Zła literatura zagraża życiu i zdrowiu! Rozmowa z Justyną Czechowską
Czy Nobel dla tłumacza to tylko kwestia czasu? Czy tłumacze muszą zarabiać? Czy grozi im emerytura? I co wspólnego ma Towarzystwo Miłośników Indian ze Stowarzyszeniem Tłumaczy Literatury? W tym odcinku rozmawiam z Justyną Czechowską – tłumaczką literatury szwedzkiej i matką-założycielką STL, dla której przekład to radocha i wspólnota – nawet jeśli nieustannie szuka samotności. „Nie muszę mieć zapełnionego skarbca, żeby cieszyć się życiem" – mówi moja gościni. Na tapecie najnowsze przekłady Justyny:Marit Kapla, „Osebol" – cały świat w jednej miejscowości, na 850 stron wierszem. Ida Börjel, „Telefon do domu" – szatańskie wersety ze słów rosyjskich żołnierzy w Ukrainie. Agneta Pleijel, „Ślimaki i śnieg" – jak przełożyć kulturę na drugą stronę Bałtyku. Z opisu wydawcy:Rozmawiamy też o zagubionej i odnalezionej polszczyźnie oraz o stale rosnącej liczbie przyjaciół z dzieciństwa. Bo to dla nich pracuje Justyna.***Literacka podróż na wyspę czarnoksiężników. Odsłaniamy archipelagi nieoczywistych tekstów i poznajemy magów słowa – prozatorskiego, poetyckiego, puszczanego samopas oraz wiązanego, często przełożonego. Prowadzi Marcin Gaczkowski.Realizowane w ramach projektu Archipelagos finansowanego przez Unię Europejską.
Ale myślę, że to moje... To też wynika z tego, że ja trochę nie lubię się w życiu nudzić. Jako tłumaczka jestem raczej samotnym wilkiem, wilczycą, więc siedzę w domu. A żeby móc wyjść poza dom, potrzebuję właśnie podobnych dusz i intelektów. I wtedy najłatwiej jest właśnie w jakimś stowarzyszeniu się spotkać. Ale tak naprawdę takim źródłem tego mojego stowarzyszenia się jest moje dorastanie w Szwecji. Ja jak miałam 15 lat wyjechałam do Szwecji i tam chodziłam do liceum i właściwie dotarłam do różnych ludzi, do ludzi o podobnych zainteresowaniach. Dzięki różnym stowarzyszeniom. Szwecja jest krajem stowarzyszeń. Tam właściwie każdy człowiek gdzieś należy do jakiegoś związku. To są stowarzyszenia różnych zainteresowań, podobnych idei.
Wielką siłą, centrum w Visby jest to, że tam jest wspólna kuchnia. Każdy ma swój pokój ze swoją łazienką, więc ma ogromną prywatność, jest niezależny od innych. Natomiast kuchnia jest wspólna i spotkanie się przy kawie, przy śniadaniu, kolacji jest pozbawione jakiejś takiej presji i konieczności. Ono się wydarza, ale ja jadę tam po samotność. I po morze, po przestrzeń, po Szwecję pewnie też. W dużej mierze ten czas spędzam również w bibliotece, zarówno w bibliotece na poddaszu centrum, bo to jest biblioteka, powiedziałabym, taka nadbałtycka, to znaczy tam są zgromadzone przede wszystkim książki z krajów nadbałtyckich, również moje przekłady, bo jest cała sekcja literatury polskiej i po polsku.
Ale również biblioteka na wybrzeżu, duża biblioteka, do której po prostu mogę codziennie chodzić i znaleźć tam wszystko, czego potrzebuję. Jest tam trochę książek po polsku nawet. Tak, ale wiesz, dla mnie najwspanialsze jest to, że biblioteki w Szwecji są bardzo dobrze zaopatrzone. Ja tam znajduję książki, które dopiero coś się ukazały po szwedzku, więc mogę naprawdę, jak jestem w Visby, to nadążam, jakby mogę nadgonić różne zaległości, takie, do których nie mam dostępu w Polsce. Taka najwspanialsza moja przygoda z tej biblioteki w Visby to jest ta związana z książką Lynn Hansen, Przejdź do historii , bo to jest taka książka, którą ja w 2016 roku znalazłam na półce z poezją w tej bibliotece, wypożyczyłam ją, przyszłam do pokoju, usiadłam w fotelu i ją przeczytałam od deski do deski.
To wskazywało, że zmienia się świat, zmienia się polityka Szwecji, być może zmieni się też charakter tego miejsca. Wspomniałeś już o Białorusi. Zastanawiam się, skąd twoje zainteresowanie Białorusią, bo rzeczywiście widać cię w różnych wydarzeniach białoruskich. Upominasz się o literatki, literatów ciemiężonych przez reżim, jak również o empatię wobec tych naszych koleżanek i kolegów, którzy mają problemy, od kilku lat nie mogą wrócić do domu. Co cię doprowadziło do tego? Teraz będzie zaskoczenie. Visby. Aha. Pierwszy raz przyjechałam do Visby w 2015 roku na takie walne zgrobadzenie stowarzyszenia, które zbiera się raz do roku w Visby właśnie, w tym centrum i to jest stowarzyszenie łączące kraje nadbałtyckie i stowarzyszenia pisarskie i tłumackie z krajów nadbałtyckich.
Już teraz można wygooglować, ale myślę, że zanim Marit napisała ten poemat, to trudno było nawet wygooglować tę wieś. Wermlandia to jest to północ północy. Nie, Wermlandia to jest północ południa. Aha. Ja mówię o tym, że to jest północ, dlatego że z naszej perspektywy to, wiesz, Sztokholm leży mniej więcej w połowie Szwecji, a on, jak popatrzymy na mapy, to leży tak jedna czwarta Szwecji, potem jest jeszcze trzy czwarte, ciągnął się na północ, więc Wermlandia jest, powiem tak, ja jechałam tam autem i ze Sztokholmu jechałam pół dnia do Osebolu, tak, to jest mniej więcej taka odległość i to nie jechałam autostradą. Chodzi o to, że jechałaś po to, żeby przetłumaczyć, tak? Jechałam dlatego, że pewien kolega, z którym kiedyś robiłam jakąś tam inną rzecz, organizowałam pewne spotkanie dla tłumaczy Olgi Tokarczuk w Sztokholmie.
A jeszcze dodatkowo okazało się, że autorka tej książki, która już dawno nie mieszka w Osebolu, bo mieszka w Göteborgu, Właśnie wymyśliła sobie wędrówkę przez Szwecję, z miasta, w którym się urodziła, do miasta, w którym obecnie mieszka, czyli z takiej miejscowości Malung do Göteborga. I właśnie wtedy, podczas tych 10 dni, które ja spędziłam tam w okolicy, ona właśnie przechodziła przez Osebol, więc ja przyjechałam do niej w odwiedziny. Wtedy się poznałyśmy właściwie, pierwszy raz zaczęłyśmy gadać. Ona mnie oprowadziła po Osebolu, pokazała mi, jak te różne sąsiedztwa się mają do siebie. Co jest takiego niezwykłego w Osebolu? Niezwykłego? Nic. Nic niezwykłego. To skąd poemat na 800 stron? Stąd, że akurat Osebol wychował Marit Kaplę, która zrobiła studia dziennikarskie.
Niezwykły człowiek, niezwykłe miejsce. Nie, to jest... każdy ten człowiek jest niezwykły, każdy ma swoją historię, to są ludzie w bardzo różnym wieku i te historie są niesamowite, wiesz, znaczy dla mnie jest niezwykły... zastanawiam się, czy w Polsce jest gdzieś takie osebol, Trochę znalazłam takiego osebola w jednej wsi na Podlasiu, bo to co tutaj jest, ale nie sądzę, żeby było wyjątkowe dla szwedzkiej wsi, a może właśnie jest, no nie wiem, nie znam wszystkich szwedzkich wsi, natomiast to co jest tutaj wyjątkowe, to fakt, że wśród tych 40 rozmówców tylko mniej więcej połowa to są rdzenni Szwedzi, więc dla mnie osebol to jest cały świat. To, co jest niezwykłe w Osebolu, to właśnie to, jak różnorodna może być po prostu wieś na północy Wermlandii, położona nad rzeką, gdzie zatrzymano już ten wielki przemysł drzewny, leśny, który tam zbudował Szwecję i także tamten rejon.
On dawno już nie istnieje tam. Właściwie ludzie nie mają pracy, zamyka się przedszkola, zamyka się szkoły, coraz dalej trzeba jechać do lekarza, a jest tam cały świat. Ten świat składa się, tam na przykład jedną z mieszkanek jest kobieta, która przyjechała tam z Niemiec, która wychowywała się i spędziła całą wojnę, drugą wojnę światową w Niemczech. Z mamą i rodzeństwem przyjechała do Szwecji, ponieważ tam była jakaś znajoma, więc oni się uratowali. Przyjechali do Szwecji i ona W pewnym momencie w swoim życiu trafiła właśnie tam, bo tam dostała pracę. Innym takim fascynującym przypadkiem jest niejaki Istvan Foth. Czyli masz swoich ulubionych bohaterów. Tak! Oczywiście, że tak. Istvan Foth, który przyjechał jako mały chłopiec w 1956 roku z Węgier ze swoją rodziną.
I trafił tam, nie przez przypadek, on akurat nie trafił tam przez przypadek, on studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Sztokholmie i w pewnym momencie zaczął robić drewniane zabawki dla firmy, wielkiej firmy, która przez lata w ogóle była, sprzedawała zabawki drewniane, zabawki na całym świecie, firma Brio. On dla niej robił te zabawki, klocki, wagoniki, koniki i tak dalej. No i oczywiście pojechał tam, gdzie był surowiec, a surowiec był w latach 70-tych, był właśnie na północy, w lasach Szwecji. No więc jest ten Istvanfot, jest tam również rodzina Polaków, mama z synem z Polski tam mieszkają. Byli tam Polacy. Słuchaj, Polacy są wszędzie.
On siedział w więzieniu za dezercję. Nawet nie za dezercję, tylko za... Uchylanie się. Uchylanie się od noszenia broni i w ogóle używania broni. Wyszedłem jakieś dwa tygodnie później. Najpierw pojechałem do Syslebeku i odebrałem Ulę i Juana, syna. Zajechaliśmy naszym starym garbusem. Wchodzimy na podwórko, a w domu tłum, pełno ludzi. W Sztokholmie poszła fama. Istvan kupił gospodarstwo w Wermlandii. Let's go! Tak wystartowała nasza komuna. Nie planowaliśmy tego, samo wyszło. A jak to wyszło z Tobą? Opowiedz mi trochę o swojej Szwecji. Ja wyjechałam do Szwecji dlatego, że moja mama postanowiła wyjechać do Szwecji.
Okej, to nie planowaliśmy. Ja miałam 15 lat, więc trochę nie miałam wyboru. Znałam trochę Szwecję z dzieciństwa, ponieważ ja miałam tam ciotkę. Przez całe lata osiemdziesiąte spędzałam tam lato. No więc wyobrażasz sobie, lata osiemdziesiąte, Polska a Szwecja, to był taki dosyć duży szok. Znaczy nagle przyjeżdżałam do kraju, gdzie wszystko było kolorowe. Gdzie ubrania były kolorowe, plecaki do szkoły były kolorowe, a w lodziarni to w ogóle można było dostać oczopląsu, tyle było rodzajów lodów do wyboru. No ale to było zawsze tylko lato, tak? To było zawsze tylko wakacje. A potem, jak skończyłam pierwszą klasę liceum w Zamościu, bo ja jestem ze wschodu, z Lublina pochodzę, ale do szkoły chodziłam w Zamościu. Jak skończyłam pierwszą klasę liceum, to mama postanowiła wyjechać do Szwecji i tam osiąść na stałe.
Zabrała mnie i moją siostrę, tata nie żył już wtedy. No i tam musiałam się jakoś odnaleźć i to był czas, kiedy ja już miałam wszczepioną w siebie literaturę i miłość do literatury. Miałam wspólnotę ludzi, z którymi gadałam o literaturze. No i tej wspólnoty mi zabrakło, jak byłam w Szwecji, no bo brakowało mi języka. Więc to było motywacją do tego, żeby tego języka jak najszybciej się nauczyć i wejść w literaturę szwedzką i we wspólnotę, która gada o literaturze szwedzkiej. Po roku nauki szwedzkiego poszłam do klasy humanistycznej, gdzie oczywiście spotkałam takich ludzi, którzy stworzyli dla mnie tę wspólnotę, ale wciąż byłam w bardzo takim bliskim kontakcie z moimi przyjaciółmi z Polski. Wtedy jeszcze nikt z nas nie miał maila, w ogóle nawet nie miał komputera w domu, chyba że takie stare Atari do gry.
Napisaliśmy do siebie listy, długie listy na kartkach A4, które to listy były wypełnione opowieściami, relacjami z lektur. Myśmy opowiadali sobie nawzajem, co czytaliśmy i co było fajne. Proponowaliśmy sobie różne rzeczy nawzajem. No i wtedy zaczęło się moje myślenie o tłumaczeniu, dlatego że okazało się, że dużo książek, które ja czytałam w Szwecji, one nie istnieją po polsku. Nie mogę zaproponować moim przyjaciołom lektury danej książki, danego tytułu. No więc to, co mogłam zrobić, to przetłumaczyć w tym liście jakiś fragment, akapit albo wiersz, żeby im pokazać swój zachwyt. Potem w taki naturalny sposób pomyślałam sobie, że chcę się zajmować literaturą i dostałam się na studia literaturoznawcze. Najpierw w Göteborgu, potem w Sztokholmie.
I to już jest twój plan, świadomy wybór. Nie wiem, czy któryś wybór jest bardziej świadomy niż inny. Tak, wiesz, czułam, że to będzie fajne, że to będzie ciekawe, że to mnie czegoś nauczy, że jakoś tak potrzebowałam, może potrzebowałam jakiejś zmiany. Ja bardzo tęskniłam, przez cały ten czas w Szwecji bardzo tęskniłam do Polski, tak jak teraz siedzę tutaj w Polsce i tęsknię do Szwecji. Tylko, że to był też taki czas, kiedy no nie mogłam po prostu wsiąść w samolot i polecieć, bo to no ten koniec lat 90. i początek XXI wieku to jednak jest czas, kiedy płynie się promem, jedzie się pociągiem do Gdańska, płynie się promem i to trwa wszystko dobę. To teraz jest dużo łatwiejsze. Wiesz, zastanawiam się, czy ja mam taki plan, no jakiś tam taki plan, wiesz, no na najbliższy tydzień, na weekend mam plan, ale czy mam plan, co będzie za 10, 25 lat?
Szwecja rokrocznie robi podobny katalog i tam większość tytułów to są właśnie tytuły kobiet. To po pierwsze, a po drugie czuję zobowiązanie i dlatego jakby po prostu ta literatura jest dla mnie ciekawsza, jest lepsza może, ale też czuję oczywiście misję, tak? To znaczy, jeżeli ja mogę wybrać, jeżeli jestem tak uprzywilejowaną tłumaczką, że mogę wybrać. Ale czy ty jesteś tak uprzywilejowana, czy po prostu sama sobie nadałaś ten przywilej? Ja sobie nie nadałam, ja sobie go wypracowałam, ewentualnie go sobie wypracowałam, że są tacy wydawcy, którzy bardzo ufają mojemu gustowi, polegają na nim i przyjmują moją propozycję albo wręcz, tak jak było w przypadku z Solineum, pytają, proszą mnie o propozycję.
Natomiast było to jakieś tam wielkie, wielkie spełnienie. Wielkie spełnienie. Ślimaki i śnieg, które mamy tutaj na stole, to jest też rzecz nowa dość, tak? 2024. Tak, 2024 to jest książka, to jest ostatnia z książek, z tego cyklu, z trylogii autobiograficznych rzeczy Agnety Pleijel, które, to jest niezwykłe, bo ona… Bardzo polska jest ta książka. Ta książka jest bardzo polska, dlatego że Agneta Pleijel od… 40 lat jest żoną Polaka, polskiego Żyda, który w 1969 roku wyjechał do Szwecji, więc siłą rzeczy Polska weszła do Agnety, a Agneta weszła do Polski. Polska jest tutaj bardzo obecna dlatego, że... A ten Polek przy okazji jest jednym z najlepszych zjawisk, jakie otrzymała Szwecja w sferze literatury.
Jest tam też wspaniały epizod przekładowy polsko-szwedzki, kiedy ta para tłumaczy Herberta. Raport z oblężonego miasta, prawda? I on, czyli Polak, pragnie zachować rytm i składnię polszczyzny, podczas gdy ona chce znaleźć szwedzkie idiomy i muzykalność. W ten sposób stają przed twardym jądrem nieprzekładalności języków. Polska i Szwecja to dwa światy, różne jak wypukłość i wklęsłość. Polska jest szlachecka, Szwecja chłopska.
Polska jest niepokorna, Szwecja... Skłonna do kompromisów. Polska jest komunistyczna, Szwecja egalitarna. Tu chodzi o dwa języki i losy uformowane przez często krwawe wydarzenia historii. Zanotowałem to sobie, bo fascynuje mnie właśnie to spojrzenie z drugiej strony Bałtyku na Polskę, tak bliskie i tak odległe. Ja, moja rodzina... Nie zdążyłem ci zadać pytania, ale słusznie zaczęłaś odpowiadać, ponieważ nie potrafię go sformułować. Wydawałoby się, że to są bardzo dwa różne światy. Tak jak sobie, wiesz, porównuję z twoją sytuacją, kiedy tłumaczysz z języka, który kulturowo jest bliżej polszczyzny.
Czyli z ukraińskiego. Czyli z ukraińskiego. To wydawałoby się, że Szwecja jest tak różna kulturowo od Polski, że to powinno być może nie to, że nieprzekładalne, ale dużo trudniej, trudniejsze do przełożenia. Tutaj w tej powieści na przykład kolejne dekady i polski czytelnik czyta i dostrzega zupełnie inne problemy. No wiesz, ale dla mnie jest to fascynujące. Lata 60. w Szwecji i w Polsce, tak? Czym żyją ludzie? Czym żyją elity? No wiesz, powiem taki banał, ale przełożenie literatury to nie jest przełożenie tylko zdań i słów, tylko to jest właśnie próba pokazania innego świata w zrozumiały sposób, tak? Znaczy dla mnie przekład, dobry przekład jest wtedy, kiedy w czytelniku polskim w jego głowie pojawiają się mniej więcej te same obrazy, co w czytelniku szwedzkim.
Teraz po polsku. No ważne lektury to są pewnie jakieś lektury z dzieciństwa. Wiesz, ja bardzo dużo czytałam takich książek, które ukształtowały chyba całe nasze pokolenie. A nawet z tego, co mówisz, wynika, że często wracasz do dzieciństwa i dzieciństwo ciągle jest w Tobie, więc dlaczego jakieś lektury z dzieciństwa? To są pewnie bardzo ważne, kluczowe lektury z dzieciństwa. No wiesz, ale nie powiem, że czytałam jako wczesna nastolatka Dostojskiego, bo nie czytałam, natomiast czytałam dużo książek dla młodzieży, na przykład Bachdaja, Siesicką, A co Magda? No, do przerwy 01. Tak? No, Makuszyńskiego, no dużo takich rzeczy, a potem myślę, że też tą miłość taką i takie totalne rozpoznanie się w literaturze i takie zaproszenie do literatury przyszło do mnie podczas liceum w Szwecji, dlatego że Szwecja cały czas nie ma...
Pokazano wszystkie 20 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Czy Nobel dla tłumacza to tylko kwestia czasu? Czy tłumacze muszą zarabiać? Czy grozi im emerytura? I co wspólnego ma Towarzystwo Miłośników Indian ze Stowarzyszeniem Tłumaczy Literatury?
W tym odcinku rozmawiam z Justyną Czechowską – tłumaczką literatury szwedzkiej i matką-założycielką STL, dla której przekład to radocha i wspólnota – nawet jeśli nieustannie szuka samotności. „Nie muszę mieć zapełnionego skarbca, żeby cieszyć się życiem" – mówi moja gościni.
Na tapecie najnowsze przekłady Justyny:
Marit Kapla, „Osebol" – cały świat w jednej miejscowości, na 850 stron wierszem.
Ida Börjel, „Telefon do domu" – szatańskie wersety ze słów rosyjskich żołnierzy w Ukrainie.
Agneta Pleijel, „Ślimaki i śnieg" – jak przełożyć kulturę na drugą stronę Bałtyku. Z opisu wydawcy:
Rozmawiamy też o zagubionej i odnalezionej polszczyźnie oraz o stale rosnącej liczbie przyjaciół z dzieciństwa. Bo to dla nich pracuje Justyna.
***
Literacka podróż na wyspę czarnoksiężników. Odsłaniamy archipelagi nieoczywistych tekstów i poznajemy magów słowa – prozatorskiego, poetyckiego, puszczanego samopas oraz wiązanego, często przełożonego. Prowadzi Marcin Gaczkowski.
Realizowane w ramach projektu Archipelagos finansowanego przez Unię Europejską.