Mentionsy Mentionsy
TeamPlutt Podcast
TeamPlutt Podcast

TP#20.3 - Backyard Ultra First & Original - Pierwsze 7 pętli

08.04.2026 ·40 min 28 s

Trzecia część mojej przygody z Backyard Ultra First & Original, w której dowiecie się, czy można się zgubić na prostokątnej pętli, jak doprowadzić do przegrzania organizmu, gdy dookoła panuje siarczysty mróz, co można robić na punktach odżywczych w trakcie ultra oraz o tym, co najbardziej cieszy strudzonego ultrasa. A to wszystko w ramach pierwszych siedmiu okrążeń spośród zakładanych dwudziestu czterech. Innymi słowy - rozgrzewka (po której większość ludzi zawijałaby do domu) podczas zimowej edycji Backyard Ultra First & Original.Będzie też trochę o nawiązywaniu nowych znajomości, szczegółach suplementacji podczas ultra "od kuchni" oraz o tym, co ma dzisiejsza piłka nożna i analiza VAR z biegami ultra.Posłuchajcie!

Również przyspieszam, ale tylko trochę, z nadzieją, że Rumun za chwilę podobnie się zdławi i będzie musiał przyhamować, co po kilkuset metrach staje się proroczą wizją. Na ostatniej prostej gość podejmuje się finiszu w stylu olimpijskim, a jeszcze jeden zawodnik zdaje się wysapywać pod nosem coś o podtrzymaniu mu piwa i chłopaki lecą łeb w łeb na złamanie karku. Ja tym razem odpuszczam. Nie stracę do nich dużo, a z pewnością będę miał jeszcze wiele okazji, żeby się odegrać. Wbiegam na metę po 33 minutach, zaledwie 3 sekundy za zwycięzcą okrążenia i awansuję na najniższy schodek podium w klasyfikacji generalnej, tracąc do lidera 17 sekund, więc biorąc pod uwagę, czekające nas jeszcze niecałe 15 godzin możemy uznać, że w zaokrągleniu jest remis. A teraz czas załatwić najważniejszą sprawę.

Trzymają się na tyle blisko, że gdybyśmy byli pod prysznicem koedukacyjnym odczuwałbym podejrzanie nieprzyjemną presję. Na szczęście to tylko Backyard Ultra i nikt mnie nie atakuje, bo musiałbym przedzierać się przez głęboki śnieg poboczem. Sytuacja zmienia się po drugim zakręcie, mniej więcej w połowie okrążenia. Ścieżka robi się na tyle szeroka, że Rumon przechodzi do ataku i bardzo szybko zwiększa swoją przewagę. Jednak po poprzedniej pętli wiem, że nie warto tracić energii na pogoń. Zapewne zaraz i tak się zrównamy. Tymczasem dochodzi do mnie inny zawodnik, ale zamiast gonić naszego pobratymca spod Karpat, przebija ze mną żółwika i przedstawia się jako Przemek, inicjując jedną z najbardziej nieprawdopodobnych przygód, jakie mnie do tej pory spotkały na biegach. Mój towarzysz przyjechał tutaj aż z Wrocławia, po swoim debiucie w zeszłorocznym backyardzie, gdzie wykręcił 27 pętli.

Świetnie nam się rozmawia, dzięki czemu kilometry nagle wydają się zdecydowanie krótsze, jednak na koniec dnia rywalizujemy między sobą. Czuć między nami energię. Nadajemy na tych samych falach i bardzo szybko złapaliśmy kontakt. Niestety obaj wiemy, że na końcu jest tylko jeden kawałek pizzy. Nie może być dwóch zwycięzców. Któryś z nas będzie musiał pokonać tego drugiego tempem. Jeden zostanie w tyle. Na szczęście, zanim to nastąpi, przed nami długa droga. Obecnie możemy skupić się na przyjemnościach. Kilometr przed metą doganiamy Rumuna, któremu najwyraźniej skończyły się po raz kolejny pokłady energetyczne, jednak wyczuwszy zagrożenie walczy o utrzymanie swojej pozycji. Do końca okrążenia kilkukrotnie wymieniamy się pozycjami, a ostatecznie Przemek wpada na metę pierwszą z trasem 32-21, ja sekundę za nim, a Rumun dwie po mnie.

Udowadniam, że sprint można wykonać bez udziału godności, próbując dramatycznie nie utracić przyczepności, ale przynajmniej udaje mi się odrobić tę stratę tych kilku metrów. Wbiegamy na metę równocześnie po 32 minutach i 37 sekundach. Kolejni zawodnicy pojawiają się dopiero minuta po nas. W konsekwencji przewidziewam wyimaginowaną koszulkę lidera i czuję się jak Adam Małysz w konkursie w Salt Lake City w 2001 roku. Przynajmniej właśnie tak sobie wyobrażam jego radość po odebraniu Martynowi Schmidtowi plastronu lidera. W tamtym sezonie orzeł z Wisły utrzymał prowadzenie do samego końca, a historia przecież lubi się powtarzać. Da się? Da się! Nad Przemkiem mam 5 sekund przewagi, a Rumun traci do mnie ponad minutę. Uradowany własnym sukcesem przebijam z Przemkiem piątkę i biegnę do łazienki odcedzić kartofelki.

Nie kojarzę go z poprzednich okrążeń, a na finiszowanie jest zdecydowanie za wcześnie, więc jedyne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy to wyjątkowo intensywne parcie na stolec, które nie pozwala gościowi utrzymać rozsądnego tempa i nakazuje ratować swoją godność. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do Rumona facet nie zwalnia po kilkuset metrach, tylko pędzi jakby gonił do Lidla przed zamknięciem w obawie, że mu się przeterminują kupony promocyjne. Tymczasem, zgodnie z oczekiwaniami, Przemek wychyla się zza moich pleców chwilę później i dalszy ciąg pętli to kopiuj-wklej z poprzedniego okrążenia. Biegniemy razem, gadając bez końca, a na ostatniej prostej Przemek ponownie atakuje. Jego zryw jest delikatny, zupełnie jakby chciał sprawdzić, czy podejmę rękawicę, ale nie trzeba mnie namawiać. Muszę bronić swojej pozycji, więc ruszam przed siebie, przejmując jak najbardziej aerodynamiczną postawę, starając się zostawić rywala w tyle.

Pokazano wszystkie 5 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.