Mentionsy Mentionsy
Słuchanocki
Słuchanocki

Baśnie i bajki polskie - KWIAT PAPROCI.

30.06.2024 ·31 min 22 s · 7 rozdziałów · 1 sponsor

Co prawda Noc Świętojańska była w tamtym tygodniu, ale że ja w tym czasie skakałam przez ogniska - jakoś tak nie publikuje w punkt. Ale... może i lepiej, bo a nuż ktoś chciałby Kwiat ten magiczny szukać ;)UFFF... przymierzałam się do tej bajki już od dłuższego czasu, bo czytanie staropolskiego (czy prawie staropolskiego) to naprawdę WYZWANIE!Jednocześnie jest to jednak nasze "dziedzictwo" i nie chciałam za bardzo upraszczać, nawet jeżeli wydaje się to zbyt trudne dla dzieciaków.Myślę również, że nieco przywykliście do tego że nie czytam bajek o zbyt uproszczonych formach językowych bo mam takie dziwne (dla niektórych) przekonanie, ze jeżeli chcemy się rozwijać (a dzieci też to dotyczy) to powinniśmy sięgać wyżej, ponad nasz obecny poziom....znowu zrzędzę? xD stara jestem - lubię to! xDMam nadzieję, że mimo wszystko bajka się spodoba, chociaż nie szalałam z ekspresją - a w najgorszym (lub najlepszym) razie - szybko uśpi xDSłowniczek: "Zasromał się" - to staropolskie "zawstydził się": zdecydowanie nie jest już używane, z wiadomych względów, ale nie zmieniałam - fajnie czasami znać dziwne (obecnie) wyrazy ;) P.S. W tle słychać wiatr - nie czyściłam, bo tak jest bardziej naturalnie :)

0:07 · Shopify 10

Wszystkie narzędzia potrzebne do analizy sprzedaży, np. do planowania zapasów, są dostępne bezpośrednio na pulpicie. Uruchom darmową wersję próbną na Shopify.com. BAJKI I BAŚNIE POLSKIE Józef Ignacy Kraszewski Kwiat paproci Od wieków wiecznych wszystkim wiadomo, a szczególnie i starym babusiom, które o tym szeroko, a dużo opowiadają wieczorem przy kominie, gdy się nad nim drzewka jasno palą i wesoło potrzaskują, że nocą świętego Jana, która najkrótsza jest w całym roku, kwitnie paproć.

Pomyśli wtedy sobie choćby najcudowniejszą rzecz. Ziści mu się wnet. Wiadomo także, iż tylko młody może ten kwiat dostać i to rękami czystymi. Stary człowiek choćby nań trafił, to mu się w palcach w próchno rozsypie. Tak ludzie bają, a w każdej baśni jest ziarenko prawdy, choć obwijają ludzie w różne szmatki to jąderko, że często go dopaczyć trudno, ale takie ono jest. I z tym kwiatkiem to jedna pewna, że on nocą świętego Jana zakwita. Pewnego czasu był sobie chłopak, któremu na imię było Jacuś, a we wsi przyzywali go ciekawym, bo zawsze szperał, szukał, słuchał, a co było najtrudniej dostać, on się najgoręcej do tego garnął.

Powiedział sobie Jacuś, gdy drucy będą przez ogień skakali, I łydki sobie parzyli, pójdę w las, znajdę ten kwiat paproci. Nie uda mi się jednego roku? Pójdę na drugi, na trzeci i będę chodził do puty, aż go wyszukam i zdobędę. Przez kilka miesięcy potem czekał. Czekał na tę noc i o niczym nie myślał tylko o tym. Czas mu się strasznie długi wydawał. Na ostatek nadszedł dzień, zbliżyła się noc, której on tak bardzo wyglądał. Ze wsi wszystko młodzież się wysypała, ognie palić, skakać, śpiewać i zabawiać się. Jazuś się umył, czysto, wdział koszulinę białą, pasik czerwony nowy, łapcie lipowe nienoszone, czapeczkę z pawim piórkiem i jak tylko pora nadeszła, a zmrok zapadł, szmergnął do lasu.

Dalej stoi na drodze sosna. W górze końca jej nie ma, dołem pień jak wieża gruby. Idzie wkoło niego, idzie, a gdy obszedł, patrzy, a to patyk, taki cienki, że go na kij wyłamać by można. Zrozumiał wtedy, że to wszystko było zwodnictwo nieczystej siły. Potem stanęły na drodze gąszcze takie, że ani palca wprzecisnąć. Ale Jacuś, jak się rzucił, pchnął, zamachnął, zdusił je, zmiętosił, połamał i przedarł się szczęśliwie. Idzie, aż moczar i błoto. Obejść ani sposób, spróbował nogą grzęźnie, że ani dna dostać. Gdzieniegdzie kępiny wystają, więc on z kępy na kępę.

Co stąpi na którą, to mu się ona spod stupy wysuwa, ale jak począł biec, dostał się na drugą stronę błota. Patrzy za siebie, aż kępiny wyglądają, gdyby ludzkie głowy z błota i śmieją się. Dalej już, choć klęto i bez drogi, szło mu się łatwiej. Tylko się tak obłąkał, że gdyby mu przyszło powiedzieć, którędy nazad do wsi, już by nie umiał rozpoznać, w której stronie leżała. Wtem patrzy, przed nim ogromny krzak paproci, ale taki jak dąb najstarszy. A na jednym liściu jego u spodu świeci się, gdyby brylant, kwiatuszek, jak przylepiony. Pięć w nim listków złotych, w środku zaś oko śmiejące się, a tak obracające ciągle jak muńskie koło.

Jasusiowi serce uderzyło. Rękę wyciągnął i już miał pochwycić kwiat, gdy nie wiedzieć skąd, jak kogut zapiał. Kwiatek otworzył wielkie oko, błysnął nim i zgasnął. Śmiechy się tylko dały słyszeć dokoła, ale czy to liście szemrały tak? Czy się coś śmiało? Czy żraby skrzeczały? Tego Jacuś rozpoznać nie mógł, bo mu się w głowy zawieruszyło. Zaszumiało, nogi jakby kto podciął i zwalił się na ziemię. Potem już nie wiedział, co się z nim stało, aż się znalazł w chacie, na pościeli.

A matka płacząc mówiła mu, że szukając go po lesie, nad ranem półżywego znalazła. Jacuś sobie teraz wszystko dobrze przypomniał, ale do niczego się nie przyznał. Wstyd mu było. Powiedział sobie tylko, że na tym nie koniec. Przyjdzie drugi Święty Jan. Zobaczymy. Przez cały rok tylko o tym dumał, ale żeby się ludzie z niego nie naśmiewali, nikomu nic nie mówił. Znowu tedy umył się czysto, koszulę włożył białą, pasik czerwony, łapcie lipowe nienoszone i gdy drudzy do ognisk szli, on wlazł. Myślał, że znowu mu przyjdzie się przedzierać jak pierwszym razem, aż ten sam las i ta sama droga zrobiły się zupełnie inną.

Wysmukłe sosny i dęby stały porozstawiane szeroko, na gałym polu kamieniami posianym. Od jednego drzewa do drugiego iść było potrzeba. Iść i choć zdawało się tuż blisko, nie mógł dojść, jakby uciekały od niego. A kamienie ogromne mchem całe porosły, śliskie, choć leżały nieruchome, jakby z ziemi wyrastały. Pomiędzy nimi paproci stało różnej, małej, dużej, jak zasiał, ale kwiatu na żadnej. Z początku paproci było po kostki, potem do kolan, aż w pas, dalej po szyję i utonął w niej nareszcie, bo go przerosła. Słuchanocki

Nie zawrócił się jednak i nie stracił serca, a szedł dalej. Na ostatek patrzy, świeci z dala ten sam kwiatek. Pięć listków złotych dookoła, w pośrodku oko się obraca jak młyn. Jacuś podbiegł, rękę wyciągnął, znowu kury zapiały i znikło widzenie. Ale już teraz nie padł ani nie omdlał, tylko siadł na kamieniu. Z początku na łzy mu się zbierało, potem gniew z sercu poczuł i zburzyło się w nim wszystko. To trzech razy sztuka zawoło z gniewem. A że zmęczonym się poczuł, położył się między kamienie na mchu i zasnął.

Ledwie oczy zmrużył, gdy mu się marzyć poczęło. Patrzy, stoi przed nim kwiatek o listkach pięciu z oczkiem pośrodku i śmieje się. A co? — Masz już dosyć? — mówi do niego. — Będziesz ty mnie prześladował? — Co mraz powiedział, to się musi stać — mrknął Jacuś. — Na tym nie koniec. Będę cię miał. Jeden listek kwiatka przedłużył się, jak języczek i Jacusiowi się wydawało, jakby mu na przekorę się pokazał. Potem znikło wszystko i spał snem twardym aż do rana. Gdy się obudził, znalazł się w znajomym miejscu na skraju lasu niedaleko od wioski i sam nie wiedział już czy to co wczoraj było snem miał zwać czy jawą.

13:49 · Próba i porażka 1

Powróciwszy do chaty zmęczonym się tylko czuł tak, że położyć się musiał i Matuś mówiła mu, że wyglądał jak z krzyża zdjęty. Przez cały rok, nic nie mówiąc nikomu, myślał ciągle, jakby tego dokazać, żeby kwiat dostać. Nie mógł jednak nic wydumać, trzeba było spuścić się na szczęście swoje i na dole lub nie dole. Wieczorem znowu koszulę wziął białą, pasik czerwony, łapcie nienoszone i choć go matka nie puszczała, jak tylko ściemniało pobiegł do lasu. Stała się znowu inna rzecz. Las był taki jak zawsze, po spolitych dni.

15:53 · Śnienie i marzenia 6

Wyciągnął rękę i pochwycił go. Zapiekło go jak ogniem. A nie rzucił, trzymał mocno. Kwiat w oczach rosnąć mu poczynał, a taką jasność miał, że jacuś musiał powieki przymknąć, bo go oślepiała. Wcisnął go zaraz za pazuchę, pod lewą rękę, na serce. Wtem głos się odezwał do niego. Wziąłeś mnie? Szczęście to twoje, ale pamiętaj o tym. że kto mnie ma, ten wszystko może, co chce, tylko z nikim i nigdy swoim szczęściem dzielić mu się nie wolno. Jacusiowi tak się w głowie z wielkiej radości zaćmiło, że niewiele na ten głos zważał.

A co mi tam, rzekł w duchu, byle mnie na świecie dobrze było. Począł zaraz, że mu ów kwiat do ciała przylgnął i w serce zapuścił korzonki. Ucieszył się z tego bardzo, bo się nie obawiał, że mu ucieknie albo mu go odbiorą. Z czapeczką na bakier, podśpiewując, powracał nazad. Droga przed nim świeciła jak pas srebrny. Drzewa się ustępowały, krzaki odchylały, kwiaty, które mijał, kłaniały mu się do ziemi. Z głową podniesioną stąpał i tylko roił, czego ma żądać. Zachciało mu się naprzód pałacu, wioski ogromnej, służby licznej i strasznego państwa.

Tylko ani znajomego nikogo, ani przyjaciela. Twarze wszystkie nieznane, osobliwe, jakby przestraszone i pełne trwogi. Miało za to na co patrzeć, wszedłszy do środka. Strach, co to był za przepych i jaki dostatek. Tylko ptasiego mleka brakło. No, będę teraz używał, mówi Jacuś i, opatrzywszy kąty wszystkie, naprzód poszedł do łóżka, bo go sen brał po tej nocy pracowitej. W puchu jak legł na bieliźnie cieniuśki, przykrywszy się kołdą jedwabną i gdy usnął, sam nie wiedział, ile godzin tam przeleżał.

Obudził się, gdy mu się strasznie jeść zachciało. Stół był zastawiony, gotowy i tak osobliwy, że co ja coś pomyślał, to mu się na półmisku sunęło samo. I jak spał bardzo długo, tak teraz począwszy jeść, a popijać, nie przestał, aż dalej już nie było co wymyślić i smak stracił do jadła. Szedł potem do ogrodu. Cały on był zasadzony takimi drzewami, na których kwiatów było pełno. Razem i owoców. Coraz to nowo odkrywały się widoki. Z jednej strony ogród przypierał do morza, z drugiej do lasu wspaniałego. Środkiem płynęła rzeka. Jacuś chodził, usta otwierał, dziwił się, a najbardziej to mu się wydawało niezrozumiałym, że nigdzie w swojej znajomej okolicy ani tego lasu, z którego wyszedł, ani wioski dopatrzeć nie mógł.

Nie zatęsknił jeszcze za nimi, ale ot tak jakoś chciało mu się wiedzieć, gdzie się one podziały. Wokoło otaczał go świat zupełnie jemu obcy, inny, piękny, wspaniały, ale nie swój. Jakoś mu zaczynało być markotno. Na zawołanie jednak, gdy się ludzie zbiegać zaczęli, a kłaniać mu nisko, a co tylko zażądał spełniać i prawić mu takie słodycze, że po nich tylko się było blizywać, jacuś o wsi rodzinnej, o chacie i rodzicach zapomniał. Na zajutrz zaprowadzono go na żądanie do skarbca, gdzie stosami leżało złoto, srebro, diamenty i takie różne malowane papiery szczególne, za które można było dostać co dusza zapragnęła, choć były zrobione z prostych gałganków, jak każdy papier inny.

Pomyślał sobie Jacuś. Miły Boże, gdybym to ja mógł gaść jedną albo drugą posłać ojcu i matusi, braciom i siostrom, żeby sobie pola przykupili albo chudoby, ale wiedział o tym, że jego szczęście takie było, iż mu się z nikim dzielić nim nie godziło, bo zaraz by wszystko przepadło. Mój miły Boże, rzekł sobie w duchu, Co ja mam się o kogo troszczyć? Albo koniecznie pomagać? Czy to oni rozumuj rąk nie mają? Niechaj każdy sobie idzie i szuka kwiatu, a daje radę, jak może, abym nie dobrze był.

21:37 · Nowa życie 2

Upłynął tak rok i drugi. Wszystko miał, czego dusza zapragnęła, a szczęście mu się wydawało czasem tak głupie, że mu życie brzydło. Najwięcej go teraz gnębiła tęsknota do wioski swojej, do chaty i rodziców, żeby ich choć zobaczyć, choć dowiedzieć się, co się tam z nimi dzieje. Matkę kochał bardzo, a jak ją wspominał, serce mu się ściskało. Jednego dnia zabrało mu się na odwagę wielką i siadłszy do powozu pomyślał, aby się znalazł we wsi przed chatą rodziców. Natychmiast konie ruszyły, leciały jak wiatr i nie opatrzył się, gdy zatrzymały się przed znanym mu dobrze podwórkiem.

Jacusiowi łzy się z oczu puściły. Wszystko to było takie, jak porzucił przed kilku latami, ale postarzałe, a po tych wspaniałościach, do których nawyk jeszcze mu się nędzniejszym wydawało. Żłób stary przy studni, pieniek, na którym drewka rąbał, wrotka od dziedzińca, dach porosły mchami, drabina przy nim. Stało jak wczoraj. A ludzie? Z chaty wychyliła się stara, przygarbiona niewiasta w zasmolonej koszuli, z obawą spoglądając na powóz, który się przed chatą zatrzymał. Jacuś wysiadł. Spotykając go w podwórku był stary Burek, jeszcze chudszy niż był niegdyś, z sierścią najeżoną.

25:13 · Zwrot do domu 6

Gdyby żył, tożby przez laty tyle do biednych rodziców się zgłosił. A gdyby, jak wy, wszystko opływał, z głodu nie dałby im umrzeć. Pokiwała głową i uśmiechnęła się szydersko. — Dzietem, dzietem — rzekła. — Jacuś mój miał serce poczciwe i nie chciałby nawet szczęścia, z którym by się nie mógł podzielić ze swoimi. Zasromał się mocno Jacuś, oczy spuścił. Kieszenie miał pełniuteńkie złota, ale całą ręką sięgnął, aż by garść jego rzucić w fartuch matce. To strach go brał wszystko razem utracić. I stał tak, stał upokorzony, a staruszka na niego spoglądała.

Poza nią zbierało się rodzeństwo, pokazała się głowa ojca. Jacusiowi serce miękło, ale jak spojrzał na swój powóz, konie, ludzi, a pomyślał o pałacu, znowu stwardniało i czuł, że kwiat paproci leżał na nim jak pancerz żelazny. Odwrócił się od starej matki, nie mówiąc słowa, nie patrząc. Wolnym krokiem poszedł, słysząc tylko za sobą wściekłe ujadanie burka. Siadł do powozu i kazał jechać na powrót do raju. Ale co się w nim i z nim działo, tego żaden język nie wypowie, żadne pióro nie opisze. Słowa starej matki, że nie ma szczęścia dla człowieka, jeżeli się z nim dzielić nie może, brzmiały mu w uszach jak przekleństwo.

Powróciwszy do pałacu, kazał kapeli grać, panom swoim tańcować, zostawić stoły, upił się nawet trochę. Kilku ludzi kazało ćwiczyć, ale to wszystko nie pomogło. Pozostał bardzo markotnym. Przez cały rok, choć jak zwykle we wszystko opływał, w gębie mu czegoś było gorzko, a w sercu jakby kamień dźwigał. Nie mógł w końcu wytrzymać. Po roku znowu pojechał do wsi swojej i chaty. Spojrzał wszystko jak było. Żłób, pienie, gdach, drabina, wrota i burek z sierścią najeżoną. Ale stara matka nie wyszła.

Niegodziwy Jacuś począł mędrkować. Stare już się niewiele na świecie należy, a ja młody. Ono się długo męczyć nie będzie, a przede mną życie, świat, panowanie. I wyrwał się z chaty do powozu, a z nim do pałacu, ale przybywszy tu zamknął się i płakał. Pod żelaznym pancerzem na piersiach, który włożył na nie kwiat paproci, związane i skrępowane budziło się sumienie i gryzło mu wewnątrz serce. Więc kazał kapeli grać, a dwornym skakać i pić zaczął, aby je zagłuszyć. Chwilami zdawało się, że już go nie słychać, a potem, jak wrzasło, Jatoś o mało nie oszalał.

Ale na zajucz i dni następnych, ani na moment nie spoczywając, dużył się ciągle czymś. Latał, jeździł, strzelał, słuchał wrzasków różnych. Jadł, pił, hulał. Nic nie pomagało. W uszach ponad wszystkie wrzaski brzmiało. Nie ma szczęścia dla człowieka, jeżeli się nim z drugim podzielić nie może. Rok nie upłynął, aż jacoś wyschł jak szczypa, wyszyłkł jak wosk. I w tym swoim dostatku i szczęściu męczył się, nie do zniesienia. W końcu po jednej nocy bezsennej, nakładszy złota w kieszenie, kazał się wjeść do chaty. Miał to postanowienie, choćby wszystko stracił, a matkę i rodzeństwo poratować.

Niech się już dzieje, co chce, mówił. Niech ginę. Dłużej z tym robakiem w pierwszej żyć nie mogę. Stanęły konie przed chatą. Wszystko to było jak przedtem. Żłób starył, studni, pieniek, dach, drabina, ale w progu chaty żywej duszy nie było. Jezus pobiegł do drzwi, stały kołkiem podparte. Zajrzał przez okno. Chata była pusta. Wtem żebrak stojący u płota wołać na nie zaczął. A czego tam szukacie, jasne panie? Chata pusta. Wszystko w niej wymarło z biedy, z głodu i choroby. Jakby skamieniało stał ów szczęśliwiec u progu. Stał. Stał.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.