Hrabia Monte Christo. 113. Peppino
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Aleksander Dumas Powóz przyjechał przez bramę del Popolo, skręcił w lewo i zatrzymał się przed hotelem londyńskim. Na progu przywitał podróżnego nasz stary znajomy, Imć Pastrini. Podróżny wysiadł, kazał sobie podać dobry obiad i spytał o siedzibę firmy Thomson & French. Wskazano mu ją od razu, był to bowiem jeden z najbardziej znanych w Rzymie banków. Znajdował się na Via dei Banchi tuż przy św. Piotrze. W Rzymie, tak jak też i wszędzie, przybycie pocztowej karety jest swego rodzaju wydarzeniem. Karecie i podróżnemu przypatrywało się z dziesięciu młodziutkich potomków Mariusza i Grachów bosonogich, z dziurami na łokciach, ale za to w malowniczych pozach.
Jedna ręka na biodrze, druga wdzięcznie wygięta nad głową, palce zanurzone we włosach. Do uliczników dołączyła się zgraja pięćdziesięciu gapiów, od których aż roi się w państwie kościelnym. Takich, co to zabawiają się przeważnie pluciem do Tybru z Mostu Świętego Anioła. No, jeśli akurat w Tybrze jest woda. Ponieważ rzymscy ulicznicy i gapie, szczęśliwsi od tych z Paryża, rozumieją wszystkie języki, a już na pewno język francuski, dowiedzieli się, że podróżny zażądał apartamentu, obiadu i spytał też o adres firmy Thompson & French. W rezultacie, gdy podróżny wyszedł z hotelu w towarzystwie obowiązkowego tutaj Cicerone, od grupy ciekawskich oderwał się pewien człowiek i podążył za nimi w niewielkiej odległości, śledząc ich tak zręcznie, jakby to zrobił agent paryskiej policji.
Nie zauważył go ani podróżny, ani Cicerone. Francuz tak się spieszył do banku Thomson i French, że nawet nie poczekał, aż do powozu hotelowego zostaną zaprzegnięte konie. Kareta miała dogonić ich w drodze lub poczekać przed bramą banku. Ostatecznie dotarli na miejsce pieszo. Francuz wszedł, pozostawiając przewodnika w przedsionku. Cicerone natychmiast wdał się w rozmowę z paroma podobnymi sobie wolnymi strzelcami, którzy jako ludzie tysiąca przemysłów wystają w Rzymie przed bankami, kościołami, ruinami, muzeami i teatrami. Tuż za Francurzem wszedł także ów człowiek, który odłączył się od tłumu ciekawskich. A gdy Francuz zadzwonił do biura i wszedł do pierwszego pokoju, jego cień podążył za nim.
– Czy mógłbym się widzieć z panami Thomson i French? – zapytał cudzoziemiec. Na znak zaufanego komisanta, który zajmował pierwsze biuro, wstał ni to loka i ni to strażnik. – Kogo mam zaanonsować? – spytał, kierując się ku drzwiom. — Barona Danglar — odpowiedział podróżny. — Pan pozwoli — rzekł strażnik. Otwarły się drzwi. Strażnik i baron znikli za nimi. Człowiek, który wszedł za Danglarsem, usiadł na ławce przeznaczonej dla czekających w kolejce interesantów. Komisant nie przerywał pisania jeszcze przez pięć minut. W tym czasie nieznajomy siedział nieruchomo, nic nie mówiąc. Pióro komisanta przestało w końcu skrzypieć po papierze. Urzędnik podniósł głowę, rozejrzał się uważnie dookoła, a upewniwszy się, że mogą rozmawiać w cztery oczy, odezwał się.
Pokazano wszystkie 4 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!