PETER VON KANT (2022) - recenzja Tomasza Raczka
Moja ocena: 6/10
Ja wiem, że trochę mówię nie na temat, bo ma być recenzja filmu, a ja o strajku scenarzystów mówię, ale ten film, o którym będziemy dzisiaj sobie opowiadali i na którego obejrzenie Państwa namawiam, to jest film o robieniu filmu właśnie, więc ten mój wstęp, ta preambuła do recenzji jest uzasadniona. Dzisiaj chciałem Państwu opowiedzieć o filmie francuskim, bardzo lubianego w Polsce reżysera François Ozona, który robi różne świetne filmy w różnych gatunkach, bo na przykład Osiem Kobiet to był właściwie kryminalny musical, a Basen to już był właściwie thriller, zresztą znakomicie zrobiony.
I zagrany nie bez powodu François Ozon jest tak w Polsce lubiany i popularny. No więc oto on przychodzi z nowym filmem pod tytułem, niepokojąco nie francuskim, PETER VON KANT. I jak już sam akcent, z którym wymawiałem ten tytuł oznacza, dotyczy Niemiec. A właściwie dotyczy niemieckiego reżysera, który się nazywa Peter von Kant. Ale tak naprawdę jest to opowieść o prawdziwym niemieckim reżyserze, no właściwie jednym z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszym twórcą, twórcy kina autorskiego niemieckiego, czyli o Rainer Werner Fassbinderze.
Nie tylko był biseksualny, więc miał partnerki i miał partnerów, nie tylko był bardzo kochliwy, nie tylko miał taki instynkt i taką potrzebę wyszukiwania nowych, fantastycznie uzdolnionych osób i czynienia z nich, Artystów, czynienia z nich gwiazd, czynienia z nich obiektów w swojej adoracji. To jest świetnie pokazane w filmie Ozona, gdzie właśnie Peter Von Kant stara się w ten sposób traktować tego młodego swojego nowego przyjaciela Amira, Amir Ben Salem. Którego przyprowadza do niego jego aktorka, muza, wcześniej grająca w jego filmach Sidonie.
François Ozon taki leciutki, taki deserowy, taka beza, beza filmowa i Fassbinder taka... Taka sałatka ziemniaczana, nazwijmy to tak. Albo wurst taki. No więc ta beza z tym wurstem, jak się połączy, to dziwne rzeczy z tego wychodzą. I tak z tym filmem PETER VON KANT jest właśnie. To znaczy z jednej strony niby oglądamy historię o Fassbinderze i intertekstualnie wiemy, o co chodzi. Wszystko jest jasne. I oczywiście różne smaczki znajdujemy, a kto tam jest, a kto to naprawdę była, jak się nazywał, a z czym się wiąże, a Isabella Gianniacosidoni śpiewa piosenkę, bardzo piękną piosenkę, ale my wiemy, intertekstualnie wiemy, że w innym filmie Fassbindera, który się nazywał Querelle, była już ta piosenka i śpiewała ją Jean Moreau, która tam występowała intertekstualnie, wszystko jest wplecione.
I gdyby ten film był taki, jak ja teraz mówię, to by pewnie państwu się bardziej trochę podobał, tak mi się wydaje. Natomiast Ozon jakoś przykrył tego wursta niemieckiego, tą swoją bezą słodziutką i jedno z drugim się trochę pokłóciło, bo to nie jest ani słodkie, ani nie jest musztardowe. Przypomniało mi się, że przecież Ozon miał w swojej kulturze francuskiej takiego Fassbindera. Toute proportion gardée oczywiście. Nie dosłownie, nie dosłownie, nie dosłownie. To do tych wszystkich, którzy potem łapią za słówka i mówią, a nie, bo tutaj nie było tak, tutaj było trochę inaczej.
Ale najważniejsze w tym porównaniu jest to, że on również tak się zakochiwał w swoich muzach i próbował w tym szaleństwie znaleźć właśnie w ludziach, właśnie w partnerkach swoich napęd do odkrywania kolejnych historii. Tak było z Fassbinderem i tak to prezentuje Ozon. I nie wiem, czy świadomie, czy nieświadomie, ale naprawdę w głowie i w duszy Ozona siedzi Sascha Gittry. I on nawet może nie wie o tym, że on patrzy na Fassbindera oczami Sascha Gittry. I dlatego ten film jest taki dziwny. On mógłby być dużo ciekawszy, on mógłby być przede wszystkim koherentny, czyli tak, że wszystko ze wszystkim pasuje, a tu nie pasuje.
Taka znowu intertekstualność innego rodzaju. Myślę, że Państwo już mniej więcej się orientują jaki to jest film i mniej więcej mogą zdecydować czy to jest film dla Państwa czy nie. Więc teraz mogę już śmiało powiedzieć, że Powiem, co myślę o filmie i ile daję mu punktów. Cały czas nie mam tej mojej misy tybetańskiej, ale przypomniałem sobie, że mam butelkę miedzianą, więc może ona tak trochę przynajmniej zadzwoni a la misa. Uwaga. No, zawsze to coś. Więc to był gong i teraz mogę już powiedzieć, że filmowi Peter Von Kant w reżyserii François Ozona daję 6 na 10.
Tak sobie, tak sobie. Jeszcze zważywszy, że bardzo lubię François Ozona, to jest jeszcze bardziej tak sobie. Myślę, że jednak tu się ten wurst z bezą nie połączył i nie wyszło z tego jedno danie, tylko jednak się one jakoś pokłóciły. I musztarda do bezy jednak nie pasuje. No ale może, może gdyby się jakoś inaczej przyłożyć, może gdyby w innej kolejności dodawać ingrediencje, to może by coś z tego wyszło. A jeśli Państwo jeszcze mają chwilę cierpliwości, to zapraszam na część premium, gdzie opowiem o tym, jak sam się znalazłem w pozycji, tak, Reinera, Wernera, Fassbindera, gdzie się poczułem trochę jak ona, trochę jak Sascha Gittry.
Pokazano wszystkie 8 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Reżyser opowiada o swoim obecności nad Bałtykiem i opisuje widok plażowiczów, a następnie przejmuje temat filmu i streamingu.
Reżyser omawia strajk scenarzystów w Hollywood i jego wpływ na branżę filmową, w tym na system rozliczeń.
Reżyser przedstawia film PETER VON KANT, opisując jego temat i motywację do jego realizacji.
Reżyser opisuje opowieść filmu o Peterze von Kant i Amirze, a także omawia intertekstualne odwołania do filmów Fassbindera.
Tomasz Raczka opowiada o swojej relacji z Hanno, która zakończyła się w przyjaźni.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Moja ocena: 6/10