Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 19. Trzeci atak

27.07.2025 ·23 min 14 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

Tymczasem, tak jakby los chciał odebrać więźniom ostatnią nadzieję i dowieść im, że są skazani na wieczną niewolę, dosięgło ich nowe nieszczęście. Wyremontowano, bowiem, galerię od strony morza, która od dawna groziła zawaleniem. Ponaprawiano przypory i zatkano ogromnymi głazami jamę, którą Dantes zdążył do połowy zasypać. Gdyby nie to zabezpieczenie, do którego, jak sobie przypominamy, skłonił Dantesa ksiądz, Spotkałoby ich daleko większe nieszczęście. Odkryto by ich zamiar ucieczki i rozłączono więźniów na zawsze. Nowe zatem drzwi, mocniejsze i trudniejsze do pokonania, zatrzasnęły się przed nimi. – Widzi ksiądz teraz, – mówił Edmund z łagodnym smutkiem do fali, – że Bóg nie chce mi nawet przyznać tej zasługi, którą ty nazywasz poświęceniem.

Uniósł mu się na łóżku, z przerażenia oblał go zimny pot, ją nasłuchiwać. Nie było wątpliwości, jęki pochodziły z celi jego towarzysza. — Wielki Boże! — wyszeptał Edmund. — Czyżby to... — odsunął łóżko, odwalił głaz, wczołgał się do tunelu. Gdy dotarł do końca, płyta była podniesiona. W świetle nieforemnej lampy, którą już opisywaliśmy, Edmund ujrzał starca. Stał blady, ciepiając się palcami po ręce łóżka. Jego twarz była zmieniona owymi straszliwymi symptomami choroby, które znał już dobrze, a które go tak przeraziły, że jakby zobaczył je po raz pierwszy. — Cóż, przyjacielu — rzekł Faryas z rezygnacją — rozumiesz, co się dzieje, prawda?

Nie będziesz miał już uczepionego u siebie półtrupa, co ci paraliżuje wszystkie ruchy. Bóg wreszcie chce coś dla ciebie zrobić, daje ci więcej niż odbiera i już czas, żeby umarł. Edmund zdołał tylko załamać ręce i krzyknął. – O, mój przyjacielu, nie mów tak! I wreszcie odzyskując siły osłabione tak nagłym ciosem i odwagę odjętą słowami starca rzekł. Jeśli raz już księdza ocaliłem, ocalej drugi. Podniósł nogę od łóżka i wydobył z niej flakonik, nadal napełniony do jednej trzeciej uzdrawiającym płynem. Proszę, niech ksiądz zobaczy, jeszcze mamy dużo tego zbawiennego płynu. Prędzej, prędzej, niech mi ksiądz mówi, co mam teraz robić. Czy tym razem są jakieś nowe wskazania?

Niechże ksiądz mówi. Nie ma żadnej nadziei, odpowiedział faria potrząsając głową, ale mniejsza o to. Bóg, stwarzając człowieka i zakorzeniając w jego sercu tak ogromną miłość do życia, życzy sobie widać, aby człowiek czynił wszystko co możliwe, aby to życie zachować, choćby i trudne, ale zawsze tak cenne. O tak, tak! zawodą tez. I mówię, że uratuję księdza. Dobrze, próbuj więc. Zimno mnie już ogarnia. Czuję, że mi krew napływa do mózgu. Już mną trzęsie to okropne drżenie, które powoduje, że szczękają mi zęby. Kości wydają się pękać. W pięć minut choroba owładnie mną całkiem. Za kwadrans będę już trupem.

– O! – krzyknął Dantes, przepełniony rozpaczą. – Zrobisz tak samo jak poprzednio, tylko nie czekaj tak długo. Wszystkie mechanizmy życia działają już we mnie słabi, a śmierć – dodał Wskazując na sparaliżowane ramię i nogę, będzie miała tylko połowę roboty. Jeżeli wlejesz 12 kropel płynu i przekonasz się, że nie odzyskuje przytomności, wtedy wlej całą resztę. Teraz zanieś mnie na łóżko, bo się nie mogę utrzymać o własnych siłach. Edmund wziął na ręce starca i ułożył go na łóżku. Teraz przyjacielu, rzekł faria, jedyna pociecho mojego nędznego życia Którą mi Bóg zesłał wprawdzie trochę późno, ale jednak zesłał. Ty, mój darze nieoceniony, za który Mu dziękuję, gdy się mam z Tobą rozstać na wieki, życzę Ci szczęścia i dobra wszelkiego, jakiego jesteś godny.

Błogosławię Cię, Synu. Młodzieniec padł na kolana, opierając głowę o łóżko. Ale posłuchaj jednak tego, co ci w tej ostatniej chwili powiem. Skarb spadów istnieje. Bóg pozwolił teraz, że nie ma dla mnie w tej chwili ani odległości, ani przeszkody. Widzę ten skarb w głębi drugiej groty. Mój wzrok przenika już w głębie ziemi. Razi mnie blask tych bogactw. Jeżeli uwolnisz się stąd, pamiętaj, że stary ksiądz, którego wszyscy mieli za szaleńca, nie był nim. Jedź na Monte Christo. Używaj naszej fortuny, wykorzystaj ją, boś dosyć wycierpiał. Gwałtowne konwulsje przebrały, przerwały mowę starcowi.

Deontes podniósł głowę i ujrzał, że oczy zachodzą mu czerwienią. Wyglądało to tak, jakby fala krwi sięgnęła mu z piersi na twarz. — Żegnaj, żegnaj! — jęknął Faria z konwulsyjnym drżeniem, chwytając młodzieńca za rękę. — Żegnaj! — Jeszcze nie, jeszcze nie! — zawołał Edmund. — Nie opuszczaj mnie! O Boże, pomóż! Ratunku! Do mnie! — Cicho, cicho! — szeptał konający. — Żeby nas nie rozłączyli, jeżeli mnie ocalisz. — Ach, prawda. O tak, tak. Niech ksiądz będzie spokojny. Uratuję księdza. Zresztą zdaje mi się, że chociaż bardzo ksiądz cierpi, to jednak daleko mniej niż za pierwszym razem.

Następnie łóżko znów skrzypnęło pod tym ciężarem. — Zobaczymy się więc wieczorem — rzekł komendant. — Czy będzie msza? — zapytał jeden z oficerów. — Niemożliwe — rzekł komendant. — Kapelan poprosił mnie właśnie wczoraj o urlop na tydzień. Chcę się udać do Hieres. Zaręczyłem mu w imieniu wszystkich naszych więźniów, że nie będzie potrzebny. Biedny ksiądz niepotrzebnie się pospieszył. Miałby swoje rekwiem. — Ach, co tam — odezwał się lekarz z bezbożnością właściwą dla ludzi tego stanu. — Staruszek był przecież duchownym. Bóg będzie miał wzgląd na niego i nie pozwoli, aby piekło cieszyło się złośliwie, że mu przysłano księdza. Ogólny śmiech skwitował ten prymitywny żart. Tymczasem trwało owijanie ciała w całun.

Pokazano wszystkie 8 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.