Mentionsy Mentionsy
TOK FM Select
TOK FM Select

Odcinek 1. Brudne miliony w reklamówkach

16.09.2025 ·40 min 10 s

Anna Sobolewska prowadzi śledztwo wokół prania brudnych pieniędzy w Wólce Kosowskiej. Jej przewodnikiem po największym w tej części Europy azjatyckim centrum handlowym jest były policjant, Jarosław Pieczonka, ps. Majami. Owiany legendą funkcjonariusz, który w latach 90. brał udział w m.in. w rozpracowywaniu "Nikosia", czyli ówczesnego szefa trójmiejskiej mafii, od dawna jest na emeryturze. Ale nie spoczął na laurach. Dostał propozycję pracy od handlujących w Wólce Kosowskiej Wietnamczyków. Jego szefem był człowiek, którego podejrzaną działalność autorka śledziła od dawna, a w swoim reportażu dla "Superwizjera" TVN nazwała bankierem mafii. Jakie zadanie dostał "Majami"? Kim był jego mocodawca i jaki znalazł sposób na transferowanie za granicę gigantycznych sum w gotówce? Posłuchajcie pierwszego odcinka serialu TOK FM, zatytułowanego "Nieświęty".

Margaret Howe wspomina, że M jest dla Petera trudne. Ostatecznie daje nura pod wodę i stamtąd bulgoczy to nieszczęsne M, na którym takiej zależy. A zależy jej, bo chce, żeby Peter witał ją słowami Hello Margaret. Problem w tym, że Peter jest delfinem. Słuchaj podcastu Zbrodnie Lekarzy Dusz. w aplikacji TokFM i na TokFM.pl Wyobraź sobie, że Wietnamczyk zaprasza mnie do siebie do domu na święta. To się stało. To jest największa tego typu sprawa, w której mamy do czynienia z uczestnictwem instytucji w praniu pieniędzy. Nie było większej sprawy związanej z praniem pieniędzy w Polsce. W toku postępowania ustalono, że na terenie Wólki Kosowskiej działały takie nieformalne grupy.

Tych grup można powiedzieć było pięć. To miał być serial o wietnamskiej mafii i nielegalnym handlu, który kosztuje państwo miliardy złotych. Ale śledząc tę sprawę trafiłam na historię, którą chcę wam opowiedzieć w tym podcaście. Niesamowitą opowieść o nim. w tym czarnym płaszczu, z tymi przeraźliwymi oczami. Jak pamiętam wszedł wówczas na to ostatnie nasze spotkanie na uroczystość, to ja się przestraszyłem, bo myślałem, że śmierć idzie jakaś. I rozumiem, że parafianie też. Też. Od trzech lat tropię historię Polaka, który połączył dwa z pozoru odległe światy. Nieuczciwych Azjatów z wulki kosowskiej i oszustów z niszowych kościołów oraz związków wyznaniowych.

Wychodzę z tego spotkania kompletnie zszokowana. Nie nagrałam tej kłótni. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będę kontynuować temat. O żadnym podcaście nie było mowy. Nawet nie podejrzewałam, że historia, którą wam właśnie opowiadam, zaprowadzi mnie ze stolicy azjatyckiego handlu w Polsce, do świata małych kościołów i związków wyznaniowych, do szarlatańskiego ośrodka kąpieli leczniczych dla bogatych Niemców, ekipy filmu nominowanego do Oscara i do mężczyzny, którego życiowe wolty wciągnęły mnie bez reszty. Nad reportażem bankierzy mafii z Wólki Kosowskiej, który został wyemitowany w programie Superwizjer w TVN24, pracowałam trzy lata.

Dla mnie ta historia zaczęła się od samobójczej śmierci Wietnamki w 2018 roku. Kobieta wyskoczyła z okna swojego mieszkania na trzecim piętrze podczas zatrzymania przez funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Z ustaleń prokuratury wynikało, że Hyong zajmowała się praniem brudnych pieniędzy pochodzących z nielegalnego handlu w wulce kosowskiej. Nazwałam ją bankierem mafii, bo według prokuratury jej grupa korumpowała pracowników banków, żeby nie alarmowali żadnych instytucji państwa o podejrzanych wpłatach gotówki z wulki kosowskiej. Tu się zatrzymajmy, bo ta nazwa, Wulka Kosowska, zapewne nie wszystkim jest znana. To podwarszawska wieś, gdzie zbudowano gigantyczny kompleks hal targowych i magazynów, który od lat uchodzi za stolicę azjatyckiego handlu w Polsce.

O tym miejscu krążą już legendy. Media nazywają je polskim Chinatown, jenklawą wietnamskiej mafii. Tak naprawdę jest to miejsce, gdzie można się spotkać z każdym rodzajem przestępczości. O swojej pracy w Wólce Kosowskiej opowiadał mi anonimowo funkcjonariusz Krajowej Administracji Skarbowej. Jego głos został zmieniony na prośbę naszego rozmówcy. Te grupy zajmują się właśnie i handlem ludźmi i tak samo zbieraniem haraczu za to, że ktoś tam inny sprzedaje na wólce swój towar. Zdarzały się narkotyki w miejscach, gdzie robiliśmy nasze kontrole. Spotykamy nielegalne kasyna, gier idą i część tego pieniądza, który zarobili w ciągu dnia, obstawiają i po prostu grają w tych swoich nielegalnych kasynach.

Krajowa Administracja Skarbowa, w skrócie KAS, to służba, która zajmuje się m.in. zwalczaniem szarej strefy. Robi rutynowe kontrole i naloty, ściga nieuczciwych podatników, zarówno drobnych kupców, jak i zorganizowane grupy przestępcze. W dużym uproszczeniu dba o to, by skarb państwa nie był stratny. Nasza rastrefa w Wólce Kosowskiej ma się dobrze. Większość transakcji odbywa się w ogóle poza jakimkolwiek nadzorem, bo nie są wystawiane ani faktury, ani paragony na ten sprzedawany towar. I poprzez to właśnie tutaj budżet traci olbrzymie pieniądze na niepłaconych należnościach podatkowych. Możemy mówić o kwotach w granicach pewnie jakichś 5-10 miliardów rocznie z tytułu nieodprowadzonych podatków z takich właśnie operacji. W wólce kosowskiej kas pojawia się regularnie.

Wlepia kary za brak ksiąg rachunkowych czy faktur, rekwiruje towary. Ale nikt nie ma wątpliwości, że wpadają głównie płotki, drobni sprzedawcy, słupy. Szefowie są bezkarni, bo ich podwładni trzymają język za zębami i nie ujawniają swoich mocodawców. Często nawet ich nie znają. Przez to, że środowisko jest bardzo hermetyczne, to te kontrole są mocno utrudnione. Jakiejkolwiek służbie jest bardzo ciężko gdzieś od wewnątrz zorientować się, jak to wygląda. Oni po prostu są zamknięci sami w sobie poprzez to, że jest ta właśnie ścisła hierarchia i ten, kto jest na dole, wie, że poprzez ciężką pracę za jakiś czas on też będzie mógł gdzieś tam być wyżej i zarabiać. po prostu nie mówi nic na zewnątrz. Efekt jest taki, że KAS, która powinna znać Wólkę Kosowską jak własną kieszeń i aktywnie rozpracowywać tutejsze grupy przestępcze, działa tu trochę po omacku.

Funkcjonariusze przez wiele miesięcy podsłuchiwali rozmowy telefoniczne członków dwóch grup przestępczych, które walczyły ze sobą o kontrolę nad nielegalnym rynkiem w ul. Kosowskiej. Szef pierwszej grupy, Wietnamczyk o imieniu Tai, który nosił przyciętą jak od linijki grzywkę, groził konkurentowi. Ja wczoraj i dziś walczyłem z tamtym kolesiem. Wczoraj powiedziałem mu tak, ja mam jaja, żeby zabić człowieka, a ty ni ch**a nie masz jaj. Skup synu jeden. Ja przecież znam twój bank, numer twojej firmy, konto, więc wystarczy, że pośle parę kwitów w tym k***a ze służb i w ciągu trzech dni przyjadą i cię rozdepczą, zniszczą cię. Będą wiedzieć, jak ty się nazywasz, jakie deale kręcisz, rozumiesz?

Oraz dla kogo i w jaki sposób prał grube miliony z handlu w Wólce Kosowskiej? Z materiałów ABW wynika, że Fu był tzw. bankierem wietnamskich grup przestępczych. To on odpowiadał za legalizowanie gotówki, która przewijała się przez wulkę kosowską. W jaki sposób to robił? Działał w zmowie z pracownikami banków. Banki mają obowiązek raportować o wpłatach gotówki, które opiewają na duże kwoty albo z jakiegokolwiek innego względu wydają im się podejrzane. Taki raport to czerwona lampka, która alarmuje urzędników skarbowych i prokuratorów o możliwych nieprawidłowościach. Fu potrafił jednak dotrzeć do pracowników banków i przekonać ich, żeby nie donosili organom państwa o podejrzanych wpłatach.

Wykorzystywał przy tym fakt, że jego żona była kierowniczką agencji jednego z dużych banków. Jednak mimo tego, że wtedy w 2011 roku ABW nie miała wątpliwości co do jego wiodącej roli w całym procederze, postępowanie zostało umorzone. Z powodu braku dowodów. Gdy zaczynałam pracować nad tym wątkiem, minęło już prawie 10 lat, odkąd ABW nagrała FU, jak walczył o kontrolę nad nielegalnym rynkiem w ul. Kosowskiej. Teoretycznie FU mógł już nawet nie mieszkać w Polsce i zajmować się w życiu czymś zupełnie innym. Przełom nastąpił, gdy znalazłam w mediach społecznościowych jego aktualne zdjęcie z Jarosławem Pieczonką, pseudonim Miami. Miami to były policjant na emeryturze, ale nie taki zwykły gliniarz.

Już w czasie pierwszej rozmowy telefonicznej Miami wspomniał, że pracował w ul. Kosowskiej. Co tam robił? Kto był jego mocodawcą? Jak dobrze poznał fu? Czy wie, gdzie on jest teraz? Wszystkie te pytania zamierzałam zadać Majamiemu na miejscu. W tej podwarszawskiej wsi, gdzie od ponad 20 lat działa największe w Polsce centrum handlowe Azjatów. To on był moim pierwszym przewodnikiem po wulce kosowskiej. Pojechaliśmy tam tylko we dwoje, bez kamer, bo nie chcieliśmy się rzucać w oczy. Chcieliśmy spokojnie pospacerować po wulce i porozmawiać, a kamera nie wszędzie jest tu mile widziana. Musimy zrobić zdjęcie, nie? Tutaj, na wulce. Pewnie.

Okazuje się, że restauracja jest zamknięta. Ja nawet się cieszę, bo zamiast odpoczywać przy zimnych napojach, od razu wyruszymy w głąb wulki kosowskiej. Chcę, żeby Miami pokazał mi jak najwięcej z tego miejsca. Idziemy główną arterią miejscowości. Mijamy sklepy, witryny z wyłożonym towarem i manekinami. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wulka to jest ta jedna ulica i ciągnące się wzdłuż niej sklepy. Nic bardziej mylnego. Wystarczy wejść do wnętrza jednej z hal, żeby stwierdzić, że to prawdziwy labirynt punktów sprzedaży z ubraniami piętrzącymi się na stołach. Cały ten teren, przypominający rozmiarem lotnisko, jest ogrodzony. Pilnują go nowoczesne kamery i ochroniarze.

Słuchaj, mamy całą wulkę tą schodzić, to ja będę padał, nie? Nie no, to wiesz, to jest jeszcze kawałek. Idziemy już prawie godzinę, a końca głównej ulicy nie widać. Żar leje się z nieba. To jest sześć kal jest wietnamskich. O to chodzi, rozumiesz? Gdzie są Wietnamczycy, gdzie oni handlują. I słuchaj, ja się nie znam na handlu, ja nie jestem handlarzem, że handel, na przykład w jednym miejscu są torebki, w drugim miejscu są śrubki, a w trzecim miejscu są słodycze, tak? No pewnie, rozumiem. To jest po prostu, mają te hale i to jest na różnych... powierzchnia, są różne asortymenty. Myślałam, że po tym czasie będziemy się zbliżać do końca wulki, ale okazuje się, że to dopiero początek. Właśnie doszliśmy do chińskiego centrum handlowego, które jest tutaj największe.

No nie dało, no kupisz 100, to wtedy ci sprzedadzą, nie? Wólka Kosowska to nie jest zwykły bazar, gdzie idziesz kupić parę majtek czy butów. Tylko wielka hurtownia, w której handluje się najróżniejszymi towarami sprowadzanymi z Azji. Od ubrań, zabawek, elektroniki, po azjatyckie jedzenie. Tu przyjeżdżają ludzie z całej Polski. Nie tylko z Polski, bo Wólka Kosowska jest największym tego rodzaju centrum w całej Europie Środkowo-Wschodniej. To nie są ilości na kilogramy, tylko na kontenery. Jak ktoś sprzedaje tira zupek chińskich, no to nie bierze za to 2000 zł, tylko 200 tysięcy dolarów. Na przykład, tak? To są takie kwoty, tak? Dobra, czyli handel w sumie na olbrzymią skalę. No, na olbrzymią skalę, no tak. Ale transakcji nie opłaca się kartą czy przelewem.

Preferowana jest gotówka. Oni eksportują, nie wiem, tira, nałóżmy, torebek i ten tir, torebek, oni przychodzą do nich stoiskarze, czy jak to się nazywa, sklepikarze, czy nie wiem, jak to się nazywa, sprzedawcy i oni to kupują, tak? I tyle, no. Okej, rozumiem. Ale bo sprzedawca, który tutaj ma swoje stoisko, jego nie stać na to, żeby kupić tira, torebek, czy tam, nie wiem... zupek chińskich i nie tutaj sprzedawać, bo byłoby mu to najlepiej. I oni na tej marży tam zarabiali. A ponieważ wulka kosowska nie należy do najbezpieczniejszych miejsc, to handlujący tu Wietnamczycy potrzebowali ochroniarza. Miami był idealny do tej roli. Oni powiedzieli tak, że jak ja będę tutaj razem z nimi się pokazywał, to już oni kurwa żadnej ochrony nie będą potrzebowali.

I tak było. Po zakończeniu służby w policji w 2002 roku Miami przeszedł do sektora prywatnego. Pracował dla najbogatszego Polaka, ochraniając jego firmę i rodzinę. Na Oceanie Indyjskim chronił statki przed atakami somalijskich piratów. Tak opowiadał na swoim profilu w mediach społecznościowych. Jest tutaj właśnie kawał Słowacki i tutaj zaczyna się droga pracy operatorskiej, czyli ochroniarskiej, ochrony przed piratami somalijskimi. Witajcie w moim świecie. Tak, to jest mój świat. Na statku. W 2019 roku na pół roku światem Miami'ego stała się wulka kosowska. Właśnie oni mi wtedy powiedzieli, że szukali takiego człowieka jak ja, z byłego policjanta, z byłych służb.

Ale mówimy o takich dwóch, trzech milionach dolarów w gotówce. Tak. 2-3 miliony dolarów w gotówce, czyli ponad 11 milionów złotych, licząc po aktualnym kursie. Miami opowiadał, że duża część tych pieniędzy trafiała najpierw do biura FU w Wólce Kosowskiej, a potem... To było pakowane wszystko i założone tam do walciarza, przerywane na konto i tak dalej. To był kluczowy moment. Wtedy kropki zaczęły się łączyć. Waluciarz to internetowa platforma płatnicza, o której kilka miesięcy wcześniej stało się głośno w związku z wielkim śledztwem prokuratury. Chodziło o najbardziej spektakularną sprawę na szkodę Skarbu Państwa od trzech dekad. Agenci ze stołecznej delegatury Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali 18 osób działających w zorganizowanej grupie przestępczej, która za pomocą platformy płatniczej wytransferowała blisko 9 miliardów złotych.

A dokładnie 8 miliardów 600 milionów złotych. Wiadomość o sukcesie służb, o którym opowiadał Temistokles Brodowski, rzecznik CBA, obiegła media w lutym 2020 roku. Prokuratura i CBA chwaliły się rozbiciem międzynarodowego gangu i szeroko zakrojoną akcją, w której wzięło udział 300 funkcjonariuszy CBA, Straży Granicznej i Żandarmerii Wojskowej. Większość z zatrzymanych 18 osób to byli Wietnamczycy handlujący w Wólce Kosowskiej. Oprócz nich w ręce organów ścigania wpadło też 6 osób związanych z tajemniczą Krajową Instytucją Płatniczą. Media szybko rozszyfrowały, że chodzi o spółkę Waluciarz.pl. To miał być gigantyczny sukces służb.

Przyjmuje się, że miliard w banknotach stuzłotowych waży około 8 ton. Cała ta kwota ważyłaby więc około 68 ton. Ile to walizek, ile reklamówek, ile tirów. Taka góra gotówki mogła rozpalić wyobraźnię. Oczywiście to wszystko nielegalne pieniądze. Nie zapłacono od tego należnych podatków, a Skarb Państwa stracił na tym prawie 2,5 miliarda złotych. Dla mnie najważniejsza była jednak informacja, że wśród tych 18 zatrzymanych osób był bohater mojego reportażu. Fu, o fryzurze Arnolda. Wyglądało na to, że od czasu, kiedy został nagrany przez ABW, nie zwinął biznesu, ale dalej prowadził swoją nielegalną działalność w Wólce Kosowskiej. O kierowanie rozbitą właśnie grupą przestępczą prokuratura oskarżyła zaś prezesa spółki Waluciarz.pl.

Wspomniany prezes to Rafał Paluszkiewicz, który natychmiast wydał oświadczenie, że nigdy nie był członkiem międzynarodowej zorganizowanej grupy przestępczej i nie brał udziału w żadnych nielegalnych operacjach. Zgodził się też na publikację swojego nazwiska. Nie chciał występować jako Rafał P., bo to budzi jednoznacznie złe skojarzenia. Pamiętacie moje spotkanie, które opisałam na początku odcinka? To właśnie on mnie zaprosił i to jego prawnik rozpętał tamtą awanturę. Na to spotkanie poszłam tak pewna siebie nie tylko dlatego, że Paluszkiewicz miał poważne zarzuty prokuratorskie, ale też na własne uszy słyszałam o tym, jak pieniądze z wulki kosowskiej w reklamówkach trafiały do biura waluciarza.

Na tym kończył się mój reportaż z 2021 roku. Nie zamierzałam porzucać tego tematu. Czułam niedosyt. Byłam ciekawa, jak skończy się to spektakularne śledztwo. Czy faktycznie udało się rozpracować i rozbić wietnamską mafię w Wólce Kosowskiej? A może to była tylko jedna z wielu odnóg? Kto dziś gra pierwsze skrzypce w Wólce Kosowskiej? Kim byli pozostali bankierzy? Czy po zamknięciu waluciarza znaleźli nowy sposób legalizowania dochodów? Szybko jednak przekonałam się, że nie będzie mi łatwo odpowiedzieć na te pytania.

Hermetyczność wulki kosowskiej znowu okazała się problemem. A prokuratura nie udzielała żadnych informacji. Próbowałam sprawdzać inne tropy, szukać nowych kontaktów, ale tak naprawdę przez ponad półtora roku kręciłam się w miejscu. Aż w końcu przypomniałam sobie o liście spółek, którą pokazał mi prawnik prezesa waluciarza w czasie feralnego spotkania. Przecież to mogłaby być kopalnia wiedzy i potencjalne źródło nowych informatorów. Sęk w tym, że ich nazwy były dość skomplikowane. Część anglojęzyczna, część to jakieś skrótowce. Zapamiętałam tylko niektóre z nich. Sprawdziłam zarządy.

Pokazano wszystkie 22 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.