Hrabia Monte Christo. 113. Peppino
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
– Czy mógłbym się widzieć z panami Thomson i French? – zapytał cudzoziemiec. Na znak zaufanego komisanta, który zajmował pierwsze biuro, wstał ni to loka i ni to strażnik. – Kogo mam zaanonsować? – spytał, kierując się ku drzwiom. — Barona Danglar — odpowiedział podróżny. — Pan pozwoli — rzekł strażnik. Otwarły się drzwi. Strażnik i baron znikli za nimi. Człowiek, który wszedł za Danglarsem, usiadł na ławce przeznaczonej dla czekających w kolejce interesantów. Komisant nie przerywał pisania jeszcze przez pięć minut. W tym czasie nieznajomy siedział nieruchomo, nic nie mówiąc. Pióro komisanta przestało w końcu skrzypieć po papierze. Urzędnik podniósł głowę, rozejrzał się uważnie dookoła, a upewniwszy się, że mogą rozmawiać w cztery oczy, odezwał się.
Gdy drzwi się otwarły, jeden pisał, drugi się modlił. Ukazał się rozpromieniony danglar. Bankier odprowadził go aż do drzwi. Za Danglarsem wymknął się też i Peppino. Zgodnie z umową, pojazd czekał na Danglarsa przed bankiem. Cicerone przytrzymywał otwarte drzwiczki. Cicerone to istota bardzo usłużna, którą można zatrudnić do wszystkiego. Danglar wskoczył do powozu, lekko niczym dwudziestoletni młodzieniec. Cicerone zatrzasnął drzwiczki i usiadł obok Stangretta. Peppino usadowił się w tyle powozu. — Jego ekscelencja życzy sobie zobaczyć katedrę św. Piotra? — spytał Cicelone. — A po jakiego diabła? — zdziwił się baron. — No, żeby obejrzeć. — Nie przyjechałem do Rzymu po to, żeby oglądać — zawołał baron.
Powóz skręcił jednak i pojechał wzdłuż tej ciemnej ściany, która okazała się ni mniej, ni więcej jak fortyfikacjami opasującymi Rzym. — Oho — mruknął Danglar — nie wjeżdżamy do Rzymu, czyli to nie wymiar sprawiedliwości mnie pochwycił. O Boże! A więc czyżby to... Włosy stanęły mu dęba. Przypomniał sobie owe ciekawe historie o rzymskich bandytach przyjmowane w Paryżu z takim niedowierzaniem, które Albert de Morcer opowiadał pani Danglars i Eugenii w czasach, gdy miał jeszcze zostać zięciem pierwszej i małżonkiem drugiej. – Więc może to bandyci? – szepnął. Nagle powóz potoczył się po czymś twardszym. Nie była to już piaszczysta droga.
Przewodnikiem był nasz przyjaciel Peppino. Pierwszy zanurzył się w wysokiej trawie i podążył ścieżyną tak wąską, że mogły ją znać chyba tylko jaszczurki i łasice. Zatrzymał się przed skałą, na której rósł gęsty krzak. Pod skałą był podłużny, wąski otwór. Wyglądał jak półotwarta powieka. Młodzian zniknął w otworze, jak w naszych baśniach diabeł zapada się pod ziemię. Człowiek kroczący za danglarsem zmusił go do pójścia w ślady przewodnika. Nie było wątpliwości. Francuski bankrut miał do czynienia z rzymskimi bandytami. Czuł się tak, jakby wzięto go w dwa ognie. Strach dodał mu odwagi. Pomimo pokaźnego brzucha, baronowi udało się przecisnąć za Peppinem.
Zsuwał się w dół z zamkniętymi oczyma. Otwarł je dopiero, gdy poczuł pod stopami grunt. Dalsza droga była szeroka, ale ciemna. Peppino nie troszczył się już o zachowanie ostrożności. Tu przecież był u siebie. Zaparył więc krzesiwem pochodnie. Dwa inni zeszli za Danglarsem, tworząc tylną straż. Popychając Danglarsa, jeśli zdarzyło mu się zatrzymać, zaprowadzili go lekko pochylonym w dół korytarzem do skrzyżowania korytarzy. Widok był ponury. W murach z białego kamienia wydrążone były rzędy ciemnych nisz w kształcie trumien, niczym puste oczodoły trupich czaszek. Wartownik zabrzęczał kółkami urzemienia strzelby. – Kto idzie? – zawołał. – Przyjaciel, przyjaciel – odpowiedział Peppino.
– Gdzie naczelnik? Tam, rzekł strażnik wskazując za siebie, była tam wielka sala wykuta w skalę, z której przez wielkie półokrągłe otwory wpadało na korytarz światło. — Niezła zdobycz, naczelniku, niezła zdobycz! — krzyknął Peppino. I biorąc danglarsa za kołnierz, podprowadził go do otworu przypominającego drzwi, przez który wchodziło się do kwatery wodza. — To ten? — spytał naczelnik, odrywając się od lektury Żywotu Aleksandra w Księdze Plutarcha. — Tak, ten, naczelniku. — Wybornie, pokażcie mi go. Na ten dość niegrzeczny rozkaz Peppino zbliżył tak gwałtownie pochodnie do twarzy dunglarsa, że bankier odskoczył w popłochu, by nie opalić sobie brwi.
Odeszła go wola, nie był w stanie myśleć. Szedł, ponieważ go ciągnięto. Potknął się o stopień i domyśliwszy się, że ma przed sobą schody, pochylił instynktownie głowę, by nie uderzyć czołem o strop. Znalazł się w celi wykutej w litej skale. Cela była czysta, naga i sucha, choć znajdowała się głęboko pod ziemią. W kącie leżało posłanie z siada nakrytego kozimi skórami. Dla Danglarsa był to znak, że jest ocalony. — O, chwała Panu! — szepnął. — To prawdziwe łóżko! Już drugi raz w ciągu tej godziny zwracał się do Boga. Nie zdarzyło mu się to od lat dziesięciu. Przewodnik, wempchnąwszy Danglarsa do celi, zatrzasnął drzwi. Zazgrzytał rygiel.
Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!