umysłu i niezwykłą energią. Ile też mogła mieć lat? — Siedemdziesiąt — odpowiedział Albert. — Tak mi przynajmniej mówił Franz. Ale to nie wiek ją zabił, tylko smutek po śmierci Markiza. Podobno jego śmierć spowodowała u niej taki wstrząs, że nie odzyskała w pełni władz umysłowych. — No ale w końcu na co umarła? — wtrącił Debray. — Chyba na zapalenie mózgu, a może na apopleksję.
Czyż to nie wychodzi na jedno? — Mniej więcej. — Na apopleksję? — zdumiał się Béchamp. Trudno mi w to uwierzyć. Widziałem panią de Saint-Méranze dwa razy w życiu. Była malutka, szczuplutka i raczej nerwowa niż sangwiniczka. Apopleksja z rozpaczy rzadko się zdarza u osób o posturze takiej jak u pani de Saint-Méran. W każdym razie, rzekł Albert, cokolwiek ją zabiło, czy choroba, czy lekarz, teraz pan de Villefort, albo raczej panna Valentin, albo nie. Raczej nasz przyjaciel Franz otrzymuje wspaniały spadek. Podobno 80 tysięcy livrów renty. A ten majątek jeszcze się niemal podwoi, gdy już umrze ten stary Jacobin Nortrier. O, to uparty staruszek, rzekł Beauchamp.
Naprawdę nieznośny jesteś, Beauchamp, odparł Franz. Polityka wyszkoliła cię tak, że ze wszystkiego się śmiejesz, a politycy zazwyczaj nikomu nie wierzą, ale kiedy trafia ci się okazja, żeby się rozstać na chwilę z polityką, kiedy masz zaszczyt znajdować się w towarzystwie zwykłych ludzi, staraj się zabierać ze sobą serce, które zostawiasz w szatni Izby Doputowanych czy Izby Parów. Ach, mój Boże, zawołał Basząb, czym jest życie czekaniem w przedsionku śmierci? – Mam ciebie dość, Bechamp! – rzekł Albert i odszedł kilka kroków z Francem, zostawiając Bechampa, aby sobie dalej dysputował z Dibrejem. Grobowiec rodzinny Wilfortów tworzył czworobok z jasnych kamieni, wysoki na dwadzieścia stóp.
Nikt nie miał wygłaszać mowy pogrzebowej i żałobnicy zaczęli się rozchodzić. Chateau Renaud, Albert i Morel poszli w jedną stronę, a Dibray i Béchamp w drugą. Franz został z panem de Villefort przy bramie cmentarza. Morel zatrzymał się więc pod lada pretekstem. Zobaczył, jak Franz i pan de Villefort wsiadają do jednego powozu, wynosząc z tego złą wróżbę. Wrócił do Paryża, a choć jechał w powozie z Chateau Renaudem i Albertem, nie pojął ani słowa z ich rozmowy. Wilfory Frans udali się na przedmieście Saint-Honor. Prokurator Królewski nie wstąpił do nikogo. Nie przemówił ani do żony, ani do córki. Zaprowadził Fransa do gabinetu i wskazał mu krzesło.
Pokazano wszystkie 4 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!