Hrabia Monte Christo. 75. Postępy młodego pana Cavalcantiego
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Tak się sprawy miały w kręgu paryskiej socjety, do której wprowadziliśmy naszego czytelnika, gdy pewnego wieczoru Monte Christo odwiedził pana Danglarsa. Nie zastał go w domu, zaproszono więc hrabiego do baronowej, która naturalnie wizytę przyjęła. Od obiadów, hotel i przypadków, które po nim nastąpiły, pani Danglar reagowała swego rodzaju niespokojnym drżeniem, ilekroć wymawiano nazwisko Monte Christo. Kiedy brzmienie jego nazwiska nie było zwiastunem przybycia samego hrabiego, wtedy to bolesne uczucie wzmagało się jedynie, jeśli zaś hrabia zjawiał się, Otwarta jego osoba, oczy błyszczące, uprzejmość, grzeczność rozpraszały najmniejsze cienie jej obaw.
Rzekłbyś jednak, że ześlizgiwały się jak po pancerzu Minerwy. Eugenia skłoniła się chłodno hrabiemu i korzystając z pierwszych konwencjonalnych zdań rozmowy, zniknęła w swoim salonie do nauki, skąd wkrótce dały się słyszeć dwa wesołe głosy połączone z dźwiękami fortepianu. Monte Christo zrozumiał, że panna Danglar woli towarzystwo panny Ludwiki d'Armilly, swojej nauczycielki śpiewu, od towarzystwa jego i pana Cavalcanti. Rozmawiając z panią Danglar i udając, że jest całkowicie pod urokiem tej konwersacji, hrabia przyglądał się zachowaniu pana Andrei. Andrea podszedł do drzwi i z uwielbieniem nasłuchiwał nadchodzącej zza nich muzyki, nie mogąc się zdobyć na przekroczenie progu.
Wkrótce powrócił bankier. Pierwsze jego spojrzenie przeznaczone było dla Monte Christa, ale już następne dla Andrei. Żonę powitał w sposób typowy dla niektórych mężów, którego to sposobu żaden kawaler pojąć nie zdoła, dopóki nie ukaże się obszerny kodeks małżeńskich stosunków. — Cóż to, panny nie zaprosiły pana do swojego towarzystwa? — zapytał Danglar Andrei. — Niestety nie — odpowiedział Andrea, wzdychając bardziej jeszcze wymownie niż poprzednio. Danglar natychmiast podszedł do drzwi salonu i otworzył je. Dziewczęta siedziały przy fortepianie na jednej kanapce. Każda z nich grała jedną ręką. Ćwiczenie to powtarzały często i doszły już do niezwykłej wprawy w jego wykonywaniu.
W ramie otwartych drzwi tworzyły jakby pełen uroku obraz rodzajowy, podobny do tych, jakie się często maluje w Niemczech. Ludwika była drobną, szczupłą blondynką o wyglądzie wróżki. Miała bujne, kręcone włosy, opadające puklami na nieco przydługą szyję, w czym przypominała Madonny z obrazów Perugina, o czym miała jakby przymglone zmęczeniem. Mówiono, że ma słabe płuca i że pewnego dnia umrze, śpiewając operową arię. Monte Christo rzucił szybkie i ciekawe spojrzenie w głąb tego gnekeum. Pierwszy raz widział pannę d'Armilly, chociaż tak często mówiono o niej w tym domu. – Czyżbyśmy zostali wykluczeni z towarzystwa muzycznego? – zapytał baron córkę.
Poprowadził młodzieńca do saloniku i czy to przypadkiem, czy umyślnie zamknął drzwi za Andreą w taki sposób, że ani Monte Christo, ani baronowa ze swoich miejsc nie mogli już nic więcej dojrzeć. Ale skoro sam pan Danglard go tam wprowadził, pani Danglard nie zwróciła na to uwagi. Wkrótce też hrabia usłyszał głos Andrei, śpiewającego przy akordach fortepianu jakąś korsykańską piosenkę. Gdy hrabia przysłuchiwał się z uśmiechem piosence, zapomniał o Andrei, a przyszedł mu na myśl Benedetto, Pani Danglars zaś wychwalała przed nim opanowanie męża, który tego ranka z powodu bankructwa w Mediolanie stracił jakieś 300 do 400 tysięcy franków.
Rzeczywiście, pochwała była zasłużona. Hrabia bowiem, gdyby nie dowiedział się o tym od samej baronowej, czy też w jakiś inny, tylko sobie znany sposób, nie wyczytałby niczego z twarzy barona. No to dobrze, pomyślał hrabia w duchu. Zaczyna ukrywać swoje straty, a jeszcze przed miesiącem hełpił się nimi, po czym rzekł głośno. Droga pani, pan Danglar tak dobrze zna giełdę, że zawsze zdoła odzyskać to, co stracił. — Ach, widzę, że podziela pan powszechne, choć błędne przekonanie — rzekła pani Danglar. — Jakież to przekonanie? — zapytał Monte Christo. — Że pan Danglar gra na giełdzie, podczas gdy on wcale nie gra. A tak, rzeczywiście przypominam sobie, że pan Debray mówił mi, a właśnie co się z nim dzieje.
Pani Danglare mimowoli zarumieniła się. Proszę tylko pomyśleć, rzekł Monte Christo, udając, że niczego nie spostrzegł. Wczoraj podobno ktoś zrobił całkiem niezły interes na akcjach neapolitańskich. Nie mam ich, odpowiedziała żywo baronowa. I nigdy ich nie miałam. Ale doprawdy, przestańmy już mówić o giełdzie, panie hrabio. Wyglądamy bowiem jak dwaj maklerzy giełdowi. Pomówmy raczej o tych biednych wilfortach, tak ciężko doświadczonych przez los. — A cóż im się stało? — zapytał Monte Christo z dobrze udaną naiwnością. — No musiał pan o tym słyszeć. Kilka dni po śmierci pana de Saint-Méran przyjechała margrabina, po czym i ona zmarła. — A tak — rzekł Monte Christo. Słyszałem o tym, ale jak powiada Claudiusz w Hamlecie, takie jest prawo natury.
— I z panną d'Armilly — rzekł bankier. — Za kogoż ty ją masz? Po czym, zwracając się do Monte Christa, rzekł. — Czarujący młodzieniec, ten książę Cavalcanti, nieprawdaż, hrabio? Tylko czy on rzeczywiście jest księciem? — Za to nie mogę poręczyć — odpowiedział Monte Christo. — Jego ojca przedstawiono mi jako margrabiego. Pan Andrea zatem powinien być hrabią. Zdaje mi się jednak, że on sam nie wykazuje wielkich pretensji do tego tytułu. — No to czemu? — zaoponował baron. — Jeżeli jest księciem, to nie ma racji, że się tym niech lubi. Należy i cenić swoją godność. Ja sam nie lubię bardzo, gdy ktoś się wypiera własnego pochodzenia. — Ale pan jest prawdziwym demokratą — rzekł z uśmiechem Monte Christo.
Sprawy zaszły już bardzo daleko, tak daleko, że na balu u swojej matki pan de Morser nie tylko zatańczył z moją córką, a pan Cavalcanti tańczył z nią trzy razy i wicehrabia wcale tego nie zauważył. Pan wicehrabia Albert de Morcer zaanonsował lokaj. Baronowa pospiesznie wstała. Chciała pójść do saloniku, by powiadomić córkę, ale pan danglar powstrzymał ją za ramię. – Daj spokój – rzekł. Baronowa spojrzała na niego zdziwiona. Monte Christo udał, że nie widział całej tej sceny. Albert wszedł, a wyglądał dziś pięknie i był wyjątkowo radosny. Ukłonił się szarmancko pani Danglare. Barona powitał poufale, a hrabiego przyjaźnie. Następnie zwrócił się do baronowej.
– Czy wolno mi zapytać panią, jak samopoczucie panny Eugenii? – Wyśmienicie, proszę pana – odpowiedział żywo pan Danglare. – Właśnie w tej chwili zajęta jest muzyką w saloniku z panem Cavalcantiem. Albert pozostał niewzruszony i obojętny. Może w duchu się zirytował, ale czuł na sobie spojrzenie Monte Christa. — O, pan Cavalcanti śpiewa bardzo pięknym tenorem — rzekł. — A panna Eugenia ma wspaniały sopran. Nie wspominając nawet, że gra na fortepianie, jak sam Talberg. To musi być prześliczny koncert. — Rzeczywiście, zgadzają się wybornie — odparł danglar. Albert zdawało się nie dostrzegł tego dwuznacznika, tak grubiańskiego, że pani Danglar się zarumieniła.
Wziął Monte Christo na stronę. – No i co pan powie o naszym zakochanym? – Dolicha, wydaje mi się zimny jak lód, nie da się zaprzeczyć, ale co począć, pan się już zobowiązał. – Niewątpliwie zobowiązałem się, ale że oddam córkę, moją córkę człowiekowi, który ją kocha, a nie takiemu, który jej nie kocha wcale. No, niech pan na niego popatrzy. Zimny jak marmur, dumny jak jego ojciec. Gdyby chociaż był bogaty, gdyby miał taki majątek jak Cavalcanti, machnąłbym ręką. Ach, nie naradziłem się, jest też córką, ale jeśli ma dobry gust... — No nie wiem — odparł Monte Christo. — Być może zaślepia mnie przyjaźń, ale mogę pana zapewnić, że pan de Morsère jest ujmującym młodzieńcem, który niewątpliwie uszczęśliwi pana córkę i prędzej czy później dojdzie do czegoś.
W końcu jego ojciec ma znakomitą pozycję. — Ahem — chrząknął Danglar. — A skąd ta wątpliwość? — Chodzi o jego przeszłość. Ciemną przeszłość. — Ale przecież przeszłość ojca nie dotyczy syna. — No, prawda, prawda. Eee, niech pan nie wydziwia baronie. Jeszcze przed miesiącem uważał pan to małżeństwo za doskonałą partię. Proszę też zrozumieć, że martwi mnie to, bo przecież właśnie u mnie poznał pan młodego Cavalcantiego, którego ja sam dobrze nie znam. Powtarzam to panu. Ale ja go znam, to wystarczy, rzekł Danglar. Zna go pan? Zebrał więc pan o nim jakieś informacje? Zapytał Monte Christo.
A to konieczne? Czyż nie jest tak, że od pierwszego rzutu oka wiadomo z kim ma się do czynienia? Przede wszystkim jest bogaty. W granicach jakichś nędznych pięćdziesięciu tysięcy liwrów. Odebrał znakomite wykształcenie. Achem, odchrząknął z kolei Monte Christo. Jest pan dla niego niesprawiedliwy. Tak, przyznaję, ale z przykrością patrzę, jak ten młodzieniec, wiedząc o pańskich zobowiązaniach wobec morserfów, próbuje pokrzyżować wasze plany, a wykorzystuje do tego swój majątek? Danglar roześmiał się. Jakiż purytanin z pana, rzekł. Takie rzeczy zdarzają się co dzień na świecie. Nie może pan jednak, drogi baronie, zrywać ot tak dla kaprysu. Morserfowie liczą na ten związek.
No to też muszą w końcu postawić sprawę jasno i otwarcie. Mógłby pan o tym kilka słów napomknąć generałowi, drogi hrabio. Ma pan przecież względy w tym domu. Ja? Gdzie pan u diabła to spostrzegł? No jak to? Zdaje mi się, że widziałem u nich na balu, jak dumna hrabina Mercedes, ta pyszna katalonka, która zaledwie raczy usta otworzyć do swych dawnych znajomych, wzięła pana pod rękę i wyszła z panem do ogrodu, gdzie przez blisko pół godziny spacerowaliście w bocznych alejkach. – Ależ baronie, baronie! – zawołał Albert. – Pan nam przeszkadza słuchać. Toż to barbarzyństwo jak na takiego melomana. — Na cóż robić, szanowny panie żartownisiu? — odparł Danglar, zwracając się do Monte Christa rzekł.
— Zaraz wrócę — rzekł bankier do Monte Christa. — Proszę na mnie poczekać, być może będę miał panu jeszcze coś do powiedzenia. Baronowa, korzystając z nieobecności męża, otworzyła drzwi do saloniku. W tej chwili obecni ujrzeli pana Andreę, wstającego gwałtownie od fortepianu, przy którym siedział z panną Eugenią. Alberu z uśmiechem ukłonił się pannie Danglary, która, bynajmniej nie zmieszana, odpowiedziała mu ukłonem jak zwykle chłodnym. Cavalcanti wyraźnie zdawał się być zakłopotany. Ukłonił się Morselfowi, ten zaś odpowiedział mu ukłonem jawnie wyrażającym impertynencję. W tej chwili Albert zaczął rozpływać się w zachwytach nad głosem panny Danglare, wyrażając jednocześnie największy żal, iż nie mógł zjawić się na wczorajszym koncercie i słyszeć jej śpiewu.
Cavalcanti pozostawiony samemu sobie wziął na bok Monte Christa. – Teraz już dosyć – odezwała się pani Danglare. – Dosyć tej muzyki i komplementów. Proszę na herbatę. Przeszli do sąsiedniego salonu, gdzie rzeczywiście herbata była już gotowa. Kiedy odkładano już na sposób angielski łyżeczki do pustych filiżanek, otworzyły się drzwi i wszedł danglar, wyraźnie czymś poruszony. Zwłaszcza Monte Christo spostrzegł to poruszenie i spojrzał na bankiera pytającym wzrokiem. – Odebrałem właśnie – rzekł danglar – korespondencję z Grecji. — Jak się miewa król Otton? — zapytał radośnie Albert. Danglar spojrzał na niego z ukosa i nic nie odpowiedział.
Monte Christo odwrócił się, chcąc ukryć wyraz litości, który przemknął przez jego twarz, ale natychmiast zniknął. Albert nie mógł pojąć, dlaczego bankier spojrzał na niego tak nieprzychylnie. Obracając się więc do Monte Christa, który doskonale wiedział, o co chodzi, zapytał. — Widział pan, jak on na mnie popatrzył? — Owszem — odpowiedział hrabia. — Ale czy było coś szczególnego w tym spojrzeniu? — A tak sądzę. Ale co też mogą znaczyć te złe wiadomości z Grecji? Monte Christo uśmiechnął się w taki sposób, w jaki zawsze uśmiechał się, gdy chciał uniknąć odpowiedzi. — Oto i on — rzekł Albert. — Zbliża się do pana. Ja tymczasem podejdę do panny Eugenii i powiem parę komplementów na temat jej kamei, a wtedy ojciec będzie mógł z panem pomówić.
Jeżeli chce pan obdarzyć ją jakimś komplementem, niech pan przynajmniej pochwali jej głos, doradził Monte Christo. O nie, głos przecież chwalą wszyscy. — Mój kochany hrabio — rzekł Monte Christo — ma pan szczególny dar prawienia niegrzeczności. Albert z uśmiechem podszedł do Eugenii. Od razu też danglar nachylił się do ucha hrabiego. — Dał mi pan doskonałą radę — rzekł. — Okropna historia wiąże się z tymi dwoma słowami Fernand i Janina. — Ach tak? — zapytał Monte Christo. — Tak. Opowiem panu wszystko, ale niech pan zabierze stąd najpierw tego młodzieńca, zbyt krępowałaby mnie teraz jego obecność. No tak właśnie zamierzałem zrobić. Razem wychodzimy. Czy wciąż chce pan, bym przysłał tu jego ojca?
Bardziej niż kiedykolwiek. Hrabia dał znak Albertowi. Ukłonili się obaj damom i wyszli. Albert, wykazując największą obojętność dla wzgardy, Jaką obdarzała go panna Danglar. Monte Christo, ponawiając przeznaczone dla pani Danglar rady odnośnie środków ostrożności, jakie żona bankiera powinna przedsięwziąć w trosce o swoją przyszłość. Na polu bitwy zatriumfował pan Cavalcanti.
Pokazano wszystkie 19 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!