Hrabia Monte Christo. 53. Hossa i bessa
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
53. Hossa i bessa. W kilka dni po tym spotkaniu Albert de Morserve odwiedził hrabiego de Monte Christo w domu na Polach Elizejskich. Właściwie dom ów stał się już pałacem, hrabia bowiem dzięki ogromnym środkom, jakimi dysponował, nadawał taki wygląd wszystkim miejscom, gdzie zamieszkiwał choćby przez krótki czas. Albert przybył przekazać ponowne podziękowanie pani Danglare, która zdążyła już wyrazić w liście podpisanym baronowa Danglare z domu Herminia de Salvié. Albertowi towarzyszył Lucien Dibray. Do słów przyjaciela dodał kilka uprzejmości, a choć nie przemawiał oficjalnie, hrabia z właściwą dla siebie spostrzegawczością domyślał się, kto naprawdę za nim stoi.
Wydało mu się nawet, że Lucian odwiedził go, kierowany podwójną ciekawością, i że połowa tej ciekawości emanowała z ulicy Chassé d'Antin. Istotnie mógł przypuszczać, nie lękając się pomyłki, że pani Danglars, nie mogąc zobaczyć na własne oczy domu człowieka, który rozdaje konie po 30 tysięcy franków wartości i chodzi do opery z grecką niewolnicą ustrojoną w diamenty wartem milion, Zleciła ten obowiązek oczom Lucjana, przez które zwykle oglądała świat, aby później opowiedział jej, co widział. Ale hrabia nie okazał, że domyśla się związku między wizytą Lucjana i ciekawością baronowej. — Niemal bez przerwy widujesz się pan z baronem Danglarsem?
My o nich zapominamy, ale o nas nie zapominają. A gdy się obrócimy zdziwieni, spostrzegamy, że już ubiegły spory kawał drogi. Mój ojciec i pan Danglar razem służyli w Hiszpanii. Mój ojciec na froncie, a pan Danglar w intendenturze. Ojciec był zrujnowany przez rewolucję, a pan Danglar nigdy nie miał majątku rodowego, a więc obaj zakładali wtedy fundamenty pod karierę. Ojciec pod piękne karierę polityczną i wojskową, a pan Danglar finansową i polityczną godną podziwu. Zdaje mi się, że pan Danglar mówił mi o tym, gdy byłem u niego. Ładna jest ta panna Eugenia, rzekł rzucając okiem na Luciana przeglądającego jakiś album, bo chyba nazywa się Eugenia, prawda?
Ale przecież w świecie majątek to nie wszystko. Liczą się też piękne nazwisko i znakomita pozycja. Ma pan świetne nazwisko, pozycję towarzyską wspaniałą, a poza tym hrabia Morserf jest żołnierzem. To rzecz chwalebna, gdy w kimś łączy się prawość, bajarda i ubóstwo, dugu sklina, bezinteresowność. To najpiękniejszy promień słońca, który może zabłysnąć od szlachetnego miecza. Uważam, że wręcz przeciwnie, to znakomita partia dla ciebie. Panna Danglar wniesie ci majątek, a pan jej da szlachetstwo? Albert potrząsnął głową i zamyślił się. A jest tu jeszcze jedna rzecz, rzekł. Przyznam, że nie mogę zrozumieć, jak można żywić taki wstręt do takiej ładnej, bogatej dziewczyny.
Ona miłość boską, wstręt. Wstręt, jeśli istnieje, to nie z mojej strony. A z czyjejże? Bo mówił pan, że pański ojciec życzy sobie tego małżeństwa. Ze strony matki. A matka ma oko roztropne i pewne. Nie uśmiecha jej się to małżeństwo. Żywi jakieś uprzedzenie do danglarsów. O, to łatwo zrozumieć, rzekł hrabia nieco sztucznym tonem. Pani hrabina, arystokratka, która jest wcieleniem dystynkcji i delikatności, wzdraga się nieco na myśl, że ma uścisnąć tę rękę chamską, grubą i ordynarną. — Nie wiem, czy to o to chodzi — rzekł Albert. — Ale zdaje mi się, że będzie bardzo nieszczęśliwa, jeśli to małżeństwo przyjdzie do skutku. Mieliśmy się spotkać przez sześcioma tygodniami, ale nagle zacząłem dostawać migren, a to jednej za drugą.
— No, rzeczywiście dostawałeś pan migren? — rzekł hrabia z uśmiechem. — O tak, ze strachu. I odłożono wszystko na dwa miesiące. — To nic pilnego, rozumie pan. Nie mam jeszcze 21 lat, Eugenia ma tylko 17. Ale te dwa miesiące kończą się w przyszłym tygodniu. Trzeba będzie coś postanowić. Nawet sobie pan nie wyobraża, kochany hrabio, w jakiej jestem kłopocie. O, jakiś pan szczęśliwy, żeś wolny. Ależ bądź pan również wolny. Kto panu w tym przeszkadza, proszę mi powiedzieć. Och, sprawiłbym wielką przykrość ojcu, gdybym się nie ożenił z panną Danglary. No, więc się z nią żeń, rzekł hrabia, wzruszając w szczególny sposób ramionami.
Robię obliczenia. Obliczenia? No tak. I pośrednio dotyczy to ciebie, Albercie. Obliczam, ile bank Danglarsa mógł zyskać na ostatniej hossie Haiti. W ciągu trzech dni akcje podskoczyły z 206 na 409. Nasz przezorny bankier zakupił ich całkiem sporo, po 206. Powinien na tym zyskać ze 300 tysięcy librów. – O, to nie jest jego największe osiągnięcie – rzekł Albert. – Czy nie zarobił w tym roku miliona na obligacjach hiszpańskich? – Słuchaj no, mój drogi – odparł Lucian. – Pan hrabia powie ci, jak powiadają Włosi. Danaro e santia, meta della meta. A to i tak wiele. A więc kiedy mi ktoś mówi podobne rzeczy, wzruszam ramionami.
Ale mówiłeś pan o Haiti? Zagadnął Monte Christo. O, Haiti to rzecz całkiem inna. Haiti we francuskich spekulacjach giełdowych jest jak Ecarté. Można lubić Boulot, cenić grę Vista, szaleć za Bostonem, a przecież z czasem znużyć się nimi. Ale zawsze po tych grach Wrócimy do EKRT, bo to jest jak przystawka. Otóż pan Danglar sprzedał wczoraj po 406 i schował do kieszeni 300 tysięcy. Dzisiaj papiery spadły do 205. Gdyby czekał do dziś, straciłby 25 tysięcy. A dlaczego te papiery spadły tak bardzo? spytał Monte Christo. Przepraszam, ale jestem zupełnym ignorantem, jeśli chodzi o intrygi giełdowe.
Bo wiadomości następują jedne po drugich, ale nie są podobne do siebie, roześmiał się Albert. Do diabła, zawołał Hrabia. To pan Danglar gra tak ryzykownie, że stawia na jedną kartę 300 tysięcy w jednym dniu? Ależ musi być chyba jakimś kryzusem. — To nie on! — zawołał szybko Lucjan. — To pani Danglar. Jest nieustraszona. — No ale ty, Lucjanie, tak rozumny wiesz dobrze, jak niepewne bywają te wiadomości, bo jesteś u ich źródła. Powinieneś jej przeszkodzić — zauważył z uśmiechem Albert. — Jakże mógłbym tego dokazać, kiedy sam jej mąż nie może? — Znasz charakter baronowej. Nikt na nią nie ma wpływu. Robi tylko to, co się jej podoba. Gdybym ja był na Twoim miejscu, no, no, co takiego?
Hrabia wrócił do morserfa. – Panie Albercie, czy zastanowiwszy się dobrze… Nie myślisz, pan, że postąpiłeś trochę niezręcznie, mówiąc w ten sposób do pana Dybreya o swojej przyszłej teściowej? Ech, panie hrabio, obruszył się Albert. Proszę, niech pan jej tak nie nazywa. Pańska matka naprawdę jest aż tak przeciwna temu małżeństwu? Do tego stopnia, że baronowa bardzo rzadko jest do nas zapraszana. A nie wiem, czy matka była u niej choć ze dwa razy. No, to mogę bez obawy porozmawiać z panem otwarcie. Pan Danglar jest moim bankierem. Pan de Vilfort obsypał mnie grzecznościami za przysługę, którą mu przypadkowo wyświadczyłem. Podejrzewam, że przez to wszystko czeka mnie lawina obiadów i rautów.
A więc, aby nie przesadzać z wystawnością tych przyjęcia, zarazem uprzedzić i być górą nad naszymi znajomymi, postanowiłem zaprosić do mojego wiejskiego domu w Attil państwa Danglarsów i państwa de Vilfortów. Jeżeli zaproszę także pana i pańską rodzinę, czy nie będzie, to aby wyglądało na jakieś spotkanie matrymonialne, a przynajmniej pańska matka mogłaby tak pomyśleć, zwłaszcza jeśli pani danglar uczy mi zaszczyt i zabierze ze sobą córkę. I wtedy pańska matka mnie znienawidzi, a ja tego absolutnie sobie nie życzę, wręcz przeciwnie, i proszę, abyś pan powtarzał, pani hrabinie, przy każdej okazji, że zależy mi niezmiernie, aby myślało o mnie jak najlepiej. Dolicha Hrabio, dziękuję Panu bardzo za tę szczerość i zgadzam się, aby nas Pan nie zapraszał.
Mówisz Pan, że chciałbyś, aby moja matka myślała o Panu ciepło, ależ ona ma na Pana temat same ciepłe myśli. Tak Pan sądzisz? spytał Monte Christo z zaciekawieniem. Ależ jestem tego pewien. Po pana wizycie u nas rozmawialiśmy przez godzinę tylko o panu. Wrócę jednak do tego, o czym mówiliśmy. A więc gdy mama dowiedziała się o tym dowodzie delikatności z pana strony, a spróbuję jej o tym napomknąć, jestem przekonany, że byłaby panu za to nieskończenie wdzięczna. Choć ojciec byłby na pewno wściekły. Hrabia roześmiał się. — Aha, więc uprzedziłem pana — rzekł. — Ale zdaje mi się, że nie tylko pański ojciec będzie wściekły. Państwo Danglarsowie uznają, że jestem bardzo źle wychowany.
Doprawdy lepiej Pan o mnie sądzisz, niż na to zasługuję. Kiedy rozsyła Pan zaproszenia? Właśnie dzisiaj. Natychmiast pędzę do Pana Danglarsa i oświadczam mu, że jutro wyjeżdżamy z Paryża, ja i moja matka. Nie widziałem się z Panem, a więc nic nie wiem o tym obiedzie. Chybaś zwariował. Przecież widział Ci o mnie Debray. Oj, to prawda. Inaczej, zaprosiłem pana na obiad dziś, ot tak po prostu, a pan mi z całą szczerością odparł, że nie możesz, bo się wybierasz do Treport. No dobrze, postanowione. Ale może przyjdzie pan jeszcze dziś do mojej matki, zanim wyjedziemy? O, dziś byłoby mi trudno, a zresztą pojawiłbym się w samym środku przygotowań do wyjazdu. A więc niech pan zrobi inaczej, jeszcze lepiej.
No, niech się pan zgodzi. Matka będzie panu szczerze wdzięczna. No, szczerze serdeczne dzięki. Zaproszenie jest niezmiernie miłe i bardzo żałuję, że nie mogę go przyjąć. Nie jestem wolny, jak pan myślał. Mam dziś nadzwyczaj ważne spotkanie. Ejże, proszę uważać. Tylko co nauczył mnie pan, jak uniknąć zaprosin, które są dla nas nieprzyjemne? Muszę mieć jakiś dowód. Nie jestem na szczęście bankierem, jak pan Danglara, ale, uprzedzam pana, jestem takim samym podejrzliwcem. No, to dam panu ten dowód. Odparł hrabia i zadzwonił. To już drugi raz, jak pan odmawia przyjścia na obiad do matki. Zastanawiał się głośno Albert. — Musi coś w tym być, hrabio.
Czy jego ojcem nie był aby generał Depiney? Ten, który został w 1815 roku tak nikczemnie zamordowany? O, i to przez Bonapartystów. O, właśnie. Tak, bardzo lubię tego chłopca. Ale dla niego nie ma aby jakichś planów małżeńskich? No tak, ma się ożenić z panną de Vilfort. No śmiejesz się pan. Dlaczego? Dlatego, że według mnie z tamtej strony jest tyle chęci do małżeństwa, ale we mnie i pannie Danglare. Ale naprawdę, kochany hrabio, rozmawiamy tu o kobietach. Zupełnie tak, jak kobiety rozmawiają o mężczyznach. To niewybaczalne. Albert wstał. Już pan idziesz? No, to mi pytanie. Już od dwóch godzin pana zamęczam, a pan w swojej uprzejmości pytasz mnie, czy już idę.
Pokazano wszystkie 15 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!