Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 113. Peppino

27.07.2025 ·24 min 17 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

– Czy mógłbym się widzieć z panami Thomson i French? – zapytał cudzoziemiec. Na znak zaufanego komisanta, który zajmował pierwsze biuro, wstał ni to loka i ni to strażnik. – Kogo mam zaanonsować? – spytał, kierując się ku drzwiom. — Barona Danglar — odpowiedział podróżny. — Pan pozwoli — rzekł strażnik. Otwarły się drzwi. Strażnik i baron znikli za nimi. Człowiek, który wszedł za Danglarsem, usiadł na ławce przeznaczonej dla czekających w kolejce interesantów. Komisant nie przerywał pisania jeszcze przez pięć minut. W tym czasie nieznajomy siedział nieruchomo, nic nie mówiąc. Pióro komisanta przestało w końcu skrzypieć po papierze. Urzędnik podniósł głowę, rozejrzał się uważnie dookoła, a upewniwszy się, że mogą rozmawiać w cztery oczy, odezwał się.

Gdy drzwi się otwarły, jeden pisał, drugi się modlił. Ukazał się rozpromieniony danglar. Bankier odprowadził go aż do drzwi. Za Danglarsem wymknął się też i Peppino. Zgodnie z umową, pojazd czekał na Danglarsa przed bankiem. Cicerone przytrzymywał otwarte drzwiczki. Cicerone to istota bardzo usłużna, którą można zatrudnić do wszystkiego. Danglar wskoczył do powozu, lekko niczym dwudziestoletni młodzieniec. Cicerone zatrzasnął drzwiczki i usiadł obok Stangretta. Peppino usadowił się w tyle powozu. — Jego ekscelencja życzy sobie zobaczyć katedrę św. Piotra? — spytał Cicelone. — A po jakiego diabła? — zdziwił się baron. — No, żeby obejrzeć. — Nie przyjechałem do Rzymu po to, żeby oglądać — zawołał baron.

I mruknął do siebie z pełnym chciwości uśmiechem. — Przyjechałem po pieniążki. I dotknął pugila resu. — To gdzie jego ekscelencja pragnie jechać? Do hotelu. — Casa Pastrini — rzekł Cicerone do Stangretta. I powóz ruszył tak szybko, jak najlżejszy faeton. Dziesięć minut później Baron był już w swoim apartamencie, a Peppino usadowił się na ławce obok wejścia do hotelu, szepnąwszy wcześniej parę słów na ucho jednemu z potomków Mariusza i Grakków, o których wspomnieliśmy na początku tego rozdziału. Dzieciak pobiegł co sił w nogach w stronę kapitolu. Danglar był zmęczony i senny. Położył się, włożył pugilares pod poduszkę i zasnął. Peppino zaś miał trochę czasu do stracenia.

Zagrał więc w morrę z tragarzami. Przegrał trzy talary i, aby się pocieszyć, opróżnił butelkę Orvieto. Następnego dnia Danglaro budził się późno, choć spać poszedł wcześnie. Przez pięć czy sześć ostatnich nocy bardzo źle sypiał, jeśli w ogóle już spał. Zjadł obfite śniadanie i niezbyt, jak sam mówił, zainteresowany cudami wiecznego miasta, zamówił karetę pocztową na dwunastą. Nie wziął jednak pod uwagę w swoich okolicznościach formalności, jakich trzeba było dopełnić na policji, ani lenistwa poczmistrza. Konie przybyły dopiero na drugą, a Cicerone dostarczył mu paszport z wizą dopiero o trzeciej. Wszystkie te przygotowania ściągnęły przed drzwi imć Pastriniego tłumek gapiów.

Nie zabrakło też potomków Mariusza i Grachów. Baron przeszedł triumfalnie wśród gapiów, którzy wołali do niego excelencio, aby dostać bajocco. Danglar, jak wiadomo, wielki miłośnik lewicy, znajdował się do tej pory tytułem barona i nigdy dotąd nie nazywano go excelencją. Tytuł ten tak mu zaraz pochlebił, że rozdał studzin miedziaku w całej hołocie, która chętnie nazwałaby go za drugi tudzin waszą książęcom mością. – Jak jedziemy? – spytał pod stylią po włosku. — Na Anconę! — odpowiedział baron. Imć Pastrini przetłumaczył pytanie i odpowiedź i konie ruszyły galopem. Danglar rzeczywiście zamierzał pojechać do Wenecji, gdzie chciał podjąć część pieniędzy, a następnie udać się do Wiednia i tam zrealizowałby resztę.

Pragnął zamieszkać tam na stałe, gdyż zapewniano go, że Wiedeń to miasto uciech. Jechali już przez rzymską kampanię. Zaledwie ujechali trzy mile, zaczął zapadać zmierzch. Danglar nie spodziewał się, że wyjazd nastąpi tak późno, inaczej zostałby w hotelu. Zwrócił się do Pocztyliona z pytaniem, ile jeszcze do najbliższego miasta. — Non capisco! — odparł Pocztylion. Danglar kiwnął głową, jakby chciał powiedzieć. — No to dobrze. Powóz pędził dalej. — Na najbliższej Poczthalterii — rzekł do siebie Danglar. — Każe mu się zatrzymać. Nadal pozostała mu resztka wczorajszego dobrego samopoczucia, które sprawiło, że tak dobrze spał.

Rozwalił się na miękkich poduszkach wygodnej angielskiej kolaski o podwójnych resorach. Konie galopowały wspaniale. Na siódmej mili, jak wiedział, wypadała poczthalteria. Cóż można robić? Gdy jest się bankierem i gdy się tak szczęśliwie zbankrutowało? Danglar rozmyślał z dziesięć minut o żonie, którą zostawił w Paryżu, przez następne dziesięć o córce, która wałęsała się po świecie z panną d'Armilly. Kolejnych dziesięć minut przeznaczył na dumanie o swoich wierzycielach i o tym, jak wykorzysta ich pieniądze. W końcu, gdy nie miał już o czym myśleć, zamknął oczy i zapadł w sen. Co jakiś czas otwierał na chwilę oczy, gdy kolaska zatrzęsła się na jakimś większym wyboju. Widział wtedy, że konie ciągle unoszą go w tym samym pędzie, wciąż przez tę samą rzymską wieś usianą zniszczonymi akweduktami, które przypominają skamieniałe granitowo-olbrzymy zatrzymane w biegu.

Noc jednak była zimna, mroczna, dżdżysta i komuś tak rozespanemu jak Danglar Było dużo przyjemniej drzemać na poduszkach, niż wystawiać przez okno głowę i pytać, gdzie są. Toć po cztylion umiał odpowiedzieć tylko non capisco. Danglar obiecywał więc sobie, że obudzi się, gdyż stanął na najbliższej stacji i drzemał dalej. Pojazd zatrzymał się. Danglar pomyślał, że dotarli nareszcie do upragnionego celu. Otwarł oczy i wyjrzał przez okno, myśląc, że są w jakimś mieście lub przynajmniej jakiejś wioszczynie, ale dostrzegł tylko samotną ruderę, a obok niej paru ludzi, którzy kręcili się tu i tam niczym cienie. Danglar czekał na Pocztyliona. Pocztylion kończył tu swoją trasę i powinien jeszcze przyjść do niego po opłatę pocztową.

Zamierzał też skorzystać z okazji i poprosić nowego pocztyliona o kilka informacji. Lecz choć konie zostały wyprzęgnięte i zastąpiono je nowymi, nikt nie przyszedł do niego po opłatę. Zdziwiony danglar otworzył drzwiczki, ale czyjaś silna ręka zatrzasnęła je z powrotem i kareta pocztowa ruszyła w dalszą drogę. Osłupienie do reszty rozbudziło barona. – Ej! – krzyknął do pocztyliona. – Ej! Mio caro! Było to kolejne włoskie słowo zaczerpnięte z muzyki, które Danglar przyswoił w sobie, gdy jego córka śpiewała duety z księciem Cavalcanti. Lecz Mio Caro nie odpowiedział. Danglar otwarł więc okno. — Ej, przyjacielu, dokąd to jedziemy?

— zawołał, wystawiwszy głowę. — Dentro la testa! — wrzasnął ktoś rozkazująco i pogroził pięścią. Danglar zrozumiał, że dentro latesta miało oznaczać schowaj głowę. Robił, jak widać, szybkie postępy w nauce włoskiego. Usłuchał niezbyt uspokojony, a ponieważ niepokój rósł w nim z minuty na minutę, po paru chwilach znikła jakoś owa pustka w głowie, co sprowadziła nań sen, gdyż w jego głowie aż zaroiło się od myśli i to takich, które nie dałyby zasnąć nikomu, a co dopiero człowiekowi w takiej sytuacji jak Danglar. Gdy człowiek doznaje jakiejś silnej emocji, nagle wyostrzają mu się zmysły. Szybko jednak przychodzi znużenie i tracimy owe niezwykłe umiejętności.

Nim ogarnie nas strach, widzimy rzeczy takimi, jakie są. Przerażeni wyolbrzymiamy je, a gdy strach już od nas odejdzie, stają się mętne i niewyraźne. Wyostrzonym nagle wzrokiem Danglar ujrzał, że jakiś człowiek owinięty w pelerynę galopuje przy prawych drzwiczkach powozu. — To żandarm! — szepnął. — Czyżby donieśli o mnie przez telegraf władzom papieskim? — zdecydował się wyzbyć niepewności. — Gdzie mnie wiedziecie? — spytał. — Dentrolatesta! — odpowiedział mu ten sam złowróżbny głos. Danglar popatrzył w lewo. Z tej strony także jechał ktoś konno. — Nie ma wątpliwości — powiedział sobie i podzrosił mu czoło. — Złapali mnie.

Powóz skręcił jednak i pojechał wzdłuż tej ciemnej ściany, która okazała się ni mniej, ni więcej jak fortyfikacjami opasującymi Rzym. — Oho — mruknął Danglar — nie wjeżdżamy do Rzymu, czyli to nie wymiar sprawiedliwości mnie pochwycił. O Boże! A więc czyżby to... Włosy stanęły mu dęba. Przypomniał sobie owe ciekawe historie o rzymskich bandytach przyjmowane w Paryżu z takim niedowierzaniem, które Albert de Morcer opowiadał pani Danglars i Eugenii w czasach, gdy miał jeszcze zostać zięciem pierwszej i małżonkiem drugiej. – Więc może to bandyci? – szepnął. Nagle powóz potoczył się po czymś twardszym. Nie była to już piaszczysta droga.

Danglar zaryzykował rzut oka najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Ujrzał budowlę o dziwnych kształtach, a przypominając sobie w szczególności opowieści Alberta, domyślił się, że są na Via Appia. Na prawo widniała jakby dolina, a w niej półkoliste zagłębienie. Był to cyrk. Caracalli. Jeździec z prawej krzyknął coś i powóz stanął. Niemal w tym samym momencie otwarły się drzwiczki z lewej strony. — Scendi! — rozkazał czyjś głos. Danglar natychmiast wysiadł. Jeszcze nie mówił po włosku, ale już rozumiał. Półprzytomny ze strachu rozejrzał się dookoła. Otoczony był przez czterech mężczyzn, nie licząc pocztyliona. — Dik fa! Odezwał się jeden z mężczyzn schodząc wąską ścieżką, która wiodła między rozpadliny kampanii rzymskiej.

Danglar podążył za przewodnikiem bez słowa protestu. Nie musiał się odwracać, by mieć pewność, że za nim szli trzej pozostali mężczyźni. Wydało mu się jednak, że co jakiś czas zatrzymywali się na chwilę po drodze niczym wartownicy. Po dziesięciu minutach marszu, podczas których Danglar nie zamienił ze swoim przewodnikiem ani słowa, znaleźli się przy niewielkim wzgórku wśród wybujałych traw. Trzej mężczyźni stanęli wokół niego w milczeniu. Stanowił środek trójkąta. Chciał przemówić, lecz nie zdołał wydobyć z siebie głosu. — Avanti! — rozkazał ten sam stanowczy głos. Tym razem Danglar zrozumiał natychmiast. Słowo zostało bowiem poparte gestem. Człowiek idący za nim popchnął go tak gwałtownie, że Danglar wpadł na przewodnika.

Przewodnikiem był nasz przyjaciel Peppino. Pierwszy zanurzył się w wysokiej trawie i podążył ścieżyną tak wąską, że mogły ją znać chyba tylko jaszczurki i łasice. Zatrzymał się przed skałą, na której rósł gęsty krzak. Pod skałą był podłużny, wąski otwór. Wyglądał jak półotwarta powieka. Młodzian zniknął w otworze, jak w naszych baśniach diabeł zapada się pod ziemię. Człowiek kroczący za danglarsem zmusił go do pójścia w ślady przewodnika. Nie było wątpliwości. Francuski bankrut miał do czynienia z rzymskimi bandytami. Czuł się tak, jakby wzięto go w dwa ognie. Strach dodał mu odwagi. Pomimo pokaźnego brzucha, baronowi udało się przecisnąć za Peppinem.

Zsuwał się w dół z zamkniętymi oczyma. Otwarł je dopiero, gdy poczuł pod stopami grunt. Dalsza droga była szeroka, ale ciemna. Peppino nie troszczył się już o zachowanie ostrożności. Tu przecież był u siebie. Zaparył więc krzesiwem pochodnie. Dwa inni zeszli za Danglarsem, tworząc tylną straż. Popychając Danglarsa, jeśli zdarzyło mu się zatrzymać, zaprowadzili go lekko pochylonym w dół korytarzem do skrzyżowania korytarzy. Widok był ponury. W murach z białego kamienia wydrążone były rzędy ciemnych nisz w kształcie trumien, niczym puste oczodoły trupich czaszek. Wartownik zabrzęczał kółkami urzemienia strzelby. – Kto idzie? – zawołał. – Przyjaciel, przyjaciel – odpowiedział Peppino.

– Gdzie naczelnik? Tam, rzekł strażnik wskazując za siebie, była tam wielka sala wykuta w skalę, z której przez wielkie półokrągłe otwory wpadało na korytarz światło. — Niezła zdobycz, naczelniku, niezła zdobycz! — krzyknął Peppino. I biorąc danglarsa za kołnierz, podprowadził go do otworu przypominającego drzwi, przez który wchodziło się do kwatery wodza. — To ten? — spytał naczelnik, odrywając się od lektury Żywotu Aleksandra w Księdze Plutarcha. — Tak, ten, naczelniku. — Wybornie, pokażcie mi go. Na ten dość niegrzeczny rozkaz Peppino zbliżył tak gwałtownie pochodnie do twarzy dunglarsa, że bankier odskoczył w popłochu, by nie opalić sobie brwi.

Twarz miał wykrzywioną, ohydnym strachem. – Jest zmęczony – stwierdził Herszt. – Zaprowadźcie go do łóżka. — Oho — mruknął Danglar — to łóżko to zapewne jedna z trumien, które tkwią w tym murze, a sen, jaki na mnie spłynie, to śmierć od jednego z tych sztyletów. Widzę, jak błyskają w ciemnościach. Istotnie w mrokach owej wielkiej sali unosili się właśnie na posłaniach z siana lub wilczych skór kompanii owego człowieka, którego Albert de Morcer przyłapał przy lekturze komentarzy Cezara, a Danglar przy żywocie Aleksandra. Bankier jęknął głucho i poszedł za przewodnikiem. Nie próbował błagać ani krzyczeć. Nie miał już sił.

Odeszła go wola, nie był w stanie myśleć. Szedł, ponieważ go ciągnięto. Potknął się o stopień i domyśliwszy się, że ma przed sobą schody, pochylił instynktownie głowę, by nie uderzyć czołem o strop. Znalazł się w celi wykutej w litej skale. Cela była czysta, naga i sucha, choć znajdowała się głęboko pod ziemią. W kącie leżało posłanie z siada nakrytego kozimi skórami. Dla Danglarsa był to znak, że jest ocalony. — O, chwała Panu! — szepnął. — To prawdziwe łóżko! Już drugi raz w ciągu tej godziny zwracał się do Boga. Nie zdarzyło mu się to od lat dziesięciu. Przewodnik, wempchnąwszy Danglarsa do celi, zatrzasnął drzwi. Zazgrzytał rygiel.

Danglar był więźniem. A zresztą, gdyby nawet nie było tego rygla, sam tylko święty Piotr i do tego ze swoim anielskim przewodnikiem zdołałby przemknąć się wśród owego garnizonu, który okupował katakumby świętego Sebastiana, dowodzone przez Herszta, w którym nasi czytelnicy z pewnością rozpoznali Luigiego Wampe. Danglard także już wiedział, kim jest ów bandyta, w którego istnienie nie chciał uwierzyć, gdy Morcer próbował zaszczepić tę postać w świadomości Francuzów. Rozpoznał nie tylko Wampę. Jego cela była celą, w której zamknięto Alberta. Najprawdopodobniej często goszczono tu cudzoziemców. Wspomnienia te, do których powracał zresztą ze sporą radością, uspokoiły go.

Jeśli bandyci nie zabili go od razu, wcale nie mieli zamiaru go zabijać. Porwali go, aby go obrabować, a ponieważ nie miał przy sobie nic prócz paru ludwików, wyznaczą za niego okup. Przypomniał sobie, że Morcer został wyceniony chyba na 4000 dukatów. Własnej osobie przypisywał dużo więcej wagi i wycenił się na 8000 dukatów. 8000 dukatów to 48000 librów. Zostanie mu jeszcze jakieś 5 milionów 50 tysięcy franków. Z taką sakiewką człowiek zawsze spadnie na cztery łapy. Niemal już pewien, że się z tego jakoś wywinie, bo czy kto słyszał, żeby kogoś otaksowano kiedykolwiek na 5 milionów, danglar wyciągnął się na posłaniu i przekręciwszy się parę razy z boku na bok, zasnął z takim spokojem, jaki okazywał bohater, którego losy studiował Luigi Vampa.

Pokazano wszystkie 21 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.