Mentionsy Mentionsy
MysteryTV - Jakub Rutka
MysteryTV - Jakub Rutka

Anioł - CreepyPasta

21.11.2025 ·2 godz 9 min

Scenariusz: Dawid JarekLektor: Jakub Rutka☛ Instagram:   / jakubrutka  ☛ TikTok:   / jakub_rutka  ODWIEDŹ NASZ SKLEP NA WWW.MYSTERYTV.PLZamów unikatowe audiobooki i soundtracki!☛ NASZA GRUPA NA FACEBOOKU:   / 1224303840974662  ☛✉ KONTAKT [WSPÓŁPRACA/CREEPYPASTY]: [email protected]

To ciało, poruczniku, jest pozbawione obu dłoni. Co ty mówisz? Jakieś inne ślady? Znaki szczególne? Według relacji posterunkowego, który znalazł ciało, skóra była nienaturalnie szara. Rozumiem. Wykonaj telefon do prosektorium, że przywieziemy im ciało. Daj znać technikom, aby do nas dołączyli. Po tych słowach porucznik Wojciech Weber kiwnął głową i wyszedł z biura. Minął się z posterunkowym Zbyszkiem, który zaproponował, że zawiezie go na miejsce. Wpierw wysiadł Wojciech, a pierwszym co ujrzał była grupka osób zebrana wokół wcześniej wspomnianej alejki. Po środku stał drugi posterunkowy, bezsilnie próbując rozproszyć tłum ciekawskich przechodniów.

Weber udał się w miejsce rosnącego zainteresowania. Z politowaniem spojrzał na prowizoryczną barykadę z desek i kawałka blachy. Zdaje się pokrywy od kubła na śmieci, po czym podszedł do ciała. Odwinął materiał dywanu i przyjrzał się uważnie. Młoda kobieta, na oko między 20 a 25 lat. Słowa dyżurnego się potwierdziły. Brak obu dłoni, ale także brak śladów krwi. Dziewczyna była naga, a jej skóra rzeczywiście była szarosina. Weber nie znalazł żadnych dokumentów oraz innych rzeczy osobistych. Nie zaobserwował również żadnych śladów walki.

Jednak w głębi duszy czuł niepokój i strach spowodowany czymś innym niż nagie zwłoki młodej kobiety. Nie wiedział tylko czym. Wyrzucił niedopałek i zobaczył, jak technicy ze sprzętem zbliżają się do ciała, po czym wzięli się za zbieranie śladów i zabezpieczanie zwłok. Rozsypali proszki daktyloskopijne na poszczególne części ciała, w których można było spodziewać się odcisków palców. Przejechali lampą kwarcową po całym ciele, która potwierdziła obserwację Wojciecha. Brak jakichkolwiek śladów krwi. Zwłoki zostały dokładnie wyczyszczone przed porzuceniem w tej alejce. Kiedy ekipa zaczęła chować ciało do czarnego worka, Weber stwierdził, że nic tu po nim.

Stąd do komendy ma jakieś 30-40 minut pieszo. Przejdzie się. Spacer dobrze mu zrobi. Drzwi do komendy otworzyły się, a do środka wszedł Weber w ośnieżonym płaszczu i ubłoconych butach. Oczywiście Grzegorz nie może naskoczyć na wyższego rangą kolegę, ale jego gniewne spojrzenie Wojciech czuł przez gruby materiał okrycia. Całe to zamieszanie ze sprzątaniem błota to kara dyżurnego, wystawiona przez samego komendanta za jego opieszałość i lenistwo. Osobiście nic do dyżurnego nie miał, ale każdy wie, że to buc. Udał się do swojego biura, w którym zastał spóźnionego współpracownika oraz kolegę, Andrzeja Wałbrzyńskiego.

Wrócił do domu i usiadł przy stole w kuchni. Spojrzał w stronę lodówki. Wiedział, że ma tam jeszcze jedno piwo, może nawet dwa. Wypić sobie na noc? W końcu zasługuje, tak? Ma ciężką pracę i jeszcze ta kłótnia z żoną? Oblizał suche wargi i wstał od stołu. Otworzył lodówkę i wyżłopał całą puszkę w zaledwie kilka sekund. Walnął się na kanapę i zasnął w ubraniach. Od rana na komendzie Wojciech Weber przeszukiwał akta osób zaginionych i podejrzanych. Prawdę mówiąc, nie wiedział, czemu to robi, bowiem im dłużej wertował teczki i papiery, tym czuł coraz mocniej, że jest to bezcelowe.

Do pokoju wszedł major Kowalski z kubkiem kawy w ręce. Oho, wiedział, co to oznacza. Czas na pogaduchy przy kawce, jak zwykł to określać Weber. Wszyscy wiedzieli, że w małej komendzie w Kaliszu nie ma zbytnio czym się zająć. A jak jest, to połowa policjantów robi to na pół gwizdka. Jako tako i fajrand. A druga z racji niezdolności do pracy poprzez wypite dzień wcześniej promile zwala na tych pierwszych, którzy z kolei robią to, no właśnie, na pół gwizdka. I koło się zamyka. Wojciech w zasadzie nie miał nic do takiego stanu rzeczy. Owszem, wiedział, kim jest i jakie zajmuje stanowisko. Ale w gruncie rzeczy, jeśli ma wybierać między ploteczkami z komendantem, a ściganiem psychopatów, wybrałby to pierwsze.

Nie drżyj się tak, bo mi łeb pęknie. Weź mnie podnieś, bo sam mnie wstanę. Jak się zchylę, to zażygam ci gacie. Patrz. Poznajesz? Mówię po raz kolejny, wynosić się stąd, bo śmierdzicie, jakby coś wam zdechło w portkach. Eee, nie tym tonem, Młokosie. Ja tu jestem z ważną informacją. Gdzie tu jest jakiś milicjant? Co tu się dzieje? Wtrącił się Weber, mijając zamieszanie na korytarzu. Towarzyszu, ta dwójka zarzeka się, że wie coś o zwłokach z tej alejki.

Nie zrzekam się niczego. Ja mam informacje ważne. Bardzo. Litość. Dobra, daj ich do pokoju obok, zaraz tam przyjdę. Weber wrócił na chwilę do swojego biura. Przy biurku obok siedział Andrzej, który przyszedł na komendę chwilę przed dwójką pijaczków. Dalej cię to lepie? Tak. To pewnie jest gdzieś zimna. Zaraz mi przejdzie. Ile wypiłeś wczoraj? Nie dużo. Pewnie mnie jakieś chorób skołapie. Już złapało. Nazywa się alkoholizm. Ogarnij się, facet, bo daleko tak nie zajdziesz. Właśnie pojawiła się dwójka pijaczków, którzy rzekomo coś wiedzą o ofierze.

Grzegorz od razu chciał ich wypędzić i wcale mu się nie dziwię. Wiesz, co różni ciebie i ich? To, że ty masz mundur. Nie, no, ale bez takich. Weber spojrzał ze skwaszoną miną na Andrzeja, kręcąc przy tym głową. Udał się do pokoju przesłuchania, by porozmawiać z tatkiem i jego przyjacielem. Czuł, że zapowiada się ciekawa rozmowa, gdyż jeden z nich przysnął, wykładając się na stół przed nimi. Drugi na szczęście był bardziej przytomny. Westchnął ciężko i usiadł naprzeciw dwójki. Dobrze, miejmy to za sobą. Pana godność? Tadeusz Góralewicz, ale dla przyjaciół po prostu tanek.

Dwadzieścia par, nie więcej niż trzydzieści. No dobrze. Dziękuję za pomoc. Proszę obudzić kolegę i opuścić komendę. A ten... poratuje pan policjant co nieco? Oj, o. Dobra. Bierz i błagam, idźcie już. Dwójka cudem wywlekła się z komendy, mijając dyżurnego Grzegorza, który sądząc po minie przeżywa załamanie i kryzys egzystencjalny. Weber wrócił do biura, gdzie zobaczył jak Andrzej szybko chowa coś do szafki i walczy z zakrztuszeniem. Wojciech podszedł do biurka, a z półki wyciągnął piersiówkę kolegi, sądząc po wadze opróżnioną do połowy.

Cóż, określenie stara Rashpla nie było tak dalekie od prawdy. Gdyby ta pani potrafiła zabijać wzrokiem, Weber padłby trupem za samo przekroczenie progu sklepu. Podszedł do niej, bo domyślał się, że ona będzie wiedzieć więcej o ofierze. Dzień dobry, porucznik Wojciech Weber. Mam do pani kilka pytań. A czego pan chce ode mnie? Nie widzi, że zajęta jestem? Spokojnie. Pani... Dorota. Dorota Spychałek, kierowniczka tego burdelu. A co tak gębę rozdziewiasz? Mów, czego pan chcesz, bo mam mnóstwo roboty... Pracowała tutaj młoda dziewczyna o imieniu Elżbieta? Pracowała, pracowała.

Weber podziękował i wyszedł z biura kierowniczki. Zaczepiła go jedna z pracownic. Dzień dobry, panie władzo. Mogę wiedzieć, czy coś się stało? Kierowniczka wydawała się mocno zdenerwowana. Chodzi o pańską koleżankę z pracy, Ele. Wczoraj około południa znaleźliśmy jej ciało. Znaczy, nie mamy jeszcze oficjalnego potwierdzenia przez bliskich, ale wszystko na to wskazuje. O mój Boże. Dobrze znała pani Elę? Tak, całkiem dobrze. Zaczęłyśmy pracę niemal w tym samym czasie. Spotykała się z kimś? Jaka była na co dzień? Nie, wydaje mi się, że nie, nie spotykała. A jaka była? Wesoła. Uśmiechnięta. A jaka piękna.

Przepraszam. Proszę wybaczyć śmiałość, ale mówi pani o niej jakby... Była dla pani kimś ważnym. Widzi pan, ja... Trochę w niej podkochiwałem. Rozumiem. A czy Ela... Nie wiem. Wydaje mi się, że wolała mężczyzn, ale co poradzić? Serce nie sługa. Z wiadomych przyczyn nie chwalę się tym, więc Ela nic nie wiedziała. No i już się nie dowie. Weber westchnął. Zrobiło mu się ciężko. W jednej chwili młoda, szczęśliwa dziewczyna zakończyła swoje życie. Choć bardziej pasuje stwierdzenie, że ktoś je zakończył, przy okazji raniąc wszystkich dookoła. Teoria Kowalskiego, według której była to zwyczajna bezdomna, którą ktoś przeleciał za pajdę chleba, wywołała u niego wstręt.

Pożegnał się z ekspedientką i wrócił do samochodu. Idąc do auta, obawiał się, że Andrzeja tam nie będzie i zastanie go w pobliskim alkoholowym, ale na szczęście jego partner po prostu zasnął w samochodzie. Weber usiadł za kierownicą i ruszył w stronę miejsca zamieszkania ofiary. Już, już idę. Tak. W czym mogę pomóc? Dzień dobry. Nazywam się Wojciech Weber, a to mój partner Andrzej Wałbrzyński. Mamy... mamy pewną sprawę do państwa. Możemy wejść? To coś ważnego? Nie mamy naprawdę ochoty na przyjmowanie gości.

Pańska córka ma na imię Elżbieta? Tak, zgadza się. A coś się stało? To nie jest temat, aby go poruszać na klatce schodowej. Można? Mężczyzna uchylił drzwi. Weber wraz z Andrzejem weszli do środka. Na szczęście drzemka dobrze mu zrobiła, bo przestał drżeć jak szczur na mrozie i odzyskał część świadomości. Nie chciał go zabierać, ale uparł się, że chce iść. Wojciech postanowił mu zaufać. W salonie na wytartym tapczanie, owinięta kocem, siedziała zapewne matka dziewczyny. Stół zdobiły kieliszki z alkoholem oraz chusteczki. Nierozłączny duet w ciężkich sytuacjach.

Porucznik jednak odniosł wrażenie, że ojciec nie wie, co stało się jego córce. Tym ludziom stało się coś jeszcze. Andrzej stanął przy oknie, opierając się o ścianę, a Weber usiadł na fotelu przed rodzicami dziewczyny. O co chodzi? Stało się coś? Czy wiecie państwo, gdzie jest wasza córka? No, miała być u koleżanki. Planowały gdzieś jakiś wyjazd. Mogę zapytać, czy coś się stało? Wydajecie się państwo... Przepraszam, panie władzo. Dostałam list, że mój brat zmarł jakiś czas temu i od tamtej pory ciężko mi się pozbierać. Weber tylko zamknął oczy. Miał ochotę wyjść.

Wojciech kiwnął głową i wyszedł wraz z Andrzejem, nie mówiąc już ani słowa, aby nie rozsierdzić ojca ofiary. Wrócili do samochodu, a następnie na komendę. Podczas drogi Weber spostrzegł, jak Andrzej nerwowo przełykał ślinę i oblizywał usta. Zauważył też nawrót drgawek. Psiakrew. Przeklęty pijak. Zaparkowali przed komendą i udali się do biura. Na miejscu okazało się, że nadal nie ma raportu z sekcji zwłok. Porucznik zaklął pod nosem i zapominając, w jakim jest stanie Andrzej, wysłał go do prosektorium, aby ich pogonić z raportem. Ten wstał od biurka i wyszedł.

Weber udał się do biura komendanta, aby z nim porozmawiać. O, witam Wojciechu. Co cię sprowadza? Byłem u tej matki, tej bezdomnej, jak pięknie określiłeś tę dziewczynę. No, taka z niej bezdomna jak z ciebie ksiądz. Miała dom, pracę, a także marzenia. A to wszystko szlak trafił, bo ktoś ją zamordował. Wojciechu... Czułem, że to nie takie proste. Ale ty musiałeś wyskoczyć ze swoimi latami doświadczenia z dupy i zgrywać ważniaka. Potraktowały się jak jakiś margines społeczny. Wiem. I jest mi z tego powodu głupio. Naprawdę nie sądziłem, że w naszym mieście coś takiego może się zdarzyć. No a jednak zdarzyło się.

Tak? Tym bardziej musimy myśleć trzeźwo. Wiem, że jesteś zły. Wiem, że ci ciężko, bo rozmowa z rodzicami ofiary to paskudna sprawa. Niemniej, Wojciechu, nie wyładowuj się na mnie. Musimy się skupić i działać wspólnie, aby dorwać tego sukinsyna, rozumiesz? Tak. Wysłałem Andrzeja po raport sekcji, bo nadal go nie ma. Uprzedzając twoje pytanie, nie zadzwoniłem, bo przez telefon by mnie zbyli. Jak już będziesz mieć raport, zaczniemy działać. Weber musiał ochłonąć. Czuł się teraz nie w porządku, że wyładował swoją złość na Kowalskim. Jednak po komendancie nie było widać urazy, a zrozumienie.

Jemu zapewne też jest głupio. Porucznik wyszedł przed komendę, aby zapalić i oczyścić myśli. Zaciągnął się, a drażniący nikotynowy dym rozlał mu się po płucach. Spojrzał w lewo i zmarszczył brwi. Ty chyba se jaja robisz, pomyślał gniewnie. Kilka metrów po jego lewej stronie stał Andrzej, a właściwie zataczał się. W jednej ręce trzymał butelkę z przeźroczystym płynem, a drugą podpierał się o ścianę sklepu. Weber podbiegł do niego z wściekłością wyrytą na twarzy. Jaja sobie robisz? Czy tobie do reszty rozum odjęło? Spieprzaj, niecki bękarcie. Nie chce mi się tego słuchać.

Prosiłem cię o jedną rzecz. Jedną! Nie mogłeś przeżyć te kilka godzin bez chlania tego świństwa? Z czego ty ode mnie chcesz? Myślisz, że tylko ciebie to przerasta? Kiedy zobaczyłem zdjęcia tej dziewczyny, zobaczyłem tam moją Marię. Weź już przestań pieprzyć. Obaj dobrze wiemy, że to tylko wymówka, aby się zachlać. W dupie masz tę dziewczynę, to śledztwo, całą milicję oraz swoją rodzinę. Jesteś tylko zapijaczonym grubasem. O ty kmiocie! Po tych słowach Andrzej rzucił się na Webera idącego w stronę komendy. Stał do niego tyłem, więc Wałbrzyński miał częściową przewagę, ale na nic się to zdało. Wojciech wyprowadził cios łokciem, a następnie prawy sierpowy w kość policzkową.

Wałbrzyński leżał teraz na ziemi z twarzą w śniegu. Stan, w jakim się znajdował, tylko ułatwiły starcie porucznikowi. Weber kiwnął do stojącego nieopodal milicjanta i poprosił go o pomoc. We dwóch udało im się przenieść Andrzeja do toalety na komendzie i posadzić pod ścianą. Leć po jakiś dzban. Cokolwiek, byleby miało dużą pojemność. Milicjant wrócił z wielkim dzbanem, który Wojciech napełnił zimną wodą i wylał całość na twarz Andrzeja. Ten łapczywie łapał hausty powietrza, krztusząc się przy tym. Kiedy nieco przytomniał, Wojciech odezwał się. Musimy pogadać. Jasne, jasne, ale nie tutaj.

Te płytki są zimne jak serce mojej teściowej. Niecały kwadrans później Andrzej siedział przy swoim biurku, rozmasowując bolącą stronę twarzy. Dołączył do niego Weber, przynosząc szklankę z wodą oraz kawę. Weber za to. Emocje wzięły górę. A przestań. Należało mi się. To ja powinienem przeprosić za to, co powiedziałem. Poniosło mnie. Dobra, tam było, minęło. Zgoda? Pewnie, że zgoda. Słuchaj, lubię cię. Naprawdę. Lubię też z tobą pracować, bo uważam, że naprawdę dobry z ciebie milicjant. Ale pod warunkiem, że jesteś trzeźwy. Inaczej wszystko szlak trafia i jesteś dość nieznośny.

No... ciało, panie doktorze. Dokładnie tak. Ciało, na temat którego mam sporządzić raport. Ale nie mogę tego zrobić, bo... Bo nadal jest na stole? Bo nadal jest na stole. Otóż to. I nadal będzie, jeśli nie przestaniesz mi przeszkadzać. Także wynoś się z łaski swojej. No ale ten porucznik mówi, że powinniśmy go już mieć. A który to taki mądry, aby mnie przyspieszać? Wojciech Weber jakiś. Ech, ze wszystkich musieli wysłać akurat jego.

Można poczuć, że czasem wręcz przybierają na sile. Na szczęście porucznik Weber, dopalając papierosa w biurze przy otwartym oknie, nie uświadczył zamieci ani opadów śniegu, ale przebijające się tu i ówdzie nieśmiało promienie słońca. Do biura wszedł Andrzej, w znacznie lepszym stanie niż wczoraj. Nadal nieidealnym, ale lepszym, co cieszyło Wojciecha. Dopalił papierosa i spędził około 20 minut na rozmowie z Andrzejem. Nagle do biura wszedł dyżurny Piasek z niejasną do odczytania miną. Panie towarzyszu, tam przed komendą na ulicy, że przed komendą na ulicy leży ludzka ręka.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.