Hrabia Monte Christo. 83. Beauchamp
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
83. Beauchamp. Przez ostatnie dwa tygodnie w Paryżu nie mówiono o niczym poza zuchwałym włamaniem do domu hrabiego. Umierający podpisał zeznanie, w którym jako mordercę wskazywał niejakiego Benedetta. Policja rozesłała swoich agentów, aby wyśledzili mordercę. Nóż kaderusa, ślepa latarnia, pęk wytrychów i ubranie z wyjątkiem kamizelki, której nie można było znaleźć, złożono w kancelarii sądowej. Ciało zostało przewiezione do kostnicy. Hrabia mówił wszystkim, że wypadek zdarzył się w czasie jego pobytu w hotel i że o wszystkim dowiedział się dopiero od księdza Bussoniego, który przypadkiem właśnie tę noc spędzał w jego domu, by móc przejrzeć jakieś cenne księgi, jakie hrabia posiadał w swoich bibliotecznych zbiorach.
Tak więc baron wprost przepadał za wicehrabią Cavalcanti. Inaczej rzecz się miała z panną Eugenią Danglare. W swojej instynktownej niechęci do małżeństwa dziewczyna przychylnie przyjmowała Andreę, bo był to dobry sposób, aby pozbyć się morserfa. Ale teraz, gdy Andrera zajmował coraz bardziej miejsca Alberta, zaczęła odczuwać do niego jawną odrazę. Być może baron zauważył coś, ale tłumaczył to sobie zwykłym kobiecym kaprysem i udawał, że niczego nie dostrzega. Tymczasem termin, którego zażądał Beauchamp prawie już upłynął. Teraz też dopiero Albert miał okazję docenić wartość rady udzielonej mu przez Monte Christo, który powtarzał mu, że lepiej zostawić tę sprawę własnemu biegowi.
Nikt nie odniósł tej wiadomości do generała i nikt nie upatrywał w oficerze, który wydał twierdzę w Janinie. Szlachetnego hrabiego, członka izby parów. Niemniej Albert nadal czuł się obrażony, ponieważ zniewaga była bez wątpienia w intencje osoby, która zamieściła w gazecie tych kilka zdań. Ponadto sposób, w jaki Beauchamp zakończył rozmowę, napełnił go szczególną goryczą. Pielęgnował więc w sobie myśl o przyszłym pojedynku, spodziewając się, że jeśli tylko Beauchamp podejmie wyzwanie, Zdoła ukryć prawdę o całej sprawie nawet przed sekundantami. Beauchamp nie dawał znaku życia aż od ostatniej wizyty Alberta i każdemu, kto chciał się z nim widzieć, odpowiadano, że wyjechał na kilka dni.
Gdzie był? Tego nie wiedział nikt. Któregoś ranka lokaj obudził Alberta i oznajmił mu wizytę redaktora. Albert przetarł oczy i kazał zaprowadzić pana Beauchampa do małego saloniku na dole. Ubrał się prędko i zszedł. Redaktor przechadzał się po salonie wzdłuż i wszerz, a na widok Alberta przystanął. – Wizyta, którą mi pan składa, nie czekając na moją, którą miałem panu dziś złożyć, zdaje mi się dobrą wróżbą – rzekł Albert. Ciekaw jestem, czy będę mógł podać panu rękę i powiedzieć, Beauchamp, przyznaj się do błędu i pozostań moim przyjacielem. Czy będę musiał zapytać, jaką wybiera pan broń? – Albercie – rzekł Beauchamp ze spódkiem, który zdumiał młodzieńca – usiądźmy najpierw i porozmawiajmy.
Jeśli podniosę szpadę albo jeśli strzelę z pistoletu do człowieka, któremu przez trzy lata ściskałem dłoń, muszę przynajmniej wiedzieć, dlaczego się do tego posuwam, aby stanąć do walki ze spokojnym sercem i z czystym sumieniem, skoro mam bronić swojego życia. — No dobrze, dobrze, ale co to wszystko ma znaczyć? — zapytał Morser, zniecierpliwiony. — To znaczy, że wracam z Janiny. — No to niemożliwe. — Kochany Albercie, spójrz, oto mój paszport, a w nim wizy. Genewa, Mediolan, Wenecja, Triest. Dobrudża Janina. Albert spojrzał na paszport, a potem utkwił zdziwiony wzrok w twarzy Beauchampa. Byłeś w Janinie? Albercie, gdybyś był cudzoziemcem, nieznajomym albo jakimś tam lordem, jak ten Anglik, który żądał ode mnie satysfakcji przed kilkoma miesiącami, a którego zabiłem dla pozbycia się kłopotu,
Rozumiesz chyba, że nie zadałbym sobie takiego trudu. Wydało mi się jednak, że Tobie należy się z mojej strony ten dowód szacunku i przyjaźni. O Boże, Boże, jaki długi wstęp! Czemu nie mówisz mi tego, na co tak czekam? Bo w rzeczywistości boisz się wyznać, że Twój korespondent Cię oszukał? O, daj sobie spokój z tą miłością własną, przyznaj się, już przecież nie brakuje ci odwagi. Nie o to wcale chodzi, rzekł ciszej dziennikarz. Przeciwnie. Albert zbaladł okropnie. Chciał coś powiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach. — Przyjacielu — rzekł Beauchamp serdecznie — wierz mi, byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym mógł cię przeprosić. Uczyniłbym to z całego serca, ale niestety.
— Jak to? Ten francuski oficer? Ten zdrajca, co wydał zamek swojego dobroczyńcy? — Wybacz mi, że muszę ci to powiedzieć, mój przyjacielu, ale to był twój ojciec. Albert spiął się, aby rzucić się na Beauchamp, ale powstrzymała go nawet nie tyle jego wyciągnięta ręka, ile jego łagodne spojrzenie. — Proszę — rzekł, wyciągając jakiś papier z kieszeni. — Oto dowód. Albert rozłożył kartkę. Było to oświadczenie czterech notabli z Janiny, stwierdzające, że pułkownik Fernand Mondego, instruktor wojsk w armii wezyra Alego Tebellina, wydał twierdzę za dwa tysiące worków złota. Podpisy były potwierdzone przez konsula.
Albert zachwiał się i padł zrozpaczony na fotel. Nie było żadnej wątpliwości. Na dokumencie widniało jego nazwisko. Milczał chwilę głucho, a potem serce wezbrało mu bólem, żyły na skroniach nabrzmiały i z oczu trysnęły mu łzy. Beauchamp z głębokim współczuciem przyglądał się cierpiącemu młodzieńcowi. Podszedł do niego i odezwał się. Albercie, rozumiesz mnie teraz, prawda? Chciałem wszystko zobaczyć na własne oczy i samo sądzić, w nadziei, że wyjaśnienie będzie korzystne dla twojego ojca i że będę mógł oddać mu należną sprawiedliwość. Ale okazało się, że jest inaczej. Albert ukrył twarz w dłoniach, jakby nie chciał, aby dosięgło go światło dzienne.
Przybiegłem czym prędzej do ciebie, ciągnął Beauchamp, żeby ci powiedzieć. Albercie, błędy ojców, które popełnili w tamtych burzliwych czasach, nie dotyczą dzieci. Niewielu zdołało przetrwać tę rewolucję, w czasie której się urodziliśmy, nie plamiąc błotem lub krwią żołnierskiego munduru czy sędziowskiej togi. Albercie, teraz, kiedy mam w ręku dowody i jestem panem twojej tajemnicy, nikt na świecie nie zmusi mnie do walki, którą, jestem przekonany, twoje sumienie wyrzucałoby ci jako zbrodnię. Ale to, czego nie mógłbyś ode mnie żądać, Ja sam chcę ci ofiarować. Chcesz, żeby te dowody wyjaśnienia świadectwa, które ja jeden posiadam, zniknęły? Chcesz, żeby ta straszna tajemnica została na zawsze pochowana między mną i tobą?
Dam ci słowo honoru, że nigdy i nikomu jej nie zdradzę. Albert rzucił się Beauchampowi na szyję. O szlachetne serce! – zawołał. — Weź to — rzekł Beauchamp, podając Albertowi papiery. Albert złapał je kurczowo z mią i już chciał je podrzeć, powstrzymał się jednak ze strachu, że pewnego dnia jakiś strzęp tych kart powróci do niego niesiony wiatrem i uderzy go w twarz. Podszedł do palącej się stale świecy, która służyła do zapalania cygar, i spalił je na drobny popiół. Niech przepadną jak zły sen, rzekł Beauchamp. Niech znikną jak te ostatnie iskry igrające na poczerwniałym papierze. Niech się ulotnią jak resztki dymu unoszące się z tych niemych popiołów.
— O tak, tak — rzekł Albert — i niech zostanie tylko wieczna przyjaźń, której dochowam mojemu zbawcy. Przyjaźń, którą moje dzieci dochowają twoim. Przyjaźń, która zawsze będzie mi już przypominać, że tobie zawdzięczam życie i honor. Bo gdyby to wszystko wyszło na jaw, palnąłbym sobie w łeb. Nie, a moja biedna matka? Taki cios by ją zabił. Opuściłbym raczej Francję. Po chwili jednak ta nagła, nienaturalna radość opuściła młodzieńca i ogarnął go jeszcze większy smutek. — Co ci jest, przyjacielu? — zatroskał się Beauchamp. — Widzisz, coś pękło mi w sercu. Nie można w jednej chwili wyrzec się z szacunku, zaufania i tej dumy, jaką czuje syn, przejmując po ojcu jego niewskazitelną imię.
Przyjacielu, jak ja teraz będę się do niego zwracał? Mam cofnąć czoło, gdy zechce mnie pocałować? Mam cofnąć rękę, gdy ojciec poda mi swoją? O, moja matko, moja biedna matko! mówił Albert, patrząc przez łzy na portret matki. Gdybyś tylko o tym wiedziała, jak bardzo musiałabyś cierpieć. Odwagi, rzekł Beauchamp, biorąc go za ręce. Ale kto nadesłał tamtą pierwszą wiadomość, która ukazała się w twoim dzienniku? zawołał Albert. Za tym wszystkim kryje się czyjaś ukryta nienawiść, jakiś nieznany wróg. Tym bardziej zdobądź się na odwagę. Nie okazaj ani śladu niepokoju. Noś w sobie ten ból jak chmura nosząca w sobie zniszczenie do chwili kiedy wybucha burza.
— No tak — powiedział Beauchamp. A widząc, że młodzieniec znowu popada w melancholię, rzekł — Słuchaj, Albertzie, wyjdźmy na spacer. Przejedziemy się konno albo faetonem. Rozerwiesz się, wstąpimy gdzieś na śniadanie, a potem ty pójdziesz do swoich, a ja do moich spraw. — Chętnie — rzekł Albert. — Ale przejdźmy się piechotą, bo zdaje mi się, że jak się zmęczę, to mi dobrze zrobi. — Dobrze — rzekł Beauchamp. Przyjaciele wyszli na ulicę i poszli przez bulward, aż do kościoła św. Magdaleny. — Słuchaj — rzekł Beauchamp. — Skoro już tu jesteśmy, może wstąpimy na moment do hrabiego de Monte Christo, rozerwiesz się? To człowiek stworzony do pokrzepiania duszy. On nigdy o nic nie pyta, a moim zdaniem najlepszymi pocieszycielami są ci, którzy nigdy nic o co nie pytają.
Pokazano wszystkie 13 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!