TP#20.3 - Backyard Ultra First & Original - Pierwsze 7 pętli
Trzecia część mojej przygody z Backyard Ultra First & Original, w której dowiecie się, czy można się zgubić na prostokątnej pętli, jak doprowadzić do przegrzania organizmu, gdy dookoła panuje siarczysty mróz, co można robić na punktach odżywczych w trakcie ultra oraz o tym, co najbardziej cieszy strudzonego ultrasa. A to wszystko w ramach pierwszych siedmiu okrążeń spośród zakładanych dwudziestu czterech. Innymi słowy - rozgrzewka (po której większość ludzi zawijałaby do domu) podczas zimowej edycji Backyard Ultra First & Original.Będzie też trochę o nawiązywaniu nowych znajomości, szczegółach suplementacji podczas ultra "od kuchni" oraz o tym, co ma dzisiejsza piłka nożna i analiza VAR z biegami ultra.Posłuchajcie!
Cześć! Witam Was serdecznie w podcaście TeamPlutt. Ja jestem Daniel i zapraszam Was do wysłuchania moich ultra historii. Tym razem opowiem Wam o przebiegu mojej rywalizacji podczas zimowej edycji Backyard Ultra First & Original. Posłuchajcie! Pierwsza pętla. 6,7 km. Na zero rozbrzmiewa dźwięk dzwonu, który będzie towarzyszyć przez kolejne 24 godziny. Równocześnie z jego gongiem ruszamy na trasę. Zaczynamy rozsądnie, nikt nie wyrywa do przodu, a całość przypomina wycieczkę krajoznawczą. Każdy zapoznaje się z trasą, a peleton prowadzi Paweł Żuk, ojciec dyrektor tego całego zamieszania.
Nigdy nie wyprzedza, bo prezes zarządu Stowarzyszenia Sportowego Polskie Ultra podkreśla na co zwrócić uwagę podczas biegu. A to tabliczki z oznaczeniem trasy, a to kolorowe wstążki na drzewach, a to taśmę z oznaczeniem organizatora. Można by powiedzieć, że to wszystko jest potrzebne mniej więcej tak bardzo, jak alarm we fecie Multipla. W końcu nic prostszego nie ma na świecie poza bieganiem po prostokątnej pętli. W teorii łatwiej zgubić się w Ikea, jednak zderzenie z rzeczywistością bardzo szybko weryfikuje tę tezę. Z pozoru banalnie prosta trasa skrywa kilka podchwytliwych elementów. Zaraz po pierwszym kilometrze odbijamy w lewo na niedużą skarpę, swoim rozmiarem konkurującą ze znaną mi Piastowską Górką o miano istotnego wzniesienia w województwie mazowieckim. Wspinamy się zaledwie kilka metrów po zjeżdżonym przez Sanki i Dupoślizgi mikrostoku tylko po to, żeby 20 metrów dalej zbiec w dół podobnym terenem.
Brakuje tylko, żebyśmy wszyscy chwycili się za rączki, jak ktoś pod nosem zaczął podśpiewywać Rysia Renkowskiego i jego nieśmiertelny jedzie pociąg z daleka. Po niecałych 18 minutach docieramy do pierwszego wierzchołka trójkąta, po którym prowadzi trasa Backyard Ultra. Dla mnie to moment o tyle przełomowy, że pomimo minus 17 stopni Celsjusza robi mi się ciepło. Jednak 4 warstwy na górze i 3 kaptury to odrobinę za dużo dla nieustannie machającego wszystkimi kończynami człowieka. Zadziwiające, ale czuję cienką stróżkę potu powoli zmierzającą z okolicy międzyłopatkowej w kierunku mojego zupełnie niespodziewającego się zagrożenia tyłka. Muszę się rozpiąć, bo w przeciwnym razie już za kilka chwil uczucie w gaciach będzie przypominać walkę w kisielu i wbrew pozorom w konsekwencji wcale nie będzie trudniej o obtarcia.
Wilgotne i zmarznięte ciuchy nieprzyjemnie ocierają spocane ciało, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że za chwilę przeholuję w drugą stronę. Sygnał odebrany, kurtka zapięta, a do mety już tylko niecały kilometr. Można by powiedzieć, że ostatnia prosta, ale już się zdążyłem przekonać, że Backyard Ultra potrafi zaskoczyć. Ostatni zakręt to jednocześnie rozwidanie dróg. W lewo skręca się na kolejną pętlę, a w prawo dociera się do bazy po mniej więcej 300 metrach. Nie jestem pewien, czy to brak oznaczeń na trasie, a może bardziej nasza nieumiejętność dostrzeżenia ich w śniegu, czy może nadgorliwość chłopaków z przodu. W każdym razie, przynajmniej jedno z tych dwóch powoduje, że czoło naszego pochodu odbija w lewą stronę, trochę przedwcześnie zaczynając drugie okrążenie. To jest ten moment, kiedy naprawdę warto być w drugim lub trzecim rzędzie.
Widać, że adrenalina uderzyła każdemu z nas do głowy. Dobrze byłoby nie przepalić na samym początku, jednocześnie nie mogę sobie pozwolić na zbyt duże straty, jeśli naprawdę chcę walczyć tutaj o świętego grana Backyard Ultra, czyli największą natkę pietruszki. Swoją drogą, to dopiero ciekawe zjawisko. Niby nic, a jednak każdy chce wygrać. Nasza strategia żywieniowa na Backyard Ultra to mało i często. Zamierzam jeść po każdym okrążeniu, dlatego ledwo zdążam usiąść na prowizorycznej leżance, a Daniel już wciska mi w ręce kubek z gorącym rosołkiem. Nie dość, że grzeje mnie to od środka, to jeszcze odrobinę łagodzi zmarznięte dłonie. One ucierpiały najbardziej na tej pętli. Pomimo wunderwaffe marki Black Diamond w postaci pancernych rękawic Glissade Gloves z ocieplaną pod szafką Thinsulate, rzekomo zapewniającą komfort cieplny nawet przy minus 17 stopniach Celsjusza, moje dłonie są bardzo daleko poza wspomnianym komfortem cieplnym.
Wbiegam do hali sportowej i czym prędzej lecę do toalety z nadzieją, że jeszcze nikt nie zdążył jej zająć, a wszyscy ludzie z obsługi, support pozostałych zawodników i ewentualni kibice załatwiają swoje potrzeby podczas gdy my jeszcze jesteśmy na pętli. Naciskam klamkę wierząc, że dzięki karmie nie napotkam żadnego oporu i... Jest. Drzwi stają otworem, a moim oczom okazuje się najzwyklejsza toaleta w stylu europejskim. Nie jakaś tam dziura w ziemi, tylko regularny sedes z rolką papieru toaletowego, a na jego przeciwległej ścianie umywalka z mydłem i ręcznikiem papierowym. Przecieram oczy zazdumienia. Serio, serio? To jest dopiero komfort. Po tych wszystkich ultra, które miałem przyjemność przebiec, przyzwyczajony do mocno spartańskich warunków na zdecydowanej większości punktów odżywczych, stoję w przedsionku triumfu ludzkiej myśli sanitarnej.
Już nie raz uratowały mi tyłek, czy może raczej kończyny, więc jestem pewien, że tym razem również spiszą się na medal. Trzeba jedynie pamiętać, żeby wyjąć je z opakowania odrobinę wcześniej, żeby wspomóc kinetykę reakcji zawartego w nich sproszkowanego żleza po kontakcie z tlenem. Okrążenie przebiegnięte, brzuszek najedzony i napojony, ekwipunek poprawiony, relacja na fejsa wrzucona, a tu jeszcze dobre 10 minut do startu przed nami. Co robić? Przecież nie będę scrollować. Jestem gotów do wyjść na trasę i chciałbym już ładować, tymczasem muszę się zmierzyć z przymusową przerwą. Przyznaję, że formuła Backyard Ultra nieznacznie rozbija logistykę. Nie ma, że chcesz teraz biec. Trzeba się dostosować, a tym nadgorliwym pozostaje jedynie głębszy oddech i poluzowanie gumki w gaciach. Daniel, wziąłeś talię kart?
transmisją ze Speed Chess Championship albo zakupami online. Emocje zupełnie jak na grzybach lub podczas łowienia ryb. Jedyny fakt wart uwagi to to, że ogrzewacze pracują już na pełnych obrotach, ograniczając dyskomfort w dłoniach, jednak do ideału nadal mi czegoś brakuje. Działają w obrębie dłoni i podstaw palców, ale najwyraźniej nie wystarczają, żeby ogrzać wszystkie moje kikuty. Końcówki palców nadal mi drętwieją. Jest lepiej niż było, jednak spodziewałem się większego komfortu. Na szczęście ponowne wysunięcie palców i potraktowanie ogrzewaczy w ten sam sposób co piłki antystresowe bardzo szybko pozwala mi utwierdzić się w przekonaniu, że nic mi nie odpadło. I całe szczęście, bo to dosyć istotna składowa mojego potencjalnego sukcesu na Backyard Ultra. Przez pierwszą połowę okrążenia prowadzę ja, susząc za sobą sapania kilku pozostałych zawodników.
Trzymają się na tyle blisko, że gdybyśmy byli pod prysznicem koedukacyjnym odczuwałbym podejrzanie nieprzyjemną presję. Na szczęście to tylko Backyard Ultra i nikt mnie nie atakuje, bo musiałbym przedzierać się przez głęboki śnieg poboczem. Sytuacja zmienia się po drugim zakręcie, mniej więcej w połowie okrążenia. Ścieżka robi się na tyle szeroka, że Rumon przechodzi do ataku i bardzo szybko zwiększa swoją przewagę. Jednak po poprzedniej pętli wiem, że nie warto tracić energii na pogoń. Zapewne zaraz i tak się zrównamy. Tymczasem dochodzi do mnie inny zawodnik, ale zamiast gonić naszego pobratymca spod Karpat, przebija ze mną żółwika i przedstawia się jako Przemek, inicjując jedną z najbardziej nieprawdopodobnych przygód, jakie mnie do tej pory spotkały na biegach. Mój towarzysz przyjechał tutaj aż z Wrocławia, po swoim debiucie w zeszłorocznym backyardzie, gdzie wykręcił 27 pętli.
A formuła spodobała mu się na tyle, że bieżący sezon postanowił poświęcić w całości tym specyficznym zawodom. A jest w czym wybierać i najbardziej zagorzali fani tej dyscypliny mogły startować nawet 10 razy w jednym sezonie, a przynajmniej tyle rozgrywek Backyard miało miejsce w poprzednim sezonie w Polsce. Więc biorąc pod uwagę rosnące zainteresowanie wśród wiary, z powodzeniem można założyć, że na rok 2026 ich liczba nie będzie mniejsza. I to w samej Polsce. Prawdziwe zboki mogą jeszcze podkręcić ten wynik i wystartować w innych krajach. Podejrzewam, że już wkrótce usłyszymy o pierwszym rekordzie Guinnessa w liczbie pokonanych Backyard Ultra w jednym roku. A wracając do Przemka, widać, że gość wie, czego chce. Przejechał prawie 400 km, żeby wziąć udział w tym biegu. Co więcej, biegnie w komforcie, nie męcząc się w przeciwieństwie do Rumuna szarpiącego bardziej niż Internet 20 lat temu na wsi.
Najwyraźniej stawia na rywalizację do samego końca. Czasu albo jego samego. Szkoda. Po cichu liczyłem, że niemiłosierny mróz wytępi wszystkich zawodników przed upływem doby, a ja zgarnę główną nagrodę gdzieś do tego samego dnia. Tak to sobie wyobraziłem w moich najskrytszych pragnieniach, jednak rzeczywistość nie jest aż tak łaskawa. Mięczaki już dawno poodpadały, wstając dziś rano i konfrontując swój udział w Backyard Ultra z temperaturą na zewnątrz. Ci, którzy stawili się na starcie, nie są ludźmi z przypadku. Nikt normalnie nie wstaje o 5 rano i nie idzie biegać, gdy nawet Yeti zakłada czapkę i błaga o herbatkę. Zostali sami twardziele i prawdopodobnie każdy z nas zrobi wszystko, żeby wytrzymać do jutra do siódmej rano. Biegniemy obok siebie nawiązując nić porozumienia, która z każdym krokiem rozrasta się do poplętanej kłębowiny włóczki, której nie sposób rozpoznać gdzie jest początek, a gdzie koniec.
W kwestii ubrań zmieniamy tylko bufki na głowie i na szyi, bo pomimo mrozu są kompletnie mokre, więc wyjście na nich na kolejne okrążenie to strzał w kolano. Resztę konstrukcji nie ruszam. Czuję wilgoć w skarpetkach i na plecach, ale żeby zmienić koszulkę musiałbym zrzucić z siebie wszystkie trzy warstwy i zwyczajnie nie chce mi się tego robić, natomiast założenie nowych skarpetek oznacza konieczność zdjęcia stuptutów i rozsznurowanie butów. Same stuptuty nie są mi do niczego potrzebne. Śnieg wokół jest ubity i mógłbym je zostawić, a ich brak z pewnością dałby mi odrobinę więcej przyczepności, jednak w tym momencie zapewnią mi one dodatkowe wsparcie, trzymając z więźle buty. Bez nich przemoczone sznurówki mogłyby się rozwiązać na trasie, a przy takiej przewadze nad Przemkiem nie mogę sobie pozwolić na przystanek całym zasznurowania buta.
Z dwojga złego wolę mieć pewność braku przymusowych przystanków. Niecałe dwie minuty przed startem piątej pętli po raz kolejny wychodzimy z cudownego ogrzanego wnętrza kratobusa po prostu w mrożną otchłań wskazując się ponownie na znój i ziomb. Trochę taki fetysz jakby. Na szczęście zaczynam się przyzwyczajać do tego typu aspektów w Ultra, chociaż dobrze, że ciemno nie jest. Piąta pętla. 33,5 km. Do połowy okrążenia mamy powtórkę z rozrywki. Absolutnie nic się nie dzieje. Śnieg wszędzie, wokół ani żywej duszy, poza uczestnikami Backyard Ultra. Ja prowadzę, a za plecami słyszę sapanie. Po drugim zakręcie do moich uszu dociera odgłos przyspieszonego kroku i spodziewam się po chwili zobaczyć Przemka, tymczasem jakiś koleś w czerwonej kurtce wyrywa do przodu zostawiając mnie w tyle.
Na pustym baku i tak daleko nie zajadę, a z pełnym brzuszkiem będę w stanie przynajmniej dobiec do strefy zrzutu. 90 sekund przed południem, po raz szósty ruszamy na linię startu. Śnieg zaczyna intensywnie padać. Jego grube płaty bardzo szybko pokrywają wszystko wokół, tak jakby było go tutaj mało. Wieńczy to wspaniałą zimową aurę, która odrobinę lituje się nad uczestnikami Backyard Ultra, podkręcając wyraźnie temperaturę. Termometr na starcie wskazuje teraz zaledwie minus 5 stopni Celsjusza. Przetrwaliśmy najgorsze. Teraz powinno być z górki. Nie przekonuje to kolejnych dwóch osób, które rezygnują z dalszej rywalizacji. Na kolejne okrążenie ruszają 33 osoby. Szósta pętla. 40,2 km.
Na tym etapie Backyard Ultra sprowadza się do pętli Świstaka. Prowadzę pierwszą połowę okrążenia, za drugim zakrętem dogania mnie Przemek, a resztę trasy pokonujemy wspólnie nawijając o wszystkim i o niczym. Jedyna różnica to końcówka, na której tym razem mój rywal nie atakuje. Lekkim krokiem przekraczamy linię mety niemalże w tym samym momencie, mimo to sędziowi odnotowują czas Przemka na poziomie 34 minuty i 8 sekund, a mój 2 sekundy gorszy. Ręczne odnotowywanie wyników w kapowniku w miejscece elektronicznego pomiaru niesie ze sobą takie ryzyko. Gdybym miał tego świadomość w momencie przekroczenia mety, mógłbym się awanturować, jednak dowiem się o tym dopiero w kratobusie. Wówczas zostaje mi jedynie analiza VAR. Obawiam się jednak, że przebieg zawodów nie podlega wideorejestracji.
Większość z nich bardziej przypomina suchoklatesów niż beczkowodzy, aczkolwiek nie wiadomo co skrywają pod tymi kilkoma warstwami ubrań. Siódma pętla. 46,9 km. Jakiś wariat pomylił Backyard Ultra z zawodami typu Drag Race i stawia sobie za punkt honoru pokonać całą pętlę w jak najkrótszym czasie? Już po kilku matrach znika nam z pola widzenia, lecąc po ewidentny rekord? To musi być ktoś z krótszego 7-pętlowego dystansu i najwyraźniej chce nadrobić zaległości. Ciekaw jestem, czy nas po 24 okrążeniach również będzie stać na taki spektakularny finisz. Na ten moment i tak radzimy sobie bardzo przyzwoicie, nadal kręcąc się wokół tempa 5 minut na kilometr. Z tą tylko różnicą, że na bieżącym okrążeniu jest nas trzech.
Pokazano wszystkie 16 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Trzecia część mojej przygody z Backyard Ultra First & Original, w której dowiecie się, czy można się zgubić na prostokątnej pętli, jak doprowadzić do przegrzania organizmu, gdy dookoła panuje siarczysty mróz, co można robić na punktach odżywczych w trakcie ultra oraz o tym, co najbardziej cieszy strudzonego ultrasa. A to wszystko w ramach pierwszych siedmiu okrążeń spośród zakładanych dwudziestu czterech. Innymi słowy - rozgrzewka (po której większość ludzi zawijałaby do domu) podczas zimowej edycji Backyard Ultra First & Original.
Będzie też trochę o nawiązywaniu nowych znajomości, szczegółach suplementacji podczas ultra "od kuchni" oraz o tym, co ma dzisiejsza piłka nożna i analiza VAR z biegami ultra.
Posłuchajcie!