TP#20.3 - Backyard Ultra First & Original - Pierwsze 7 pętli
Trzecia część mojej przygody z Backyard Ultra First & Original, w której dowiecie się, czy można się zgubić na prostokątnej pętli, jak doprowadzić do przegrzania organizmu, gdy dookoła panuje siarczysty mróz, co można robić na punktach odżywczych w trakcie ultra oraz o tym, co najbardziej cieszy strudzonego ultrasa. A to wszystko w ramach pierwszych siedmiu okrążeń spośród zakładanych dwudziestu czterech. Innymi słowy - rozgrzewka (po której większość ludzi zawijałaby do domu) podczas zimowej edycji Backyard Ultra First & Original.Będzie też trochę o nawiązywaniu nowych znajomości, szczegółach suplementacji podczas ultra "od kuchni" oraz o tym, co ma dzisiejsza piłka nożna i analiza VAR z biegami ultra.Posłuchajcie!
Co więcej, na 50 metrów przed linią mety znajduje się ostry zakręt w lewo, którego pokonanie na pełnej mocy grozi wyrzutem z trasy prosto w przyczepę kempingową jednego z uczestników. Już teraz wiem, gdzie trzeba zaparkować w przyszłym roku, jednak aktualnie muszę dotrzeć do końca okrążenia, a następnie dokuśtykać jakieś 150 metrów do naszego kratobusa, dlatego na zakręcie zwalniam, żeby nie upokorzyć się bliskim spotkaniem trzeciego stopnia ze zmrożoną glebą lub ścianką wspomnianej przyczepy kempingowej, tuż przed tłumem zgromadzonych na mecie. W końcu nic tak nie motywuje do ostrożności, jak świadomość, że ktoś patrzy. Kończę pierwszą pętlę z czasem 36 minut i 5 sekund, tracąc do lidera 14 sekund. Tempo na poziomie 5,23 minut na kilometr. Trochę za szybko.
Przynajmniej na punktach odżywczych. Dziwne uczucie. Załatwiłem swoje sprawy i jestem gotów ruszać w dalszą drogę, jednak mogę jedynie usiąść wygodnie na leżance i pomedytować przez chwilę zanim ponownie wejdę na wysokie obroty. O 7.57 opuszczamy cieplutkiego i przytulnego kratobusa, po czym kierujemy się na linię startu. Spokojnie można było jeszcze chwilę odczekać, tak jak zrobiła to większość zawodników, którzy wysypują się z sali gimnastycznej dopiero gdy ja melduję się pod zegarem. Zmarznął odrobinę mniej. Muszę to zapamiętać i na następnym okrążeniu wziąć przykład z bardziej doświadczonych w tej formule zawodników. Tym bardziej, że dopiero po chwili dociera do mnie jak gigantyczną różnicę robi te kilka sekund. Zagrzane w kratobusie ciało bardzo szybko odczuwa zmianę temperatury.
Z ośmiechem na ustach i odrobinę zdziwiony, że Pierwsze 7 zaliczam już po półtorej godziny biegu, wracam do kratobusa, gdzie zaczynamy serwis. Na pierwszy ogień idzie zupka rybna z tostem, którą następnie zapijam wszystkimi specyfikami w płynie. Cola, izo, białko i herbata. W sumie wychodzi tego prawie pół litra płynów, a mimo to mam wrażenie, że nadal chce mi się pić. Tego się nie spodziewałem. Przez zimowej aurze zakładałem tankowanie niedużych ilości, a na ten moment mam wssanie większe niż smog wawelski, mimo że danie nie nakarmił mnie jeszcze baraniną z siarku. Po zaspokojeniu głodu i pragnienia czas na tajną broń numer jeden. Odpalamy ogrzewacze do rąk. Pudełko 30 sztuk tego cudownego szczytu myśli inżynieryjnej zakupione w Decathlonie za całe 59,99 zł pozwoli mi kontynuować bieg bez obawy o odmrożenie sobie palców, obumarcie ich tkanek, a następnie ich późniejszą amputację.
Powodem braku kart stawiam na stoicki relaks w postaci wyciągnięcia się na leżance, odrobinę przedłużając wyjście z kratobusa. Tym razem czekamy do podwójnego sygnału dźwiękowego oznaczającego 120 sekund do rozpoczęcia kolejnego okrążenia. W zupełności wystarcza to na dotarcie do startu i po raz kolejny poczucie na własnej skórze tego okropnego, otalającego wszystko wokół mrozu pomimo posiadania potrójnej wartwy ubrań. Trzecia pętla. 20,1 km. Przyznaję bez bicia, że nie jest to bieg, nad którym dużo się dzieje. Gdyby zrobić z tego relację live, obawiam się, że z osób obserwujących zostałyby tylko takie, których łącze zawiesiło się i nie są w stanie jej opuścić, cała reszta już dawno zajęłaby się czymś znacznie bardziej atrakcyjnym wizualnie, np.
W klasyfikacji generalnej podium wygląda następująco. Vlad prowadzi, ja tracę do niego zaledwie 7 sekund, a Przemek do mnie 5, co oznacza, że różnica z dwóch pierwszych okrążeń jeszcze bardziej stopniała. Dopiero w drodze do kratobusa dociera do mnie, że zrobiliśmy to okrążenie tempem poniżej 5 minut na kilometr. Dycha w 50 minut. Maraton w 3,5 godziny. I tak przez całą dobę? Zdecydowanie za szybko. Zbiegowa eutanazja. Jak tak dalej pójdzie, zajedziemy się nawzajem, a wisienki na torcie zostaną dla tych bardziej rozsądnych z tyłu, którzy potrafią sobie dać na wstrzymanie i nie ścigają się od pierwszego kilometra. Mimo to nikt z nas nie chce odpuścić. Pocieszam się faktem, że nie jest to jeszcze tempo, którego utrzymanie sprawia mi problem. Zatem muszę jedynie pociągnąć ten stan przez kolejne 140 km.
Z dwojga złego wolę mieć pewność braku przymusowych przystanków. Niecałe dwie minuty przed startem piątej pętli po raz kolejny wychodzimy z cudownego ogrzanego wnętrza kratobusa po prostu w mrożną otchłań wskazując się ponownie na znój i ziomb. Trochę taki fetysz jakby. Na szczęście zaczynam się przyzwyczajać do tego typu aspektów w Ultra, chociaż dobrze, że ciemno nie jest. Piąta pętla. 33,5 km. Do połowy okrążenia mamy powtórkę z rozrywki. Absolutnie nic się nie dzieje. Śnieg wszędzie, wokół ani żywej duszy, poza uczestnikami Backyard Ultra. Ja prowadzę, a za plecami słyszę sapanie. Po drugim zakręcie do moich uszu dociera odgłos przyspieszonego kroku i spodziewam się po chwili zobaczyć Przemka, tymczasem jakiś koleś w czerwonej kurtce wyrywa do przodu zostawiając mnie w tyle.
Miało być na spokojnie, miało być na rozsądnie, a wyszło jak zawsze. Najwyraźniej nie są to tylko moje spostrzeżenia, ponieważ Paweł Żuk zaczepia mnie na wyjściu z toalety po moim czwartym jeszsiku, rzucając do mnie zwięzłe Daniel, Daniel, uważaj! Serio, uważam. Uważam, że mogę to dziś wygrać. Jednak nie mogę odpuścić, jeśli chcę to dowieść. Przecież chłopaki również muszą odczuwać maraton w nogach. Wracam do Kretobusa. Na obiad wjeżdżę z łupka rybna z tostem, a na przebranie dostaję komplet ciuchów na górę. Gaci nie ruszam, bo musiałbym zdejmować również buty. Sucha i ciepła koszulka oraz wszystko co na nią idzie w zupełności wystarczą, żebym poczuł powiew świeżości. Kładę się na leżance, wyciągając kopyta wysoko do góry, żeby również one odrobinę odpoczęły. Czekaję jeszcze sporo pracy, więc wierzę, że te kilka minut w lewitacji odbije się pozytywnie na moich kolejnych kilometrach.
Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Trzecia część mojej przygody z Backyard Ultra First & Original, w której dowiecie się, czy można się zgubić na prostokątnej pętli, jak doprowadzić do przegrzania organizmu, gdy dookoła panuje siarczysty mróz, co można robić na punktach odżywczych w trakcie ultra oraz o tym, co najbardziej cieszy strudzonego ultrasa. A to wszystko w ramach pierwszych siedmiu okrążeń spośród zakładanych dwudziestu czterech. Innymi słowy - rozgrzewka (po której większość ludzi zawijałaby do domu) podczas zimowej edycji Backyard Ultra First & Original.
Będzie też trochę o nawiązywaniu nowych znajomości, szczegółach suplementacji podczas ultra "od kuchni" oraz o tym, co ma dzisiejsza piłka nożna i analiza VAR z biegami ultra.
Posłuchajcie!