Baśnie i bajki polskie - KWIAT PAPROCI.
Co prawda Noc Świętojańska była w tamtym tygodniu, ale że ja w tym czasie skakałam przez ogniska - jakoś tak nie publikuje w punkt. Ale... może i lepiej, bo a nuż ktoś chciałby Kwiat ten magiczny szukać ;)UFFF... przymierzałam się do tej bajki już od dłuższego czasu, bo czytanie staropolskiego (czy prawie staropolskiego) to naprawdę WYZWANIE!Jednocześnie jest to jednak nasze "dziedzictwo" i nie chciałam za bardzo upraszczać, nawet jeżeli wydaje się to zbyt trudne dla dzieciaków.Myślę również, że nieco przywykliście do tego że nie czytam bajek o zbyt uproszczonych formach językowych bo mam takie dziwne (dla niektórych) przekonanie, ze jeżeli chcemy się rozwijać (a dzieci też to dotyczy) to powinniśmy sięgać wyżej, ponad nasz obecny poziom....znowu zrzędzę? xD stara jestem - lubię to! xDMam nadzieję, że mimo wszystko bajka się spodoba, chociaż nie szalałam z ekspresją - a w najgorszym (lub najlepszym) razie - szybko uśpi xDSłowniczek: "Zasromał się" - to staropolskie "zawstydził się": zdecydowanie nie jest już używane, z wiadomych względów, ale nie zmieniałam - fajnie czasami znać dziwne (obecnie) wyrazy ;) P.S. W tle słychać wiatr - nie czyściłam, bo tak jest bardziej naturalnie :)
Pomyśli wtedy sobie choćby najcudowniejszą rzecz. Ziści mu się wnet. Wiadomo także, iż tylko młody może ten kwiat dostać i to rękami czystymi. Stary człowiek choćby nań trafił, to mu się w palcach w próchno rozsypie. Tak ludzie bają, a w każdej baśni jest ziarenko prawdy, choć obwijają ludzie w różne szmatki to jąderko, że często go dopaczyć trudno, ale takie ono jest. I z tym kwiatkiem to jedna pewna, że on nocą świętego Jana zakwita. Pewnego czasu był sobie chłopak, któremu na imię było Jacuś, a we wsi przyzywali go ciekawym, bo zawsze szperał, szukał, słuchał, a co było najtrudniej dostać, on się najgoręcej do tego garnął.
Taką już miał naturę. Co pod nogami znalazł, po co tylko ręką było sięgnąć, to sobie lekce ważył i za nic miał. A o co się musiał dobijać, karku nadłamać, najwięcej mu smakowało. Trafiło się wtedy raz, że gdy wieczorem przy ogniu siedzieli, a on sobie kij kozikiem wyrzynał, chcąc koniecznie psią głowę na nim posadzić, stara Niemczycha, baba okrutnie rozumna, która po świecie bywała i znała wszystko, poczęła opowiadać o tym kwiecie paproci. Ciekawy jacuś słuchał i tak się zasłuchał, że aż mu kij z rąk wypadł, a kozikiem sobie omal palców nie pozażynał.
Niemczycha o kwiecie paproci opowiadała tak, jakby go sama na żywe oczy widziała, choć po jej łachmanach szczęścia nie było znać. Gdy skończyła, Jacuś powiedział sobie, niech się dzieje, co chce, a ja ten kwiat, ten dostać muszę. Dostanę go, bo człowiek, kiedy chce mocno, a powie sobie, że musi to być, zawsze w końcu na swoim postawi. Jacuś to często powtarzał i takie miał głupie przekonanie. Tuż pod wioską, w której stała chata rodzicieli Jacusia z ogrodem i polem, był niedaleko las, a pod nim właśnie obchodzono sobótki. Ognie palono w noc świętojańską.
Powiedział sobie Jacuś, gdy drucy będą przez ogień skakali, I łydki sobie parzyli, pójdę w las, znajdę ten kwiat paproci. Nie uda mi się jednego roku? Pójdę na drugi, na trzeci i będę chodził do puty, aż go wyszukam i zdobędę. Przez kilka miesięcy potem czekał. Czekał na tę noc i o niczym nie myślał tylko o tym. Czas mu się strasznie długi wydawał. Na ostatek nadszedł dzień, zbliżyła się noc, której on tak bardzo wyglądał. Ze wsi wszystko młodzież się wysypała, ognie palić, skakać, śpiewać i zabawiać się. Jazuś się umył, czysto, wdział koszulinę białą, pasik czerwony nowy, łapcie lipowe nienoszone, czapeczkę z pawim piórkiem i jak tylko pora nadeszła, a zmrok zapadł, szmergnął do lasu.
Las stał czarny, głuchy. Nad nim noc ciemna z mrugającymi gwiazdkami, które świeciły, ale tylko sobie, bo z nich ziemi nie było pożytku. Znał Jacuś dobrze drogę w głąb lasu po dniu i jaką ona bywała w poprzedni czas. Teraz, gdy się zapuścił w głąb, osobliwsza rzecz nie mógł ani wiadomej drogi znaleźć, ani drzew rozpoznać. Wszystko było jakieś inne. Pnie drzew zrobiły się ogromnie grube, powalone na ziemię. Kłody powyrastały tak, że ani ich obejść, ani przez nie przeleźć. Krzaki się znalazły gęste, a kolące, jakich tu nigdy nie bywało.
Pokrzywy piekły, osty kąsały. Ciemno choć oczy wykol, a wśród tych mroków gęstych coraz to zaświeci para oczu jakichś i patrzą na niego, jakby go zjeść chciały. A mienią się żółto, zielono, czerwono, biało i nagle migną i gasną. Oczu tych na prawo, na lewo, w dole, na górze pokazywało się mnóstwo, ale Jacuś się ich nie ulągł. Wiedział, że one go tylko nastraszyć chciały i pomrukiwał, że to strachy na lachy. Szedł dalej, ale co to była za ciężka sprawa z tym chodem, to mu kłoda drogę zawaliła, to on przez nią się przewalił. Drapie się, drapie, a gdy na wierzchy wlazł i ma się spuścić, patrzy, a ona się zrobiła taka mała, że mógł ją nogą przystąpić.
Dalej stoi na drodze sosna. W górze końca jej nie ma, dołem pień jak wieża gruby. Idzie wkoło niego, idzie, a gdy obszedł, patrzy, a to patyk, taki cienki, że go na kij wyłamać by można. Zrozumiał wtedy, że to wszystko było zwodnictwo nieczystej siły. Potem stanęły na drodze gąszcze takie, że ani palca wprzecisnąć. Ale Jacuś, jak się rzucił, pchnął, zamachnął, zdusił je, zmiętosił, połamał i przedarł się szczęśliwie. Idzie, aż moczar i błoto. Obejść ani sposób, spróbował nogą grzęźnie, że ani dna dostać. Gdzieniegdzie kępiny wystają, więc on z kępy na kępę.
Jasusiowi serce uderzyło. Rękę wyciągnął i już miał pochwycić kwiat, gdy nie wiedzieć skąd, jak kogut zapiał. Kwiatek otworzył wielkie oko, błysnął nim i zgasnął. Śmiechy się tylko dały słyszeć dokoła, ale czy to liście szemrały tak? Czy się coś śmiało? Czy żraby skrzeczały? Tego Jacuś rozpoznać nie mógł, bo mu się w głowy zawieruszyło. Zaszumiało, nogi jakby kto podciął i zwalił się na ziemię. Potem już nie wiedział, co się z nim stało, aż się znalazł w chacie, na pościeli.
A matka płacząc mówiła mu, że szukając go po lesie, nad ranem półżywego znalazła. Jacuś sobie teraz wszystko dobrze przypomniał, ale do niczego się nie przyznał. Wstyd mu było. Powiedział sobie tylko, że na tym nie koniec. Przyjdzie drugi Święty Jan. Zobaczymy. Przez cały rok tylko o tym dumał, ale żeby się ludzie z niego nie naśmiewali, nikomu nic nie mówił. Znowu tedy umył się czysto, koszulę włożył białą, pasik czerwony, łapcie lipowe nienoszone i gdy drudzy do ognisk szli, on wlazł. Myślał, że znowu mu przyjdzie się przedzierać jak pierwszym razem, aż ten sam las i ta sama droga zrobiły się zupełnie inną.
Nie zawrócił się jednak i nie stracił serca, a szedł dalej. Na ostatek patrzy, świeci z dala ten sam kwiatek. Pięć listków złotych dookoła, w pośrodku oko się obraca jak młyn. Jacuś podbiegł, rękę wyciągnął, znowu kury zapiały i znikło widzenie. Ale już teraz nie padł ani nie omdlał, tylko siadł na kamieniu. Z początku na łzy mu się zbierało, potem gniew z sercu poczuł i zburzyło się w nim wszystko. To trzech razy sztuka zawoło z gniewem. A że zmęczonym się poczuł, położył się między kamienie na mchu i zasnął.
Ledwie oczy zmrużył, gdy mu się marzyć poczęło. Patrzy, stoi przed nim kwiatek o listkach pięciu z oczkiem pośrodku i śmieje się. A co? — Masz już dosyć? — mówi do niego. — Będziesz ty mnie prześladował? — Co mraz powiedział, to się musi stać — mrknął Jacuś. — Na tym nie koniec. Będę cię miał. Jeden listek kwiatka przedłużył się, jak języczek i Jacusiowi się wydawało, jakby mu na przekorę się pokazał. Potem znikło wszystko i spał snem twardym aż do rana. Gdy się obudził, znalazł się w znajomym miejscu na skraju lasu niedaleko od wioski i sam nie wiedział już czy to co wczoraj było snem miał zwać czy jawą.
Nic się już w nim nie mieniło. Ścieżki i drzewa były znajome, żadnego cudowiska nie spotykał, a paproci nigdzie ani na lekarstwo. Ale lżej mu było wiadomymi ścieżkami dostać się daleko, daleko w gąszcze, gdzie pamiętał dobrze, że paprocie rosły. Znalazł je na miejscu, I nóż w nich grzebać, ale kwiatu nigdzie ani śladu. Po jednych łaziły robaki, na drugich spały gąsienice, innych liście były poschłe. Już miał jacuś z rozpaczy porzucić daremne szukanie, gdy tuż pod nogami zobaczył kwiatek. Pięć listków miał złotych, a w środku oko śmiejące.
Wyciągnął rękę i pochwycił go. Zapiekło go jak ogniem. A nie rzucił, trzymał mocno. Kwiat w oczach rosnąć mu poczynał, a taką jasność miał, że jacuś musiał powieki przymknąć, bo go oślepiała. Wcisnął go zaraz za pazuchę, pod lewą rękę, na serce. Wtem głos się odezwał do niego. Wziąłeś mnie? Szczęście to twoje, ale pamiętaj o tym. że kto mnie ma, ten wszystko może, co chce, tylko z nikim i nigdy swoim szczęściem dzielić mu się nie wolno. Jacusiowi tak się w głowie z wielkiej radości zaćmiło, że niewiele na ten głos zważał.
No i ledwie o tym pomyślał, gdy znalazł się u kraju lasu, ale w okolicy zupełnie mu nieznanej. Spojrzawszy sam na siebie, poznać się nie mógł. Ubrany był w suknię z najprzedniejszej sajety, buty miał na nogach ze złotymi podkówkami, pas sadzony, koszulę z najcieńszego śląskiego płótna. Tuż stał powóz, koni białych sześć, w homontach pozłocistych. Służba w galonach, kamerdyna rękę mu podał kłaniając się, wsadził do karety i wio. Jacuś nie wątpił, że do pałacu go wiozą. Jakoż tak się stało. W mgnieniu oka powóz był na ganku, na którym służba liczna czekała.
Tylko ani znajomego nikogo, ani przyjaciela. Twarze wszystkie nieznane, osobliwe, jakby przestraszone i pełne trwogi. Miało za to na co patrzeć, wszedłszy do środka. Strach, co to był za przepych i jaki dostatek. Tylko ptasiego mleka brakło. No, będę teraz używał, mówi Jacuś i, opatrzywszy kąty wszystkie, naprzód poszedł do łóżka, bo go sen brał po tej nocy pracowitej. W puchu jak legł na bieliźnie cieniuśki, przykrywszy się kołdą jedwabną i gdy usnął, sam nie wiedział, ile godzin tam przeleżał.
Obudził się, gdy mu się strasznie jeść zachciało. Stół był zastawiony, gotowy i tak osobliwy, że co ja coś pomyślał, to mu się na półmisku sunęło samo. I jak spał bardzo długo, tak teraz począwszy jeść, a popijać, nie przestał, aż dalej już nie było co wymyślić i smak stracił do jadła. Szedł potem do ogrodu. Cały on był zasadzony takimi drzewami, na których kwiatów było pełno. Razem i owoców. Coraz to nowo odkrywały się widoki. Z jednej strony ogród przypierał do morza, z drugiej do lasu wspaniałego. Środkiem płynęła rzeka. Jacuś chodził, usta otwierał, dziwił się, a najbardziej to mu się wydawało niezrozumiałym, że nigdzie w swojej znajomej okolicy ani tego lasu, z którego wyszedł, ani wioski dopatrzeć nie mógł.
Nie zatęsknił jeszcze za nimi, ale ot tak jakoś chciało mu się wiedzieć, gdzie się one podziały. Wokoło otaczał go świat zupełnie jemu obcy, inny, piękny, wspaniały, ale nie swój. Jakoś mu zaczynało być markotno. Na zawołanie jednak, gdy się ludzie zbiegać zaczęli, a kłaniać mu nisko, a co tylko zażądał spełniać i prawić mu takie słodycze, że po nich tylko się było blizywać, jacuś o wsi rodzinnej, o chacie i rodzicach zapomniał. Na zajutrz zaprowadzono go na żądanie do skarbca, gdzie stosami leżało złoto, srebro, diamenty i takie różne malowane papiery szczególne, za które można było dostać co dusza zapragnęła, choć były zrobione z prostych gałganków, jak każdy papier inny.
Pomyślał sobie Jacuś. Miły Boże, gdybym to ja mógł gaść jedną albo drugą posłać ojcu i matusi, braciom i siostrom, żeby sobie pola przykupili albo chudoby, ale wiedział o tym, że jego szczęście takie było, iż mu się z nikim dzielić nim nie godziło, bo zaraz by wszystko przepadło. Mój miły Boże, rzekł sobie w duchu, Co ja mam się o kogo troszczyć? Albo koniecznie pomagać? Czy to oni rozumuj rąk nie mają? Niechaj każdy sobie idzie i szuka kwiatu, a daje radę, jak może, abym nie dobrze był.
I tak żył sobie jacuś dalej, wymyślając coraz to coś nowego na zabawę. Więc budował coraz nowe pałace, ogród przerabiał, koni siwe mieniał na kasztanowate, a kare na bułane. Posprowadzał dziwów z końca świata. Stroił się w złoto i drogie kamienie. Do stołu mu przywozili przysmaki zza morza. Aż w końcu sprzykrzyło mu się wszystko. Więc po pulpetach jadł surową rzepę, a po jarząbkach schab wieprzowy i kartofle. A i to mu się przyjadło, bo głodu nigdy nie znał. Najgorzej z tym było, że nie miał co robić, bo mu nie wypadało ani siekiery wziąć, ani grabi i rydla. Nudzić się zaczynał wściekle, a na to innej rady nie znał, tylko ludzi męczyć, bo mu robiło jakąś taką rozrywkę, a i ta w końcu mu się uprzykrzyła.
Jacusiowi łzy się z oczu puściły. Wszystko to było takie, jak porzucił przed kilku latami, ale postarzałe, a po tych wspaniałościach, do których nawyk jeszcze mu się nędzniejszym wydawało. Żłób stary przy studni, pieniek, na którym drewka rąbał, wrotka od dziedzińca, dach porosły mchami, drabina przy nim. Stało jak wczoraj. A ludzie? Z chaty wychyliła się stara, przygarbiona niewiasta w zasmolonej koszuli, z obawą spoglądając na powóz, który się przed chatą zatrzymał. Jacuś wysiadł. Spotykając go w podwórku był stary Burek, jeszcze chudszy niż był niegdyś, z sierścią najeżoną.
Szczekał na niego zajadle, przysiadając na tyle i ani myślał poznać. Jacuś postąpił ku chacie. W progu jej, wsparta o uszach drzwi, stała matka wlepiając w niego oczy, ale i ta nie zdawała się w nim swojego rodzonego domyślać. Jacusiowi serce biło wzruszeniem wielkim. — Matuś! — zawołał. — Tatoć ja, wasz Jacek! Na głos ten drgnęła staruszka. Oczy zaczerwienione od dymu i płaczu skierowała ku niemu i stała oniemiała. Potrząsnęła potem głową. – Jacuś, wolne żarty, jaśnie panie. Tamtego już na świecie nie ma.
Gdyby żył, tożby przez laty tyle do biednych rodziców się zgłosił. A gdyby, jak wy, wszystko opływał, z głodu nie dałby im umrzeć. Pokiwała głową i uśmiechnęła się szydersko. — Dzietem, dzietem — rzekła. — Jacuś mój miał serce poczciwe i nie chciałby nawet szczęścia, z którym by się nie mógł podzielić ze swoimi. Zasromał się mocno Jacuś, oczy spuścił. Kieszenie miał pełniuteńkie złota, ale całą ręką sięgnął, aż by garść jego rzucić w fartuch matce. To strach go brał wszystko razem utracić. I stał tak, stał upokorzony, a staruszka na niego spoglądała.
W progu pokazał się w koszulinie najmłodszy brat jego Maciek. – A Matuś gdzie? – zapytał przybyły. – Chorzy leżą – rzekł malec, zdychając. A tatuś? Na mogiełkach. Choć Burek mało go zapięty, nie chwytał wszedł Jacuś do chaty. Stara matka stękając leżała w kątku na łóżeczku. Podszedł do niej Jacuś, popatrzyła nań i nie poznała. Mówić jej było trudno, a on o nic pytać nie śmiał. Serce mu się krajało. Już sięgnął do kieszeni, aby złotem sypnąć na ławę, ale dłoń mu się ścisnęła. Strach go paskudny ogarnął, że własne szczęście utraci.
Niegodziwy Jacuś począł mędrkować. Stare już się niewiele na świecie należy, a ja młody. Ono się długo męczyć nie będzie, a przede mną życie, świat, panowanie. I wyrwał się z chaty do powozu, a z nim do pałacu, ale przybywszy tu zamknął się i płakał. Pod żelaznym pancerzem na piersiach, który włożył na nie kwiat paproci, związane i skrępowane budziło się sumienie i gryzło mu wewnątrz serce. Więc kazał kapeli grać, a dwornym skakać i pić zaczął, aby je zagłuszyć. Chwilami zdawało się, że już go nie słychać, a potem, jak wrzasło, Jatoś o mało nie oszalał.
Ale na zajucz i dni następnych, ani na moment nie spoczywając, dużył się ciągle czymś. Latał, jeździł, strzelał, słuchał wrzasków różnych. Jadł, pił, hulał. Nic nie pomagało. W uszach ponad wszystkie wrzaski brzmiało. Nie ma szczęścia dla człowieka, jeżeli się nim z drugim podzielić nie może. Rok nie upłynął, aż jacoś wyschł jak szczypa, wyszyłkł jak wosk. I w tym swoim dostatku i szczęściu męczył się, nie do zniesienia. W końcu po jednej nocy bezsennej, nakładszy złota w kieszenie, kazał się wjeść do chaty. Miał to postanowienie, choćby wszystko stracił, a matkę i rodzeństwo poratować.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Podróż Jacusia w poszukiwaniu kwiatu paproci, który daje szczęście.
Wybrałam Shopify, ponieważ na tle konkurencji była to jedna z najbardziej przyjaznych dla użytkownika opcji.
Jacuś próbuje znowu, ale kury zapiewają i kwiat znika.
Jacuś ma sen, w którym kwiat paproci daje mu niezwykłe szczęście.
Jacuś dostaje się do pałacu, gdzie jest szczęśliwy, ale zaczyna tęsknić do domu.
Jacuś wraca do wioski, ale tam nie ma już rodziców ani chaty.
Jacuś zniknie z powrotem do świata szczęścia, ale z kimś innym.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
„Wybrałam Shopify, ponieważ na tle konkurencji była to jedna z najbardziej przyjaznych dla użytkownika opcji."
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Co prawda Noc Świętojańska była w tamtym tygodniu, ale że ja w tym czasie skakałam przez ogniska - jakoś tak nie publikuje w punkt. Ale... może i lepiej, bo a nuż ktoś chciałby Kwiat ten magiczny szukać ;)
UFFF... przymierzałam się do tej bajki już od dłuższego czasu, bo czytanie staropolskiego (czy prawie staropolskiego) to naprawdę WYZWANIE!
Jednocześnie jest to jednak nasze "dziedzictwo" i nie chciałam za bardzo upraszczać, nawet jeżeli wydaje się to zbyt trudne dla dzieciaków.
Myślę również, że nieco przywykliście do tego że nie czytam bajek o zbyt uproszczonych formach językowych bo mam takie dziwne (dla niektórych) przekonanie, ze jeżeli chcemy się rozwijać (a dzieci też to dotyczy) to powinniśmy sięgać wyżej, ponad nasz obecny poziom.
...znowu zrzędzę? xD stara jestem - lubię to! xD
Mam nadzieję, że mimo wszystko bajka się spodoba, chociaż nie szalałam z ekspresją - a w najgorszym (lub najlepszym) razie - szybko uśpi xD
Słowniczek:
"Zasromał się" - to staropolskie "zawstydził się": zdecydowanie nie jest już używane, z wiadomych względów, ale nie zmieniałam - fajnie czasami znać dziwne (obecnie) wyrazy ;)
P.S. W tle słychać wiatr - nie czyściłam, bo tak jest bardziej naturalnie :)