Hrabia Monte Christo. 19. Trzeci atak
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Nie śmiał teraz dotykać tej dłoni zwieszonej z łóżka. Nie śmiał patrzeć w te nieruchome, zbielałe oczy, których nie mógł przymknąć, bo same się otwierały. Zgasił lampkę, ukrył ją starannie i uciekł, nasuwając z trudem płytę na otwór nad głową. Zresztą był już czas potem, uzbliżał się dozorca. Tym razem zaczął odwiedziny od celi Dantesa. Następnie miał udać się do lochu Farii ze śniadaniem i z czystą bielizną. Wyszedł. Nic nie wskazywało, że ów człowiek wie, co się tam wydarzyło. Wtedy niewymowna ciekawość ogarnęła Dantesa, by dowiedzieć się, co też się będzie działo w celi nieszczęśliwego księdza. Wczołgał się więc do podkopu i dotarł do jego wylotu w samą porę, by usłyszeć, jak dozorca woła na pomoc.
Lekarz rozpoznał chorobę, która dotknęła starca i oświadczył, że ksiądz nie żyje. W padających pytaniach i odpowiedziach wyczuć można było lekceważenie, które oburzyło Edmunda. Wydawało mu się, że cały świat powinien odczuwać choć część tej sympatii, jaką darzył biednego księdza. – Nie cieszy mnie to bynajmniej – rzekł komendant w odpowiedzi na oświadczenie lekarza, że starzec rzeczywiście zmarł. To był bardzo łagodny więzień. Bawił nas swoim bzikiem, a i łatwo go było strzec. — O tak! — wtrącił dozorca. — Tego to można było wcale nie pilnować, proszę pana komendanta. On by tu przesiedział i pięćdziesiąt lat, a ręczę, że ani razu nie pomyślałby o ucieczce.
– Czy nie nosił czasem nazwiska Faria? – zapytał jeden z obecnych. – Tak właśnie. Według tego, co utrzymywał, miało to być bardzo stare nazwisko. Zresztą był to człowiek bardzo uczony i rozumny pod każdym względem, poza jednym, gdy rozprawiał o swoich skarbach. W tej sprawie nie dawało się z nim dogadać. – To jest choroba zwana monomanią – rzekł lekarz. – Nie mieliście nigdy powodu, aby się na niego uskarżać? – zapytał komendant dozorcy, co zwykle przynosił księdzu żywność. – Nigdy, panie komendancie – rzekł dozorca. – Przeciwnie. Nieraz opowiadał mi bardzo ciekawe historie, a gdy razu jednego moja żona była chora, dał mi receptę na lekarstwo, które ją uleczyło.
– Proszę, proszę, nie wiedziałem… — Że miałem tutaj kolegę — zadrwił lekarz. — Spodziewam się, panie komendancie — dodał ze śmiechem — że raczysz z nim postąpić z należytymi względami. — Naturalnie, bądź pan spokojny. — Wyprawimy mu przyzwoity pogrzeb. Będzie miał najlepszy worek, jaki znajdziemy. Wystarczy to panu? — Czy mamy wykonać tę ostatnią formalność w obecności pana komendanta? — zapytał guzorca. — Oczywiście. Tylko pospieszcie się. Nie mogę przecież tu tkwić przez cały dzień. Znowu dała się słyszeć krzątanina. W chwilę potem szelest rozkładanego płótna dobiegł uszu Edmunda. Skrzypnęło łóżko. Na posadzce rozległy się ciężkie kroki, jakby ktoś podnosił wielki ciężar.
Pokazano wszystkie 4 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!