Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 19. Trzeci atak

27.07.2025 ·23 min 14 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

19. Trzeci atak. Teraz zatem ów skarb, co był tak długo przedmiotem wszystkich myśli księdza, mógł zapewnić szczęście temu, którego faria pokochał jak syna, nabierał więc w jego oczach podwójnej wartości. Co dzień mówił tylko o tym, ile dobrego dzięki sumie 300 milionów można by w naszych czasach uczynić dla przyjaciół, ale wówczas Dantes pochmurniał, przypominał sobie bowiem przysięgę zemsty i zaczynał myśleć tylko o tym, ile zła swoim wrogom mógłby wyrządzić człowiek posiadający 300 milionów. Ksiądz nie znał wyspy Monte Christo, ale Dantes znał ją dobrze. Często przepływał koło tej wysepki położonej 25 mil od Pianosy między Korsyką a Elbą.

Raz nawet zarzucili przy niej kotwicę. Wyspa ta była i jest nadal zupełnie bezludna. Jest to skała niemal w kształcie stożka, którą jakiś wybuch wulkaniczny wypchnął z głębi mórz na powierzchnię. Dantes narysował Farii plan wyspy. Afaria radził Dantesowi, w jaki sposób powinien postępować, aby odnaleźć skarb. Dantes jednak był daleki od entuzjazmu księdza, zwłaszcza od jego ufności. Wprawdzie nie wątpił już bynajmniej, że Faria nie cierpiał na chorobę umysłową, a sposób, w jaki doszedł do swego odkrycia, które rzuciło na nie cień szaleństwa, wzmógł tylko podziw Edmunda. Ale nawet założywszy, że ów skarb istniał, Edmund nie mógł uwierzyć, że przetrwał tam do tej pory.

Kolejne dni, jeżeli nie były dla nich szczęśliwe, to przynajmniej mijały dość szybko. Faria, który przez tyle lat milczał o skarbie, dziś przy każdej okoliczności naprowadzał na ten temat rozmowę. Jak przewidywał, prawą rękę i lewą nogę miał zupełnie sparaliżowany i nie miał już nadziei, Names mentioned. Names mentioned. Names mentioned.

Czasem całe godziny schodziły fali na udzielaniu Edmundowi wskazówek, które mogły mu się przydać po ucieczce. Od dnia, w którym odzyska wolność, od tej godziny, od tej chwili, jedna tylko myśl miała go zajmować. Dostać się na Monte Christo? Pozostać tam samemu pod jakimś pretekstem niebudzącym podejrzeń? A skoro już będzie tam sam jeden, odszukać tajemnicze groty i przeszukać wskazane w testamencie miejsce. Tak upływały godziny, dosyć znośnie, chociaż nie bardzo szybko. Faria nie odzyskał władzy w ręce i nodze, ale wróciła mu zupełnie dawna przenikliwość umysłu. I powoli wdrażał Dantesa w ów pełen cierpliwości i wyrafinowany zawód więźnia, który pozwala zrobić coś z niczego.

Stale więc się czymś zajmowali. Faria, obawiając się starczej inercji, Dantes, aby stłumić niemal wygasłe wspomnienia przeszłości, które błąkały się w jego pamięci, niby odległe światełka zagubione w ciemności. Pomimo tego pozornego spokoju, ile powstrzymywanych porywów i westchnień stłumionych czaiło się w sercach obu więźniów. Ujawniały się jedynie wtedy, gdy Faria zostawał sam, a Dantes wracał do swojej celi. Pewnej nocy Edmund nagle zerwał się ze snu, bo mu się wydało, że ktoś go woła. Otworzył oczy i usiłował przebić wzrokiem gęste ciemności. Usłyszał nie tyle swoje imię, ile jakiś rozpaczliwy głos, który usiłował wyartykułować jego imię.

Nie muszę ci tłumaczyć. Edmund krzyknął boleśnie i, tracąc zupełnie głowę, rzucił się do drzwi, wołając — Na pomoc! Na pomoc! Faria miał jeszcze tyle siły, że zdołał chwycić go za rękę. — Cicho! — rozkazał. — Albo zginiesz. O tobie teraz tylko powinniśmy myśleć, aby ci uczynić więzienie znośniejszym lub umożliwić ci ucieczkę. Potrzebowałbyś wielu lat, aby zrobić ponownie to, co ja tu zrobiłem, a co mogło być stracone w jednej chwili, gdyby się dozorcy dowiedzieli o naszych zamiarach. Nie smuć się zresztą, loch nie pozostanie po mnie długo pusty. Gdy umrę, inny biedak zajmie moje miejsce i pojawisz się przed nim jak anioł-pocieszyciel. Może będziesz silny, młody i cierpliwy jak ty i będzie mógł ci pomóc w ucieczce, podczas gdy ja ci tylko przeszkadzałem.

Niechże ksiądz mówi. Nie ma żadnej nadziei, odpowiedział faria potrząsając głową, ale mniejsza o to. Bóg, stwarzając człowieka i zakorzeniając w jego sercu tak ogromną miłość do życia, życzy sobie widać, aby człowiek czynił wszystko co możliwe, aby to życie zachować, choćby i trudne, ale zawsze tak cenne. O tak, tak! zawodą tez. I mówię, że uratuję księdza. Dobrze, próbuj więc. Zimno mnie już ogarnia. Czuję, że mi krew napływa do mózgu. Już mną trzęsie to okropne drżenie, które powoduje, że szczękają mi zęby. Kości wydają się pękać. W pięć minut choroba owładnie mną całkiem. Za kwadrans będę już trupem.

– O! – krzyknął Dantes, przepełniony rozpaczą. – Zrobisz tak samo jak poprzednio, tylko nie czekaj tak długo. Wszystkie mechanizmy życia działają już we mnie słabi, a śmierć – dodał Wskazując na sparaliżowane ramię i nogę, będzie miała tylko połowę roboty. Jeżeli wlejesz 12 kropel płynu i przekonasz się, że nie odzyskuje przytomności, wtedy wlej całą resztę. Teraz zanieś mnie na łóżko, bo się nie mogę utrzymać o własnych siłach. Edmund wziął na ręce starca i ułożył go na łóżku. Teraz przyjacielu, rzekł faria, jedyna pociecho mojego nędznego życia Którą mi Bóg zesłał wprawdzie trochę późno, ale jednak zesłał. Ty, mój darze nieoceniony, za który Mu dziękuję, gdy się mam z Tobą rozstać na wieki, życzę Ci szczęścia i dobra wszelkiego, jakiego jesteś godny.

Deontes podniósł głowę i ujrzał, że oczy zachodzą mu czerwienią. Wyglądało to tak, jakby fala krwi sięgnęła mu z piersi na twarz. — Żegnaj, żegnaj! — jęknął Faria z konwulsyjnym drżeniem, chwytając młodzieńca za rękę. — Żegnaj! — Jeszcze nie, jeszcze nie! — zawołał Edmund. — Nie opuszczaj mnie! O Boże, pomóż! Ratunku! Do mnie! — Cicho, cicho! — szeptał konający. — Żeby nas nie rozłączyli, jeżeli mnie ocalisz. — Ach, prawda. O tak, tak. Niech ksiądz będzie spokojny. Uratuję księdza. Zresztą zdaje mi się, że chociaż bardzo ksiądz cierpi, to jednak daleko mniej niż za pierwszym razem.

– Czy nie nosił czasem nazwiska Faria? – zapytał jeden z obecnych. – Tak właśnie. Według tego, co utrzymywał, miało to być bardzo stare nazwisko. Zresztą był to człowiek bardzo uczony i rozumny pod każdym względem, poza jednym, gdy rozprawiał o swoich skarbach. W tej sprawie nie dawało się z nim dogadać. – To jest choroba zwana monomanią – rzekł lekarz. – Nie mieliście nigdy powodu, aby się na niego uskarżać? – zapytał komendant dozorcy, co zwykle przynosił księdzu żywność. – Nigdy, panie komendancie – rzekł dozorca. – Przeciwnie. Nieraz opowiadał mi bardzo ciekawe historie, a gdy razu jednego moja żona była chora, dał mi receptę na lekarstwo, które ją uleczyło.

Pokazano wszystkie 10 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.