Hrabia Monte Christo. 19. Trzeci atak
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Tymczasem, tak jakby los chciał odebrać więźniom ostatnią nadzieję i dowieść im, że są skazani na wieczną niewolę, dosięgło ich nowe nieszczęście. Wyremontowano, bowiem, galerię od strony morza, która od dawna groziła zawaleniem. Ponaprawiano przypory i zatkano ogromnymi głazami jamę, którą Dantes zdążył do połowy zasypać. Gdyby nie to zabezpieczenie, do którego, jak sobie przypominamy, skłonił Dantesa ksiądz, Spotkałoby ich daleko większe nieszczęście. Odkryto by ich zamiar ucieczki i rozłączono więźniów na zawsze. Nowe zatem drzwi, mocniejsze i trudniejsze do pokonania, zatrzasnęły się przed nimi. – Widzi ksiądz teraz, – mówił Edmund z łagodnym smutkiem do fali, – że Bóg nie chce mi nawet przyznać tej zasługi, którą ty nazywasz poświęceniem.
Czasem całe godziny schodziły fali na udzielaniu Edmundowi wskazówek, które mogły mu się przydać po ucieczce. Od dnia, w którym odzyska wolność, od tej godziny, od tej chwili, jedna tylko myśl miała go zajmować. Dostać się na Monte Christo? Pozostać tam samemu pod jakimś pretekstem niebudzącym podejrzeń? A skoro już będzie tam sam jeden, odszukać tajemnicze groty i przeszukać wskazane w testamencie miejsce. Tak upływały godziny, dosyć znośnie, chociaż nie bardzo szybko. Faria nie odzyskał władzy w ręce i nodze, ale wróciła mu zupełnie dawna przenikliwość umysłu. I powoli wdrażał Dantesa w ów pełen cierpliwości i wyrafinowany zawód więźnia, który pozwala zrobić coś z niczego.
Nie śmiał teraz dotykać tej dłoni zwieszonej z łóżka. Nie śmiał patrzeć w te nieruchome, zbielałe oczy, których nie mógł przymknąć, bo same się otwierały. Zgasił lampkę, ukrył ją starannie i uciekł, nasuwając z trudem płytę na otwór nad głową. Zresztą był już czas potem, uzbliżał się dozorca. Tym razem zaczął odwiedziny od celi Dantesa. Następnie miał udać się do lochu Farii ze śniadaniem i z czystą bielizną. Wyszedł. Nic nie wskazywało, że ów człowiek wie, co się tam wydarzyło. Wtedy niewymowna ciekawość ogarnęła Dantesa, by dowiedzieć się, co też się będzie działo w celi nieszczęśliwego księdza. Wczołgał się więc do podkopu i dotarł do jego wylotu w samą porę, by usłyszeć, jak dozorca woła na pomoc.
Wkrótce nadeszli inni dozorcy, potem dały się słyszeć owe ciężkie i jednostajne kroki, tak właściwe żołnierzom, nawet gdy nie są na służbie. Potem nadszedł komendant. Edmund usłyszał skrzypienie łóżka, na którym poruszano ciałem. Słyszał głos komendanta, który rozkazywał oblac księdzu twarz zimną wodą, a widząc, że ten środek nie poskutkował, posłał po lekarza. Komendant wyszedł. Do uszu Dantesa dotarło jeszcze kilka słów współczucia zmieszanych z szyderstwami i ze śmiechami. – No, idźmy już – odezwał się ktoś. – Przecież ten wariat poszedł po swoje skarby szczęśliwej mu drogi. Ale i tak z tymi swoimi milionami nie będzie miał czym zapłacić za trumnę, rzekł drugi.
Ten rozkaz przejął Dątesa drżeniem. Dały się słyszeć szybkie kroki, skrzypienie drzwi, ktoś chodził tam i z powrotem po celi. W chwilę później wszedł klucznik więzienny i oznajmił Oto rozpalone węgla, w nich żelazo. Nastała znowu chwila ciszy. Potem zaskwierczało przypiekane ciało i silny, mdlący odór przeniknął nawet przez mur, za którym Dantes nasłuchiwał z największym przerażeniem. Od tej woni zwęglonego ludzkiego ciała potem zrosiło się czoło młodzieńca, który bliski był już omdlenia. — Widzisz, pan, że nie ma żadnych wątpliwości — rzekł lekarz. Przypalanie pięt jest decydujące. Biedny wariat wyleczył się ze swojego szaleństwa i uwolnił z więzienia.
Pokazano wszystkie 5 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!