Hrabia Monte Christo. 75. Postępy młodego pana Cavalcantiego
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
75. Postępy młodego pana Cavalcantiego. Pan Cavalcant i ojciec Andrei odjechał, by ponownie podjąć służbę, jednakże nie w armii jego cesarskiej mości cesarza austriackiego, lecz przy ruletce w Lukce, miejscowości kuracyjnej, gdzie należał do najgorliwszych dworzan. Nie trzeba dodawać, że z najdokładniejszą skrupulatnością wybrał co do grosza całą sumę przyznaną mu na podróż oraz wynagrodzenie za godny i pełen majestatu sposób, Zadomowił się mniej więcej w tym paryskim towarzystwie, które tak łatwo przyjmuje cudzoziemców i obchodzi się z nimi, ceniąc każdego nie wedle tego, kim jest.
Zdawało się baronowej rzeczą niepodobną, aby człowiek o tak zachwycającej powierzchowności mógł w stosunku do niej żywić jakieś złe zamiary, Zresztą najbardziej nawet zepsute serce nie wierzy w zło, którego nie może usprawiedliwić jakimś interesem. Zło bezużyteczne i bezpodstawne odstręcza samobstrzeż się jako niedorzeczność. Gdy hrabia wszedł do buduaru, dokąd wprowadziliśmy już raz naszego czytelnika, Zastał baronową, jak niespokojnie przeglądała rysunki swojej córki, pokazanej już wcześniej młodemu panu Cavalcanti. Jak zwykle zadrżała na wzmiankę nazwiska hrabiego, ale mimo zmieszania przyjęła go z uśmiechem. Hrabia jednym rzutem oka pojął całą scenę.
Przy baronowej, która w pozycji pół leżącej spoczywała na kozetce, siedziała Eugenia. Cavalcanti stał. Ubrany na czarno, niby bohater gettego, w lakierowanych trzewikach i ażurowych białych pończochach przeciągał białą, dosyć starannie wypielęgnowaną ręką po swoich blond włosach, wśród których pobłyskiwał diament. W próżności swej bowiem młodzieniec, mimo rad hrabiego, nie oparł się pokusie włożenia go na mały palec. Ruchowi temu towarzyszyły zabójcze spojrzenia wymierzone w pannę danglar oraz czułe westchnienia wysyłane w tę samą stronę. Panna Danglar nie zmieniła się wcale. Wciąż była piękna, zimna i szydercza. Żadne spojrzenie, żadne z westchnień Andrei nie uszło jej uwagi.
Rzekłbyś jednak, że ześlizgiwały się jak po pancerzu Minerwy. Eugenia skłoniła się chłodno hrabiemu i korzystając z pierwszych konwencjonalnych zdań rozmowy, zniknęła w swoim salonie do nauki, skąd wkrótce dały się słyszeć dwa wesołe głosy połączone z dźwiękami fortepianu. Monte Christo zrozumiał, że panna Danglar woli towarzystwo panny Ludwiki d'Armilly, swojej nauczycielki śpiewu, od towarzystwa jego i pana Cavalcanti. Rozmawiając z panią Danglar i udając, że jest całkowicie pod urokiem tej konwersacji, hrabia przyglądał się zachowaniu pana Andrei. Andrea podszedł do drzwi i z uwielbieniem nasłuchiwał nadchodzącej zza nich muzyki, nie mogąc się zdobyć na przekroczenie progu.
Rodzice umierają przed dziećmi i dzieci po nich płaczą, po czym same umrą przed własnymi dziećmi i również będą opłakiwane przez swoich potomków. Ale to jeszcze nie wszystko. Jak to nie wszystko? Otóż z pewnością wie pan, że mieli wydać córkę za mąż, za pana Depiney. Czy małżeństwo nie doszło do skutku? Bo podobno wczoraj Depineis zwrócił dane im słowo. Do prawdy? A znane są przyczyny tego zerwania? Nie, coś podobnego. Jakże pan de Vilfort znosi wszystkie te nieszczęścia. Jak zawsze ze spokojem filozofa. W tej chwili wszedł pan Banglar. — I jak to? — rzekła baronowa. — Zostawiłeś pana Cavalcanti samego ze swoją córką?
— I z panną d'Armilly — rzekł bankier. — Za kogoż ty ją masz? Po czym, zwracając się do Monte Christa, rzekł. — Czarujący młodzieniec, ten książę Cavalcanti, nieprawdaż, hrabio? Tylko czy on rzeczywiście jest księciem? — Za to nie mogę poręczyć — odpowiedział Monte Christo. — Jego ojca przedstawiono mi jako margrabiego. Pan Andrea zatem powinien być hrabią. Zdaje mi się jednak, że on sam nie wykazuje wielkich pretensji do tego tytułu. — No to czemu? — zaoponował baron. — Jeżeli jest księciem, to nie ma racji, że się tym niech lubi. Należy i cenić swoją godność. Ja sam nie lubię bardzo, gdy ktoś się wypiera własnego pochodzenia. — Ale pan jest prawdziwym demokratą — rzekł z uśmiechem Monte Christo.
— Zauważ jednak, na co się narażasz — rzekła baronowa. — Gdyby pan de Morsaire przyszedł tu przypadkiem, zastałby pana Cavalcantiego w pokoju, do którego on, narzeczony Eugenii, nigdy nie otrzymał prawa wstępu. — Dobrze się wyraziłaś, moja droga, że przypadkiem — odpowiedział bankier. — Bo też rzecz oczywista chyba przypadek musiałby sprawić, by tak rzadki gość się tu zjawił. — A jednak, gdyby przyszedł i zastał tego młodzieńca u naszej córki, byłby raczej niezadowolony. Och, dobry Boże! Bardzo się mylisz, moja droga. Pan Albert nie zaszczyci nas raczej uczuciem zazdrości o swoją narzeczoną, aż tak bardzo jej nie kocha. Zresztą co mi obchodzi, czy będzie zadowolony, czy nie? A jednak sprawy zaszły już tak daleko, o tak!
Sprawy zaszły już bardzo daleko, tak daleko, że na balu u swojej matki pan de Morser nie tylko zatańczył z moją córką, a pan Cavalcanti tańczył z nią trzy razy i wicehrabia wcale tego nie zauważył. Pan wicehrabia Albert de Morcer zaanonsował lokaj. Baronowa pospiesznie wstała. Chciała pójść do saloniku, by powiadomić córkę, ale pan danglar powstrzymał ją za ramię. – Daj spokój – rzekł. Baronowa spojrzała na niego zdziwiona. Monte Christo udał, że nie widział całej tej sceny. Albert wszedł, a wyglądał dziś pięknie i był wyjątkowo radosny. Ukłonił się szarmancko pani Danglare. Barona powitał poufale, a hrabiego przyjaźnie. Następnie zwrócił się do baronowej.
– Czy wolno mi zapytać panią, jak samopoczucie panny Eugenii? – Wyśmienicie, proszę pana – odpowiedział żywo pan Danglare. – Właśnie w tej chwili zajęta jest muzyką w saloniku z panem Cavalcantiem. Albert pozostał niewzruszony i obojętny. Może w duchu się zirytował, ale czuł na sobie spojrzenie Monte Christa. — O, pan Cavalcanti śpiewa bardzo pięknym tenorem — rzekł. — A panna Eugenia ma wspaniały sopran. Nie wspominając nawet, że gra na fortepianie, jak sam Talberg. To musi być prześliczny koncert. — Rzeczywiście, zgadzają się wybornie — odparł danglar. Albert zdawało się nie dostrzegł tego dwuznacznika, tak grubiańskiego, że pani Danglar się zarumieniła.
— Ja także — rzekł następnie młodzieniec — jestem muzykalny, tak przynajmniej twierdzili moi rodzice. Dziwna rzecz jednak, bo jak dotąd głos mój nie zgodził się z żadnym głosem, a zwłaszcza z sopranem. Danglar uśmiechnął się z lekka, co miały znaczyć — a złość się, złość. — Toteż książę z moją córką wzbudzili wczoraj powszechny zachwyt — rzekł, licząc zapewne, że w ten sposób osiągnie swój cel. — Nie było w pana wczoraj, panie de Morsère? — A jaki książę? — zapytał Albert. — O książę Cavalcanti — odpowiedział Danglare, tytułując uparcie młodzieńca w ten właśnie sposób. — Przepraszam — rzekł Albert. — Nie wiedziałem, że jest księciem. Aha, to książę Cavalcanti śpiewał wczoraj z panną Eugenią?
Chyba nie można lepiej znać muzyki swego kraju, niż znają książę Cavalcanti. Nazwał go pan księciem, jeśli się nie mylę. Zresztą, choćby nawet nie był księciem, z pewnością nim zostanie. We Włoszech to nic trudnego. Ale wracając do naszego urzękającego duetu, może by pan zrobił nam przyjemność, baronie, i nie mówiąc nic córce ani panu Cavalcantiemu, że słucha ich ktoś obcy, poprosiłby pana, by zaśpiewali inny jeszcze kawałek. Tak dobrze jest rozkoszować się muzyką z pewnego oddalenia w półmroku, nie widząc i nie będąc widzianym, nie krępując w ten sposób artysty, który może oddać się wtedy bez reszty porywom serca i geniuszu, Tym razem zimna krew młodzieńca zbiła Danglarsa z tropu.
Wziął Monte Christo na stronę. – No i co pan powie o naszym zakochanym? – Dolicha, wydaje mi się zimny jak lód, nie da się zaprzeczyć, ale co począć, pan się już zobowiązał. – Niewątpliwie zobowiązałem się, ale że oddam córkę, moją córkę człowiekowi, który ją kocha, a nie takiemu, który jej nie kocha wcale. No, niech pan na niego popatrzy. Zimny jak marmur, dumny jak jego ojciec. Gdyby chociaż był bogaty, gdyby miał taki majątek jak Cavalcanti, machnąłbym ręką. Ach, nie naradziłem się, jest też córką, ale jeśli ma dobry gust... — No nie wiem — odparł Monte Christo. — Być może zaślepia mnie przyjaźń, ale mogę pana zapewnić, że pan de Morsère jest ujmującym młodzieńcem, który niewątpliwie uszczęśliwi pana córkę i prędzej czy później dojdzie do czegoś.
W końcu jego ojciec ma znakomitą pozycję. — Ahem — chrząknął Danglar. — A skąd ta wątpliwość? — Chodzi o jego przeszłość. Ciemną przeszłość. — Ale przecież przeszłość ojca nie dotyczy syna. — No, prawda, prawda. Eee, niech pan nie wydziwia baronie. Jeszcze przed miesiącem uważał pan to małżeństwo za doskonałą partię. Proszę też zrozumieć, że martwi mnie to, bo przecież właśnie u mnie poznał pan młodego Cavalcantiego, którego ja sam dobrze nie znam. Powtarzam to panu. Ale ja go znam, to wystarczy, rzekł Danglar. Zna go pan? Zebrał więc pan o nim jakieś informacje? Zapytał Monte Christo.
— To co, wspomni pan o tym generałowi? — Chętnie, jeśli pan sobie tego życzy. Chodzi tylko o to, postawić rzecz jasną i stanowczą. Przede wszystkim niech poprosi o rękę mojej córki dla swojego syna. Niech wyznaczy datę, warunki pieniężne. Musimy się wreszcie porozumieć lub ostatecznie wszystko zerwać. Dość tego zwlekania. Dobrze, misja zostanie spełniona. Po tym oświadczeniu Danglar westchnął w taki sam sposób, jak przed pół godziną młody Cavalcanti. — Brawi, brawo! Brawa! — zawołał Albert, przedrzeżniając bankiera i klaszcząc na zakończenie pieśni. Danglar spojrzał krzywo na Alberta, ale w tej samej chwili Lokajl szepnął mu parę słów do ucha.
— Zaraz wrócę — rzekł bankier do Monte Christa. — Proszę na mnie poczekać, być może będę miał panu jeszcze coś do powiedzenia. Baronowa, korzystając z nieobecności męża, otworzyła drzwi do saloniku. W tej chwili obecni ujrzeli pana Andreę, wstającego gwałtownie od fortepianu, przy którym siedział z panną Eugenią. Alberu z uśmiechem ukłonił się pannie Danglary, która, bynajmniej nie zmieszana, odpowiedziała mu ukłonem jak zwykle chłodnym. Cavalcanti wyraźnie zdawał się być zakłopotany. Ukłonił się Morselfowi, ten zaś odpowiedział mu ukłonem jawnie wyrażającym impertynencję. W tej chwili Albert zaczął rozpływać się w zachwytach nad głosem panny Danglare, wyrażając jednocześnie największy żal, iż nie mógł zjawić się na wczorajszym koncercie i słyszeć jej śpiewu.
Cavalcanti pozostawiony samemu sobie wziął na bok Monte Christa. – Teraz już dosyć – odezwała się pani Danglare. – Dosyć tej muzyki i komplementów. Proszę na herbatę. Przeszli do sąsiedniego salonu, gdzie rzeczywiście herbata była już gotowa. Kiedy odkładano już na sposób angielski łyżeczki do pustych filiżanek, otworzyły się drzwi i wszedł danglar, wyraźnie czymś poruszony. Zwłaszcza Monte Christo spostrzegł to poruszenie i spojrzał na bankiera pytającym wzrokiem. – Odebrałem właśnie – rzekł danglar – korespondencję z Grecji. — Jak się miewa król Otton? — zapytał radośnie Albert. Danglar spojrzał na niego z ukosa i nic nie odpowiedział.
Bardziej niż kiedykolwiek. Hrabia dał znak Albertowi. Ukłonili się obaj damom i wyszli. Albert, wykazując największą obojętność dla wzgardy, Jaką obdarzała go panna Danglar. Monte Christo, ponawiając przeznaczone dla pani Danglar rady odnośnie środków ostrożności, jakie żona bankiera powinna przedsięwziąć w trosce o swoją przyszłość. Na polu bitwy zatriumfował pan Cavalcanti.
Pokazano wszystkie 17 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!