Nie ma ciała, jest wyrok
Ta historia rozpoczęła się 15 kwietnia 2017 r., w Wielką Sobotę, na osiedlu Skałka w Skarżysku-Kamiennej. Policja ustaliła, że prawdopodobnie Dawid G. pseudonim „Hitler” przekonał Radka P. do wyjścia z imprezy. Na zewnątrz chłopak spotkał się z dwoma mężczyznami, którzy przyjechali dostawczym autem. Cała trójka odjechała razem. Odtąd nikt już nie widział Radka.W powietrzu rozpłynęli się też obaj mężczyźni. Policja aresztowała ich dopiero cztery miesiące później. Jeden z nich próbował jeszcze uciekać z budynku prokuratury, ale ostatecznie obaj zostali osadzeni w areszcie.Ostatecznie postawiono ich przed sądem, ale ciała Radka nigdy nie odnaleziono.
Kobi podbiegł do nas z łopatą i zdzielił Radka kilka razy w nogi metalową częścią. Odskoczyłem na bok, bo bałem się, że przypadkowo oberwę. Mało to pomogło, bo Radek dalej wariował. Baliśmy się. Łukasz wziął wtedy z szafki stary, roboczy nóż. Ta historia rozpoczęła się 15 kwietnia 2017 roku w Wielką Sobotę na osiedlu Skałka w Skarżysku-Kamiennej.
To miejsce jest specyficzne. Kiedyś były tu domy pracowników zakładów metalowych. Dziś to budynki socjalne. Jedni mówią, że to zakazana dzielnica, ale inni mają o niej dobre zdanie. Mieszkał tam 28-letni Radek P. Razem z nim mieszkali mama, tata i jedna z trzech sióstr, która miała córkę. Rodzina szykowała się, tak jak inne, do świąt wielkanocnych. Radek zjadł obiad i poszedł na myjnię samochodową, gdzie dorabiał. Miał odebrać dywan, który zaniósł tam wcześniej do wyprania. Kiedy wrócił, był już cały czas w domu, aż do godziny 19. To wtedy wyszedł na imprezę do sąsiedniego budynku.
Spotkał się z kolegami. Było tam 7-8 osób, sami koledzy z osiedla. Jedni mówili, że łączyło ich podwórko i że razem chodzili do szkoły, ale inni dodawali, że ta grupa połączona była także innymi więzami. Nikt nie ukrywał, że młodzież miała kilka lat wcześniej kłopoty z prawem. Radek miał z tego powodu nawet kuratora sądowego. Nikt jednak nie udowodnił mu jakichkolwiek przestępstw. To może dziwiło wszystkich, w jakim kręgu ludzi się obraca. Ale z drugiej strony to byli jego znajomi z osiedla. Jednym z nich był Dawid G., na którego częściej mówiono Hitler. Niektórzy podejrzewali, że handluje on narkotykami i do procederu chce wciągnąć Radka.
Młodzieniec powrócił z imprezy do domu około pierwszej w nocy, ale niedługo później zadzwonił jego telefon. Radek rozmawiał kilkanaście minut, a następnie wyszedł z domu. Zostawił portfel z dokumentami i telefon. To właśnie wtedy rodzina widziała go po raz ostatni. Mężczyzna nie wrócił do domu w nocy, nie wrócił też następnego dnia i kolejnego. Mimo to nikt nie podjął działań. Dopiero 20 kwietnia jedna z sióstr, Radka, zgłosiła na policji jego zaginięcie. Policji udało się ustalić, że Radek wrócił na imprezę. Ale niedługo później, prawdopodobnie Dawid G., pseudonim Hitler, przekonał go do wyjścia na zewnątrz.
Mężczyzna został nawet początkowo zatrzymany w tej sprawie, ale ostatecznie wypuszczono go na wolność. Co się stało z Radkiem? Z policyjnych ustaleń wynika, że wyszedł z imprezy i spotkał się z dwoma mężczyznami, którzy przyjechali dostawczym autem. Cała trójka odjechała razem. Jak podawali śledczy, powodem spotkania mogły być rozliczenia za narkotyki lub porachunki. Kim byli mężczyźni z busa? Łukasz K., ksywa Kobi, miał 33 lata. Był już wcześniej karany za poważne przestępstwa.
Zatrzymani mężczyźni od początku twierdzili, że nie zabili swojej ofiary, a jedynie pobili. Śledztwo było trudne, bowiem obaj zaraz po wydarzeniach zniszczyli swoje telefony komórkowe. To ciekawe, prokuratura wystąpiła nawet do amerykańskich służb. Wnioskowano o pomoc w namierzeniu sygnału satelitarnego telefonów, aby ustalić trasę przejazdu samochodu, którym wieziono Radka. Podczas przesłuchań Łukasz K., czyli Kobi powiedział, że podejrzewał, iż Radek wgrał mu podsłuch do telefonu i chciał tę sprawę wyjaśnić. Policji udało się ustalić, że mężczyźni pojechali do Parszowa, do garażu koło domu Miłosza M. Tam właśnie Radek usłyszał, jakie zarzuty mają do niego mężczyźni, a przebieg wydarzeń dokładnie opowiedział przed sądem Miłosz.
My, wysoki sądzie, z całą kulturą, zwieźliśmy Radka do mnie do domu, znaczy do garażu. Ale on w jakiś szał wpadł, chyba naćpany był. Biegał po garażu i odbijał się od szafek do ścian. Bałem się, że coś sobie zrobi. Wszędzie krwawe ślady były. Złapałem go, aby się uspokoił, ale on był w tym szale. Trzymałem go, a on się szarpał, aż upadliśmy na ziemię. Było niebezpiecznie. Kobi, znaczy Łukasz, podbiegł do nas z łopatą i zdzielił Radka kilka razy w nogi metalową częścią. Odskoczyłem na bok, bo bałem się, że przypadkowo oberwę. Mało to pomogło, bo Radek dalej wariował.
Dowody zebrane w tej sprawie wskazywały jednak, że pokrzywdzony zmarł. Tak dowodzono w sądzie. W związku z tym zapobicie Radka P. i spowodowanie u niego ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, skutkującego śmiercią, został skazany Łukasz K., czyli Kobi. W Sądzie Okręgowym w Kielcach wymierzono wobec niego karę 12,5 roku więzienia. Miłosz M., który odpowiadał ostatecznie za udział w pobiciu, nieudzielenie pomocy pokrzywdzonemu i utrudnianie postępowania karnego, został skazany na 2,5 roku pozbawienia wolności. Od wyroku odwołały się obie strony. W przypadku Kobiego Sąd Apelacyjny w Krakowie podwyższył karę z 12,5 roku więzienia do 14 lat.
Pokazano wszystkie 8 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
W powietrzu rozpłynęli się też obaj mężczyźni. Policja aresztowała ich dopiero cztery miesiące później. Jeden z nich próbował jeszcze uciekać z budynku prokuratury, ale ostatecznie obaj zostali osadzeni w areszcie.
Ostatecznie postawiono ich przed sądem, ale ciała Radka nigdy nie odnaleziono.