Hrabia Monte Christo. 83. Beauchamp
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Gdzie był? Tego nie wiedział nikt. Któregoś ranka lokaj obudził Alberta i oznajmił mu wizytę redaktora. Albert przetarł oczy i kazał zaprowadzić pana Beauchampa do małego saloniku na dole. Ubrał się prędko i zszedł. Redaktor przechadzał się po salonie wzdłuż i wszerz, a na widok Alberta przystanął. – Wizyta, którą mi pan składa, nie czekając na moją, którą miałem panu dziś złożyć, zdaje mi się dobrą wróżbą – rzekł Albert. Ciekaw jestem, czy będę mógł podać panu rękę i powiedzieć, Beauchamp, przyznaj się do błędu i pozostań moim przyjacielem. Czy będę musiał zapytać, jaką wybiera pan broń? – Albercie – rzekł Beauchamp ze spódkiem, który zdumiał młodzieńca – usiądźmy najpierw i porozmawiajmy.
– Wydaje mi się, że wprost przeciwnie, mój panie. Zanim usiądziemy, powinien mi pan odpowiedzieć. – Albercie – powiedział dziennikarz. Pewne okoliczności sprawiają, że trudno mi jest odpowiedzieć. Mogę to Panu ułatwić, ponawiając pytanie. Odwoła Pan, czy nie? Nie wystarczy odpowiedzieć tak lub nie, gdy chodzi o honor, pozycję towarzyską i życie takiego człowieka, jakim jest generał-porucznik par Francji Hrabia de Morcer. Co więc należy zrobić? Należy, Albercie, zrobić tak, jak ja zrobiłem. Należy sobie powiedzieć, że pieniądze, czas i trud są niczym, gdy chodzi o reputację całej rodziny. Nie wystarczy prawdopodobieństwo. Trzeba mieć całkowitą pewność, aby zgodzić się walczyć na śmierć z przyjacielem.
Jeśli podniosę szpadę albo jeśli strzelę z pistoletu do człowieka, któremu przez trzy lata ściskałem dłoń, muszę przynajmniej wiedzieć, dlaczego się do tego posuwam, aby stanąć do walki ze spokojnym sercem i z czystym sumieniem, skoro mam bronić swojego życia. — No dobrze, dobrze, ale co to wszystko ma znaczyć? — zapytał Morser, zniecierpliwiony. — To znaczy, że wracam z Janiny. — No to niemożliwe. — Kochany Albercie, spójrz, oto mój paszport, a w nim wizy. Genewa, Mediolan, Wenecja, Triest. Dobrudża Janina. Albert spojrzał na paszport, a potem utkwił zdziwiony wzrok w twarzy Beauchampa. Byłeś w Janinie? Albercie, gdybyś był cudzoziemcem, nieznajomym albo jakimś tam lordem, jak ten Anglik, który żądał ode mnie satysfakcji przed kilkoma miesiącami, a którego zabiłem dla pozbycia się kłopotu,
Albert zachwiał się i padł zrozpaczony na fotel. Nie było żadnej wątpliwości. Na dokumencie widniało jego nazwisko. Milczał chwilę głucho, a potem serce wezbrało mu bólem, żyły na skroniach nabrzmiały i z oczu trysnęły mu łzy. Beauchamp z głębokim współczuciem przyglądał się cierpiącemu młodzieńcowi. Podszedł do niego i odezwał się. Albercie, rozumiesz mnie teraz, prawda? Chciałem wszystko zobaczyć na własne oczy i samo sądzić, w nadziei, że wyjaśnienie będzie korzystne dla twojego ojca i że będę mógł oddać mu należną sprawiedliwość. Ale okazało się, że jest inaczej. Albert ukrył twarz w dłoniach, jakby nie chciał, aby dosięgło go światło dzienne.
Przybiegłem czym prędzej do ciebie, ciągnął Beauchamp, żeby ci powiedzieć. Albercie, błędy ojców, które popełnili w tamtych burzliwych czasach, nie dotyczą dzieci. Niewielu zdołało przetrwać tę rewolucję, w czasie której się urodziliśmy, nie plamiąc błotem lub krwią żołnierskiego munduru czy sędziowskiej togi. Albercie, teraz, kiedy mam w ręku dowody i jestem panem twojej tajemnicy, nikt na świecie nie zmusi mnie do walki, którą, jestem przekonany, twoje sumienie wyrzucałoby ci jako zbrodnię. Ale to, czego nie mógłbyś ode mnie żądać, Ja sam chcę ci ofiarować. Chcesz, żeby te dowody wyjaśnienia świadectwa, które ja jeden posiadam, zniknęły? Chcesz, żeby ta straszna tajemnica została na zawsze pochowana między mną i tobą?
Pokazano wszystkie 5 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!