Mentionsy Mentionsy
Rynek Krakowski
Rynek Krakowski

Jak NAPRAWDĘ Działają Media Publiczne. DEMASKUJEMY

26.10.2025 ·27 min 40 s · 1 rozdział · 1 sponsor

Grzegorz Krzywak pracował w Radiu Kraków przez kilka lat. W tym materiale pokazuje, jak naprawdę funkcjonują media publiczne od środka: kto rozdaje karty, jak wygląda „misja”, skąd biorą się naciski i dlaczego większość trudnych tematów kończy się słowem „NIESNASKI”. To NIE SĄ domysły i spekulacje. To opowieść kogoś, kto był tam, gdzie zapadają decyzje. Kulisy, mechanizmy i codzienne rytuały tego „urządowo-medialnego” świata. Jeżeli ktoś myśli, że media publiczne działają „dla ludzi” - to MUSI ZOBACZYĆ ten materiał do końca.

Media publiczne po 1989 roku tak bardzo nas nie raziły. Dlaczego? No bo poprzeczka postawiona przez dziennik telewizyjny nie była najwyższa. Cokolwiek by nie puszczono po tej komunistycznej propagandzie, wyglądało nowocześnie. Druga rzecz jest taka, że nie było punktów odniesienia. To znaczy, ja pamiętam jak w latach dziewięćdziesiątych była Jedynka, Dwójka, Telewizja Kraków i Rajuno. Dopiero po jakimś czasie powstała Telewizja Polsat, powstał TVN, które były jakimiś tam punktami odniesienia. Moim zdaniem obnażenie mediów publicznych posiadało dwa punkty zwrotne. Pierwszy punkt zwrotny to wejście Internetu, a konkretniej mediów społecznościowych.

Albo zniesmaczeni. Innego wyjścia nie było. Zresztą krąży miejska legenda, że np. wiadomości TVP robiono w taki sposób, aby podobały się one Jarosławowi Kaczyńskiemu. Między innymi dlatego brano Danutę Holecką, ponieważ lubił ją właśnie Jarosław Kaczyński. I teraz przechodzimy do mojej historii. Do mojej historii pracy w Radio Kraków. Bo w Radiu Kraków, w którym pracowałem przez kilka ładnych lat, także było tak, że robiliśmy takie programy, takie materiały, nie żeby podobały się naszym słuchaczom, ale żeby podobały się Prezesowi. Czym jest Radio Kraków?

Czy, jak wolicie, wiadro flaków? No to jest taki konglomerat urzędowo-medialny. Bo to jest niby medium, ale tak naprawdę to jest urząd. Cykl życia. Radia Kraków, czyli medium publicznego, wygląda mniej więcej tak, że albo wygrywa PiS, albo wygrywa Platforma. I od tego, w którą stronę ta wajcha się przesuwa, zależy późniejsze życie pracowników Radia Kraków. Czyli jeśli wygrywają jedni, No to zwolennicy tych pierwszych, tych jednych, którzy wygrali, dostają dobre stanowiska, dostają programy w najlepszym czasie, dostają takie stanowiska, gdzie nie trzeba się przemęczać, bo to w Radio Kraków jest najważniejsze, ale do tego zaraz dojdziemy. Natomiast ci, którzy są nieprzychylni władzy, która akurat wygrywa, chowają się pod kamieniami i czekają na zmianę.

I gdy są schowani pod tymi kamieniami, No to jedyne co robią, no to pozorują pracę i podkładają nogę tym pierwszym, czekając na zmianę, aż przyjdą drudzy. A kiedy przychodzą ci drudzy? No to wychodzą spod kamienia ci, którzy czekali na drugich, a ci, którzy byli na dobrych stanowiskach w czasie rządów pierwszych, chowają się pod te same kamienie i podkładają nogę tym pierwszym, czy w tym wypadku drugim. Wiecie o co chodzi. Po prostu cykl. Jak po ryroku. Często mówi się, że media publiczne mają misje. Tak, ja to potwierdzam, mają misję, tylko że ta misja na papierze różni się od tej misji, którą ja zaobserwowałem w czasie długich lat pracy w Radio Kraków.

To znaczy, moim zdaniem, misja tych wszystkich ludzi, którzy tam siedzą, dziesiątek ludzi, którzy tam siedzą, jest jedna. Nie narobić się i się nie narazić. Tak, to jest misja mediów publicznych i już Wam wyjaśniam dlaczego. Newsroom Radia Kraków, czyli ci dziennikarze, ci reporterzy, którzy są na pierwszym froncie, tacy górnicy przodowi tej kopalni zwanej Radiem Kraków, Są to najczęściej młodzi ludzie, którzy przychodzą i marzą o tym, żeby być Moniką Olejnik, Piotrem Kraśko i myślą, że trzymanie mikrofonu z kostką jakiegoś medium wlewa rozum do głowy. Ci młodzi ludzie, za moich czasów, myślę, że teraz się nic nie zmieniło, tym bardziej, że znów zarządza wybitny menadżer Marcin Pulit, no nie zarabiali tam kokosów.

Oj nie. Zresztą, żeby dostać pół etatu, nie mówiąc o całym etacie, no to trzeba było się narobić. Ja na początku byłem jakimś praktykantem, potem dawali mi jakąś umowę śmieciówkę. Zresztą w ogóle za Pulita było oczywiście samozatrudnienie, żeby przypadkiem pracownicy nie czuli się pewnie, więc żeby dostać pół etatu czy etat, no to to jest droga krzyżowa. No chyba, że jesteś namaszczony i polecony przez jakiegoś polityka, no to wtedy jest łatwiej. No ale ja i moi koledzy z newsroomu raczej nie byliśmy namaszczeni, więc musieliśmy dostawać mało na kiepskich warunkach. No i wyobraźcie sobie sytuację, kiedy przychodzicie rano na zebranie, dostajecie śmieszne, nędzne pieniądze i macie do zrobienia trudny temat, na przykład o inwestycji deweloperskiej, a deweloper, jak wiadomo, ma tabun prawników, którzy tylko czekają, żeby zakrzyczeć dziennikarza, który powie słowo, które w nich uderza.

Czy może lepiej Wam zrobić, nie wiem, dzień słonia w zoo? Albo otwarcie nowej fili biblioteki, albo otwarcie sali gimnastycznej w szkole, gdzie idziesz z mikrofonem, nagrywasz jak śpiewają dzieci, nagrywasz prezydenta, który mówi, to wspaniała szkoła, cieszę się, że ją otwarliśmy, no i nagrywasz dyrektorkę, która mówi, że czekaliśmy na to od wielu lat, dzięki prezydentowi w końcu jest. Wracasz, składasz taki materiał, masz wszystko gotowe w godzinę i nie ma niesnasków, bo tutaj dochodzimy do drugiego fundamentu misji mediów publicznych, czyli nie narażania się. Otóż w Radiu Kraków do legendy już przeszło słowo niesnaski. Prezes przychodził do nas czasami, czasami, raz na dwa, trzy miesiące posłuchać jak wygląda zebranie.

Nie, nie, nie. W Radiu Kraków systemowo, z założenia i wprost poleceniowo piłowano zęby dziennikarzom, którzy mieli takie ciągotki. To był element niebezpieczny. I ja jako naiwny chłopak z Azorów myślałem, że tak wyglądają media. Dlatego na mnie takie interwencje związane z niesnaskami spadały bardzo często. Pierwszy przykład. Zrobiłem materiał o super ścieżce. Super Ścieżka to był taki projekt, który miał połączyć dwa duże ronda w Krakowie, Rondo Grzegorzeckie oraz Rondo Mogilskie. Między tymi rondami powstawały inwestycje deweloperskie, były też budynki urzędowe. No i stworzono taki piękny projekt, jak to się mówi, partnerstwa publiczno-prywatnego.

No to super ścieżka wciąż nie powstawała, no i przekroczono i to znacząco termin realizacji tego partnerstwa publiczno-prywatnego. No i zrobiłem materiał pod tytułem Super Ściema. Dla mnie, jeśli ktoś oszukuje mieszkańców, to ściemnia. No i siedzę sobie w newsroomie Radia Kraków, jak przejeżdżacie alejami Trzech Wieszczów, I widzicie na trzecim piętrze okienka i komputery, to tam właśnie jest newsroom. I siedziałem sobie przy jednym z tych biurek i nagle zadzwonił telefon. Wydawca odebrał i mówi, Grzesiu, prezes cię wzywa. Schodzę ja sobie do gabinetu prezesa, a tam na kanapie siedzi pan Dawid Hajok z tej fundacji, no i oczywiście prezes. No i co się stało?

Pan Dawid Hajok zaczął mnie rugać, zaczął na mnie krzyczeć i zaczął mnie pouczać, że ja nie mogę robić takich materiałów. Zacząłem zastanawiać się, gdzie jest ukryta kamera, ale pomyślałem i zapytałem prezesa Bolechowskiego, Przemek, ty jakieś szkolenia zamówiłeś, czy o co w tym chodzi? Bo przychodzi chłop z zewnątrz, no i wywiera naciski na dziennikarzy i to jeszcze zapowiedzenie prawdy. I nie zapomnę, że pan Dawid Hajok powiedział, że to, co robię, jest niepoważne. Ja wtedy wstałem i powiedziałem, że niepoważne to jest niedotrzymywanie słowa i oszukiwanie mieszkańców. I żałuję tych słów. Dzisiaj powiedziałbym mu, wy***aj. Jak się skończyła ta historia? Ano tak, że ten mój materiał podstępnie, bez mojej wiedzy, usuwano ze stron Radia Kraków.

Kiedy ja zauważałem, że usunięto, no to od razu robiłem aferę i mówiłem, że no jak nie przywrócicie tego materiału? No to moja wiarygodność spadnie. Wygrają deweloperzy, urzędnicy i politycy. Ja sobie na to nie pozwolę i odchodzę. No i wtedy przywracano ten materiał na stronę, ale oczywiście po jakimś czasie, kiedy moja czujność spadała, znowu go usuwano i tak w kółko. Stawiam stówkę, że tego materiału dzisiaj nie ma. Drugi niesnasek. Drugi niesnasek także odbył się w czasie panowania pisowskiego Przemysława Bolechowskiego. To były czasy, kiedy Kraków już nie mówił, że smog to mgła i że nie można mówić o smogu, tylko udawali, że coś już zaczynają robić. I w ramach walki ze smogiem i w ramach też takiego partnerstwa publiczno-prywatnego

Jest to największy odkurzacz powietrza na świecie. I wtedy... Gwiazdą mediów był Jarosław Kuźniar. Tak, zapomnieliście pewnie o tym człowieku, który prowadził sobie poranki w TVN-ie, czytał gazety, ale czasem też wychodził z redakcji i miał taki format, wtedy to był nowy format, że jeździł samochodem i rozmawiał z gośćmi. I moi drodzy, pewnie na zaproszenie tej prywatnej firmy zrobiono także partnerstwo prywatno-prywatne, ale też publiczne, no bo gmina Kraków w tym uczestniczyła. No i ten poranek miał wyglądać tak, że Jarosław Kuźniar przyjeżdża do Krakowa, bierze na siedzenie pasażera Roberta Makłowicza, no i jadą zrobić materiał o tej lodówce, która wsysała smog.

No i w ogóle dla mnie to jest kretyńskie, że oni nie mogli wysiąść z tego samochodu i podejść 15 metrów, tylko jeździli slalomem między ludźmi. Co się wydarzyło? Oczywiście były niesnaski, bo prywatna firma, która postawiła tę lodówkę, no i Urząd Miasta mogły zostać postawione przeze mnie w złym świetle. No i w związku z tymi nieznaskami znowu zaczęto wywierać na mnie presję, a mianowicie już nie pamiętam czy zadzwonił, czy spotkaliśmy się z prezesem Bolechowskim, ale powiedział, żebym natychmiast usunął tego tweeta. On nie może pozwolić, żeby coś takiego publikował dziennikarz Radia Kraków. No i przede wszystkim zagrożono mu w magistracie, że jeśli ten tweet nie zniknie, to Radio Kraków nie dostanie wjazdówki. I dobra, wyobraźcie sobie, że jesteście prezesem wielkiego radia, które zatrudnia 100 osób.

Macie misję publiczną i da się was zastraszyć i zaszantażować wjazdówką do parku Jordana czy do centrum, żeby wjechać na rynek główny. No przecież powiedzieć, że to jest żałosne, to nic nie powiedzieć. Rozumiecie? Prezes Radia Kraków został zastraszony kartką papieru, która uprawnia do wjazdu tu czy tam. No przecież jak ja bym był prezesem, to nie dość, żebym zrobił aferę na całą Polskę, No to bym powiedział magistrackim, żeby sobie wsadzili tę wjazdówkę w d***ę. Materiał będzie tak samo dobry. Nieważne czy go zrobimy z Rynku Głównego czy z Placu Centralnego. Ale nie! Prezes Bolechowski uznał, że racją stanu jest wjazdówka. Bo w ogóle nie wiem czy wiecie, ale służby prasowe Jacka Majchrowskiego... Używały tej wjazdówki właśnie jako element nacisku na media.

Ale były też naciski prewencyjne. Naciski prewencyjne, niesnaski prewencyjne. Tutaj nie zapomnę, jak na Borku Wałęckim miasto Kraków w trudach za jakieś koszmarnie ogromne pieniądze zaczęło remontować. No i w końcu teoretycznie wyremontowało poaustriacki fort. Dla tych, którzy są nie z Krakowa, to już szybciutko wyjaśniam. Otóż Kraków Jest otoczony, czy też ma w sobie pierścienie fortów. Te forty były budowane jeszcze za czasów Austro-Węgier. Wtedy mówiło się o Krakowie, twierdza Kraków. No i służyły po to, że jak będzie wojna, no to Kraków miał być nie do zdobycia. No i piękna historyczna pamiątka, natomiast one w czasie PRL-u, a potem za czasów młodej III RP, a szczególnie Zajewska Majchrowskiego...

Nie ma niesnasków, wszyscy się cieszą, słuchacze dostają dobrą nowinę. Żyć, nie umierać, no jak za Jerzego Urbana. Natomiast problem był taki, że ja już wtedy pisałem w portalu krowoderska.pl. I mój kolega Michał Malczyński zajmował się sprawą tego fortu. Ja wiedziałem dzięki temu, że tam pakuje się mnóstwo kasy w naprawy, które no może są skuteczne, ale na chwilę. No i zacząłem zadawać pytania trudniejsze niż ile pochłonął remont i co udało się wyremontować. Tylko zacząłem poddawać w wątpliwość pewne rzeczy. No chyba na tym polega praca dziennikarza. I jeszcze nie dojechałem z tego fortu do Radia Kraków. Zadzwonił do mnie szef newsroomu. I mówi, że są niesnacki. Na co pytam, jakie niesnacki?

No przecież jeszcze nawet nie zacząłem montować tego materiału. No ale pani, która ze mną rozmawiała, uznała, że zadaje na tyle podchwytliwe i trudne pytania, że trzeba prewencyjnie ocenzurować mój materiał. Tak, to był ten moment, kiedy ocenzurowano mnie prewencyjnie, to znaczy ocenzurowano, no ja się nie dawałem tym naciskom i robiłem swoje, przez co, jak już słyszeliście, moje materiały znikały ze stron, a potem byłem wyrzucany z Radia Kraków. Dobra, przechodzimy do słynnego zebrania prezesa Bolechowskiego, które wam obiecałem przed chwilą. To jest grube. Więc kiedy Przemysław Bolechowski zaczął zarządzać Radiem Kraków, dość szybko okazało się, że brakuje pieniędzy.

Co ważne, wtedy Radio Kraków obchodziło 95. urodziny, więc wisiała taka aura, że to jest wielkie radio z tradycjami. No i przyszedł prezes, zebrał nas wszystkich w newsroomie, pamiętam to jak dziś nawet kto w którym miejscu siedział, no i powiedział coś w stylu, że Radio Kraków znalazło się nad przepaścią. Nie ma pieniędzy. Pieniędzy brakuje. No i prezes mówi o tej tragicznej sytuacji, że na naszych barkach spoczywa przyszłość 95-letniej historii i my musimy ten ciężar udźwignąć. To jest nasz obowiązek. I powiedział, że tym ciężarem, który musimy unieść, jest robienie materiałów sponsorowanych dla Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu, czyli takiego krakowskiego Zarządu Dróg.

21:19 · Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu 6

Że on rozmawia właśnie z przedstawicielami tego urzędu, no i może być dobry kontrakt na materiały sponsorowane, które my musimy robić i wtedy może, może jakoś wyjdziemy z tego kryzysu finansowego. No i cóż, tak na pierwszy rzut ucha ci wszyscy ludzie strapili się. No i zaczęli przytakiwać prezesowi, że no tak, rzeczywiście, skoro Radio Kraków stanęło nad przepaścią, no to trzeba je ratować. Choćby materiałami sponsorowanymi, czyli mówiąc wprost, robieniem dobrze urzędnikom za pieniądze mieszkańców. I pamiętam, jak wtedy jeden z najbardziej doświadczonych i chyba jeden z niewielu prawdziwych dziennikarzy Radia Kraków wstał i zapytał prezesa Bolechowskiego... No dobra, ale ja zauważyłem, że od jakiegoś czasu my tego typu materiałów nie oznaczamy, a musimy, no po prostu ze względu na uczciwość dla słuchaczy, no ale też przepisy tak mówią.

I czy my będziemy oznaczać te materiały? No pytał nie bez przyczyny, no bo on prowadził program, w czasie których tego typu materiały sponsorowane, udające niesponsorowane, były puszczane. Na co prezes Bolechowski powiedział coś, czego nie zapomnę nigdy. Jeśli byśmy je oznaczali, to nikt by ich od nas nie kupił. Ja poczułem wtedy po prostu obrzydzenie. Nie lubię wielkich słów, ale tutaj innego nie mogę znaleźć. No bo wiecie, przychodzi prezes radia, który doprowadził to radio do ruiny, już abstrahując od tego, że w tym samym czasie podjeżdżał nowiutkim BMW z salonu. Potem zresztą, nomen omen w Gazecie Wyborczej pisano, że robił jakieś dziwne ruchy finansowe, między innymi, że wypłacał sobie odprawę, chociaż nie odchodził. I wywalano go na zbity pysk z tego Radia Kraków już po tym wszystkim.

Natomiast wracając do tego zebrania i moich odczuć, no to przychodzi właśnie ten prezes i zrzuca swoją odpowiedzialność, bo przecież to on zarządzał tym radiem. Nie my. To on zatrudniał koleżanki na jakieś intratne stanowiska. To on dawał programy jakimś swoim kolesiom związanym z PiS-em, żeby sobie w najlepszym czasie antenowym pieprzyli głupoty. Jak zabrakło tych pieniędzy, które rozdawał na lewo i na prawo, przyszedł i swoją odpowiedzialnością obarczył nas. No nie oszukujmy się, powiedział, idźcie stać pod latarnią, bo tylko tak możemy zarobić pieniądze, żeby Radio Kraków nie upadło. No bo wiecie, 95 lat tradycji, musicie je udźwignąć. I to był w zasadzie dla mnie punkt przełomowy. Moment, kiedy stwierdziłem, że ja z tym miejscem, z tymi ludźmi zniszczonymi przez to miejsce nie chcę mieć kompletnie nic wspólnego.

Natomiast ja już po prostu czując to obrzydzenie, o którym wam mówiłem, po prostu stwierdziłem, to jest dar od niebios. Otwarto mi furtkę, więc nawet się nie będę kłócił. A nie kłóciłem się też między innymi dlatego, bo w tym samym czasie w Radiu Kraków pracę niezbyt ciężką, polegającą na tym, że sobie przychodził raz na czas i coś tam pogadał, dostał syn wojewody małopolskiego. No co za przypadek. No i pomyślałem sobie wtedy, wolicie syna polityka ode mnie? Od chłopa, co zamiast robić Dzień Słonia albo otwarcie biblioteki postanowił zrobić kontrowersyjny materiał, pomóc ludziom, którym deweloper przed oknami wybudował blog i wyrzucacie mnie jeszcze za to? Bierzcie se tego syna polityka, bierzcie se tych posłusznych reporterów, którzy nie będą robić niesnasków i doprowadzajcie to radio dalej do ruiny i stójcie pod latarnią.

Beze mnie. Oczywiście, jak Wam mówiłem, są cykle i wajchy, więc syn wojewody Ćwika to nie jedyny syn czy też córka polityka, który pracuje czy pracował w Radiu Kraków. Swojego potomka ma także druga strona, czyli Platforma. Jak sobie zestawicie nazwiska jednego z baranów Platformy, jednej z dziennikarek muzycznych, chyba dalej tam pracuje, to zbieżność jest nieprzypadkowa. No bo gdzie mają pracować dzieci polityków, jak nie w Radiu Kraków? No gdzie? I tak wyglądała moja przygoda w Radiu Kraków. Z którego wyrzucali mnie i jedni i drudzy. I Bogu dzięki, że wyrzucili mnie drugi raz już na zawsze. Wiecie jak się wtedy poczułem? Jak bohaterowie filmu SEX MISSIA.

Którzy myśleli, że to co jest pod ziemią to jest cały świat. Natomiast kiedy wyjechali na górę zobaczyli, że jest dokładnie na odwrót. Że tam to było bagno. A prawdziwy świat, w którym da się oddychać jest wszędzie tam, gdzie nie ma Radia Kraków. A dość już tych podziemnych ciu-ciu-babek! O rany! Uratowani! Uratowani jesteśmy! Bocian! Patrz! Bocian! Jeśli chcecie, żeby w Krakowie były inne media, niż nudne jak flaki z olejem Radio Kraków, Gdzie politycy dzwonią i na ich polecenie wykonuje się materiały, to subskrybujcie nasz kanał.

Pokazano wszystkie 24 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.