Mentionsy Mentionsy
Płytkast
Płytkast

37: Nick Drake – Bryter Layter

27.05.2026 ·2 godz 29 min · 16 rozdziałów

Z metrykalnego punktu widzenia Nick Drake to dla nas prawie archeologia. Brytyjski muzyk zmarł bowiem zanim na świat przyszedł którykolwiek z nas, ponad pół wieku temu. Jeśli jednak mierzyć rzecz wpływem na muzykę ostatnich dziesięcioleci, to sprawy wyglądają już diametralnie inaczej. Drake jest sztandarowym przykładem artysty za życia zignorowanego, a odkrytego lata, jeśli nie całe dekady, po śmierci. Dziś jest to artysta niemalże święty, stanowiący żelazny punkt odniesienia dla każdej wrażliwej duszy wyposażonej w akustyczną gitarę. Dlatego pomimo 55 lat, które upłynęły od premiery jego drugiego albumu "Bryter Layter", rozmowa o twórczości Drake'a jest nadal zajęciem inspirującym. Płyta, którą wybraliśmy do omówienia z potężnej, liczącej zaledwie trzy sztuki dyskografii, jest swego rodzaju anomalią - Nickowi towarzyszy tu zwykle regularny zespół, złożony z uznanych instrumentalistów, zawodowy producent i utalentowany aranżer. Efektem jest jego najbardziej eklektyczny, bogaty brzmieniowo i urozmaicony muzycznie album. Zdaniem niektórych - także jego najlepszy. Choć zdaniem innych - najgorszy. Posłuchacie o tym w naszym odcinku.W naszej rozmowie przewija się kilkukrotnie też wątek depresji (nie mogło być inaczej), przypominamy że Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym udziela pomocy całodobowo przez 7 dni w tygodniu pod numerem telefonu 800 70 22 22. Rozmawiamy w podstawowym składzie: Ambrożewski, Sajewicz i Hoffmann, a grafikę jak zwykle przygotował Jacek Ambrożewski.00:34:40 Introduction00:47:50 Hazey Jane II01:02:30 At the Chime of a City Clock01:16:40 One of These Things First01:26:25 Hazey Jane I01:37:00 Bryter Layter01:44:40 Fly01:56:20 Poor Boy02:11:25 Northern Sky02:21:20 Sunday------------Nasze profile w social mediach:Płytkast: https://www.facebook.com/plytkast | https://www.instagram.com/plytkastAmbrocore (Kuba): https://www.facebook.com/ambrocore | https://www.instagram.com/ambrocoreAfro Godzina: https://www.facebook.com/afrogodzinaPaweł Sajewicz: https://www.facebook.com/sajewiczpawel

0:00 · Wprowadzenie i powodzenie omawiania albumu 5

Zagrywaj, Paweł nie ma rankingu jeszcze. Pawełku. Tylko uważajcie na tą kawkę, żeby nie zalać tej pięknej tej. Lub ranking teraz. Bywały takie przypadki. Ja robiłem raz tutaj na żywo, Kuba nas tak też zrobił. Ja robię czasem tak przed tym. To jest coś jak utrata dziewictwa, wiesz. A propos. A propos właśnie. A propos tego, czego nasz bohater nie... Która utrata dziewictwa podobała wam się najbardziej? Ta czy ta? Kolejna froka. Ta. Panowie, zacznijmy od tego, dlaczego my to kurwa w ogóle robimy?

To znaczy, dlaczego ten album? Dzień dobry Państwu, za chwilę sobie to wyjaśnimy, a teraz witają Was... Paweł Sajewicz, Kuba Ambrożewski i Michał Helpline, Suicide Helpline Hoffman. Czemu ten album, czyli Bryter Layter? Zaraz, zaraz. No powiedz, wyjaśnij, wyjaśnij. Ja wyjaśnię, po to, żebym mógł wygłosić zaraz oświadczenie postponujące ten makabryczny żart na początku. Ale serio się pytasz dlaczego ten album? Tak, pytam się serio dlatego, że jeśli przyjąć kryterium milionów odtworzeń na zielonym streamingu, to lepiej jest niż Five Leaves Left, czyli debiut z Bryter Layter, ale gorzej niż Pink Moon wyraźnie. Czyli to nie jest jakby jego album najpopularniejszy, a według serwisu Rate Your Music, który niektórzy z nas traktują jako azymut i głos Boga, jest to album i najmniej popularny,

No dobra, ja rozumiem, że pytanie brzmi dlaczego ten album Nicka Drake'a omawiamy, a nie, że w ogóle omawiamy Nicka Drake'a, to dlaczego ten z trzech? To ja mogę jakby powiedzieć w dwójnasób, jakby optyka moja prywatna jest taka, że to jest mój ulubiony album Nicka Drake'a po prostu i taki zdecydowanie najczęściej słuchany, to jest taki album, Który w przeciwieństwie do pozostałych dwóch jakoś zawsze mnie wciąga. Nigdy nie mam tak, że włączam sobie, tak jak mam czasem z Five Leaves Left, że włączam i tam po trzech numerach umyka mi ta uwaga i po prostu nie dociągam tego. Pink Moon to też nie jest płyta jakby na każdą sytuację, a Bryter Layter jest jakby wyjątkiem w tej dyskografii, długiej bardzo, trzyalbumowej, gdzie jednak jakby ja mam poczucie tego, że to jest bardziej album zespołowy, że to jest album bogatszy, to jest bardziej eklektyczny album i wydaje mi się, że do Płytkastu, gdzie jednak od początku szukamy płyt, które

Jakby mają wiele różnych kierunków gatunkowych, różnych brzmień, różnych instrumentacji i są po prostu różnorodne, no to wydaje mi się, że taki album jak Pink Moon, to po prostu byśmy się tutaj zmęczyli mocno. I Five Leaves Live trochę też, mimo tego, że tam jest więcej muzyków niż tylko sam Nick Drake. Ale jednak wrażenie jest takie, że to jest taki dosyć tradycyjny folkowy brytyjski album z epoki, a Bryter Layter jest jakimś takim dziwnym odbiciem w stronę trochę jakby bardziej takiego zespołowego, może rockowego momentami grania, ale jednak wciąż bardzo w jego stylu próby zrobienia jakiegoś takiego czegoś, co może będzie się lepiej sprzedawało, co może będzie bardziej przystępne pod kątem prasy muzycznej, radia, co się oczywiście nie udało, ale jednak jakby ta próba to jest słyszalna i to się przekłada moim zdaniem na to, że to jest album

Jakby najbardziej taki przystępny chyba dla szerokiego odbiorcy, taki na pierwszy kontakt z Nickiem Drake'iem to ja bym polecił właśnie tę płytę. A i tak diapazon emocji jest tutaj, powiedzmy, dość niewielki. To jest taka płyta i taki artysta, gdzie w tym naszym formacie płytkastowym my tu nie mamy takich wielkich przeskoków, że jeden utwór to jest galopada na riffach, a drugi spokojna ballada. Umówmy się. No nie, ale mamy jednak, wydaje mi się, że największa rozpiętość gatunkowa. Nie wiem, czy byście polemizowali z tym, że na któryś z pozostałych dwóch płyt jest większa rozpiętość brzmieniowa i taka stylistyczna niż na Bryter Layter. Absolutnie nie, chociaż polemizowałbym, czy tym entry pointem nie powinien być właśnie Pink Moon jako płyta najbardziej magiczna. Bryter Layter wymaga jednak pewnej interpretacji, co mnie osobiście finalnie wydaje się ciekawsze.

3:35 · Emocje i styl albumu 2

Daje większe pole do zgłębiania tej muzyki na poziomie czysto muzycznym. Natomiast Pink Moon to jest płyta tożsamościowa. Świetne kompozycje, niezwykły jakby urok tego nagrania w takim też sensie realizacyjnym. To jak to brzmi bardzo dużo mówi o tym też czym to jest w istocie, ale jednak to jest taka płyta, którą się kocha poprzez romantyzowanie jej aury, a jeszcze romantyzowanie historii. Artystę się kocha trochę za to, o czym jeszcze powiemy. Aura audialna, to mam na myśli, że jakby nastrój, który ta muzyka tworzy jest opisujący bardzo często dla wielu ludzi na jakimś tam etapie ich życia to, kim oni są. Ja mogę tak powiedzieć, że jak zacząłem Nicka Drake'a słuchać, to w pierwszej kolejności właśnie to mnie uderzyło.

Boże, jak to do mnie przemawia. A dzisiaj nie jestem już dość daleko od tamtego miejsca i zdecydowanie wolę posłuchać Bryter Layter, natomiast myślę, że jednak to takie wciąganie w świat tego artysty, tę siłę przyciągania ma właśnie Pink Moon. Znaczy ja trochę innymi słowami może to co powiedziałeś, że ja bym się zgodził, że na tej płycie jest relatywnie najmniej Nicka Drake'a ze wszystkich płyt Nicka Drake'a, że to jest jakby płyta jednak bardziej kolektywna i taka płyta, na której on został trochę poprowadzony, trochę posterowany, Może trochę gdzieś tam nie zawsze zgodnie ze swoją wolą i intencją, bo tutaj jakby mocna rola producenta, aranżera i tych wszystkich muzyków, którzy się pojawili w studiu. Mogę słowo? Według mojego researchu jest to mit na temat tej płyty.

5:25 · Kolektywność i wpływ producentów 2

Też na żadnej innej płycie Nicka Drake'a nie ma tak potwornej amplitudy jakości, moim zdaniem. Tutaj ta amplituda jest naprawdę straszna. Jak słucham Pink Moon, to słucham jako całości, ona mi wchodzi jako całość, jako taka kanapka. Jest tam jedno czy drugie ścięgno w postaci jakichś kalekich instrumentali, ale one mi nie przeszkadzają. Natomiast tutaj są utwory, które mnie po prostu przeszkadzają. Może i tak potem będziemy o tym rozmawiać. Natomiast powiedziałaś, że to jest płyta, na której jest najmniej Nicka Drake'a. No właśnie. To jest chyba największy jej problem. I chyba dlatego ten wybór nie jest optymalny, ale jest jedyny, niż musimy teraz tę żabę wpierdalać.

Bo co to jest zrozumieć fenomen Nicka Drake'a po wysłuchaniu tej płyty? Ja go nie zrozumiałem. Zdefiniuj fenomen, czy to jest romantyzowanie jego aury i jego historii, czy to jest jednak pewna specyficzna metoda kompozytorska, która na tej płycie jest bardzo wyrazista i ja bym polemizował z tym co powiedziałeś, bo są też takie punkty widzenia na Pink Moon, że to jest demówka. Że gdyby on miał więcej przestrzeni w swojej głowie na to, żeby nad tym materiałem pracować, to on by pewnie go pociągnął w jakimś jeszcze dodatkowym kierunku. A kiedy nagrywał Pink Moon na jednym strzale praktycznie w remisji choroby depresyjnej, chociaż trudno nawet powiedzieć, czy rzeczywiście była to remisja, to po prostu zrobił tyle, ile mógł.

10:42 · Inspiracje artystyczne 2

To jest coś, co decyduje o tym, że ona jest Jakby inna i dlatego jest tak ciekawa. Gdyby on nagrał trzy takie płyty jak Five Leaves Left albo nagrał coś pomiędzy Five Leaves Left a Pink Moon po drodze, to ta dyskografia byłaby po prostu płaska. Moim zdaniem tutaj po prostu dzięki temu to się robi jakiś taki ciekawy twist, a ta płyta dowodzi, że on jest tak charakterystycznym autorem, tak kompozytorem właściwie, że W jakimkolwiek stylu on by nie próbował robić numeru, to wciąż na końcu to mimo wszystko brzmi jak Nick Drake. Mimo tego, że jest skąpany w tych smykach, w tym saksofonie jebanym, w tych różnych... W chórku gospelowym. W chórku gospelowym. I on się przebiera, zakłada różne kreacje, ale na końcu to wciąż jest, po prostu stoi przed tobą nagi Nick Drake.

I ta płyta zupełnie kurwa tego nie dostarcza, znaczy w ogóle Nick Drake tego kurwa nie dostarcza tak bardzo jakbym chciał, ale Pink Moon tak, Five Leaves Left też bywa. A na tej płycie tego zupełnie kurwa nie ma. Jakby moim zdaniem zniszczono to. To jest płyta kurwa tak bezładna. Zarazem dopracowana i niedopracowana kurwa. No jest bogata, ale te klawisyny i flety grają byle co kurwa. Nie dodają często nic. Bardziej wypełniają pasmo kurwa. Jakby to byłoby to wybaczone, jakby to był jedyny filler, ale też kompozycje na tej płycie są kurwa tak dramatycznie rozpięte, jakby niektóre były z jakiegoś jego songbooka, kiedy miał kurwa 14 lat. A niektóre były napisane w kooperacji z jakimiś wybitnymi muzykami jazzowymi.

15:04 · Marketing i sukces komercyjny 1

Tak jakby taka figura tego typu. Potem mieliśmy Arturów, Russellów, tego rodzaju postacie, które były trochę spadkobiercami tego. Ale ta płyta jakby obala pewien taki, dla mnie przynajmniej, taki mit Nicka Drake'a jako outsidera wewnątrz tej branży muzycznej. Bo ktoś mógłby pomyśleć, że on był jakimś takim indie-ziomkiem, który tam po prostu siedział gdzieś w piwnicy, coś tam nagrywał na jakiś magnetofon. No i nikt się tym nie interesował, nikt nie chciał tego wspierać, właściwie on był zostawiony sam sobie, a potem wziął i umarł. Ale ja chciałem powiedzieć na przykładzie tego albumu, że to jest gówno prawda, no bo jak spojrzymy sobie na kredycy, to tam jest cała masa bardzo jakby znamienitych postaci, która z nim pracowała. On był otoczony kurwa wianuszkiem naprawdę tuzów. Joe Boyd, który produkował wcześniej Pink Floyd, produkował całą, długą listę tych wszystkich klasycznych albumów brytyjskiego folku na czele z Fairport Convention, muzycy właśnie Fairport Convention.

21:12 · Depresja i artystyczne wyborze 2

Dzisiaj jest już takim osobnym światem muzycznym. W którym Nick Drake jest absolutnie żelaznym punktem odniesienia po prostu od dekad. Ale nie było więcej takich artystów bez klaty. Nie wiem, jakiś Alexander Skip Spence czy Syd Barrett. To też była klata w muzyce? Syd Barrett jest liderem. Jest gościem, który wychodzi na front i pokazuje swoją osobowość. A Nick Drake chowa swoją osobowość, nie jest w stanie spojrzeć ci w oczy. Syd Barrett był przećpanym ziomkiem, a Nick Drake był zjaranym ziomkiem. To jest ta różnica. Słuchajcie, ja mam jeden taki zwrot, który myślę może powinniśmy jeszcze zrobić, bo weszliśmy bardzo ostro z buta wręcz w tę dyskusję, co pokazuje jak bardzo nienażarci tego formatu płytkastowego jesteśmy. Ale jeżeli ktoś nigdy Nicka Drake'a nie słuchał, a słucha teraz nas i my tutaj od razu tak z buta, to być może w ogóle nie wie jakie są... To nie wyłączy nasz podcast i pójdzie posłuchać.

Chcesz powiedzieć, że Nick Drake nigdy już jeszcze nie był na imprezie? Na pewno nie na swojej. I my tu już jakby zahaczyliśmy o te rozmaite wątki, ale dla zrozumienia kontekstu i też rozmaitych jego wyborów artystycznych to mi się wydaje bardzo ważne, no bo tutaj pojawiła się ta kwestia czy Bryter Layter ze swoimi aranżami, ze swoją powiedzmy przeprodukowaną aurą to jest wybór Nicka Drake'a czy też nie. I z kolei jedną z tych jakby teorii jest to, że absolutnie jest to jego wybór, bo on był właśnie tak jakby wsobny W tym swoim świecie, tak bardzo zanurzony w sobie, że trudno było w ogóle dotrzeć do niego z innym punktem widzenia. Moim zdaniem, może to ja teraz jakby kształtuje rzeczywistość za przeszłą, ale mi się wydaje, że po prostu widział czarny dół, widział wielki dół, był w tym wielkim dole i nie umiał się wydostać.

29:05 · Bryter Layter - analiza albumu 7

On się nie chciał przyznawać do tego, że bierze leki. I to mamy z jednej strony, mamy gigantyczny dramat tego człowieka, a z drugiej strony mamy, i jakby to jest ten kontekst, od którego nie sposób uciec, całą tę romantyzację jego melancholii, no bo na poziomie artystycznym my mówimy, czy możemy mówić o tym, że ta muzyka jest melancholijna i to jest jakby warstwa dźwiękowa, ale pod tym jest człowiek, który tak jak Michał powiedział, jest w głębokiej, głębokiej depresji. I teraz jakby trochę może tylko, żeby rozmontować. Wydaje mi się, że warto trochę rozmontować to romantyzowanie tej sytuacji, w której jest Nick Drake. I jakby to, co ty nazwałeś, że najlepszy publicity stunt. Nie ma tu żadnego... Samobój, ale to do czego...

To, co doprowadziło do tego samobója, ja absolutnie nie chciałbym tego romantyzować. Nie, nie mówię, że ty. A wręcz przeciwnie. Ale jest takie zjawisko. Nie tu, ale takie zjawisko jest. Na tym po części jest zbudowana legenda płyty Pink Moon. To ja nie byłem tego świadom, ponieważ nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak można coś takiego romantyzować. To jest jakby romantyzować, kurwa, nie wiem, to, że ci pociąg obetnie obie nogi, nie? To jest mniej więcej nieporównywalne, bo to jest do tego stopnia okaleczające. Ale jest coś takiego, jest taki ten tortured poet, nie? Który on jest trochę takim pierwowzorem w muzyce. Ale ten mit jest stworzony przez ludzi, którzy nigdy tam nie byli, kurwa, bo jakby byli, to by nie pierdolili o tym, nie? Ja bym chciał powiedzieć jasno, bo oczekiwałem się tutaj, że będzie oświadczenie, no więc już kiedyś rozmawialiśmy o płycie, która jest naznaczona cieniem samobójstwa, to była Non Pleasures Joy Division, czy o artyście w tym przypadku, bo płyta może nie aż tak bardzo.

Ale w tym kontekście to od początku wydawał mi się wątek, który wymaga jakby osobnego i odpowiedzialnego potraktowania i ja chciałem przynajmniej powiedzieć tutaj, że my tu nic mądrego w tej sprawie oczywiście nie próbujemy mówić, ani nie mamy do tego Odpowiednich narzędzi, ale warto jest powiedzieć to, że korzystanie z pomocy psychiatrycznej i farmakoterapia nie powinny być obciążone jakąkolwiek stygmą ani objęte tabu, a jak ktoś potrzebuje tego, to powinien móc z tego skorzystać bez poczucia wstydu. Powinien mieć taką możliwość i wszelkie wsparcie w podjęciu takiej decyzji w takiej kwestii. Wszystko, co pozwoli ci z tego dołu wyjść, niezależnie od tego, czy to jest farmakoterapia, czy to jest psychoterapia, czy to jest cokolwiek innego, powinno nie być obciążone wstydem po prostu, żeby się wygrzebać na powierzchnię.

Nie zaznaczyliśmy linii zajebistości, przyjemności, użyteczności. A to zawsze my to w trakcie robimy, ale ja mogę zrobić. To może po intrze, no bo to jest intro, nie? Dobrze, dobrze, to przed kolejną rundką. No więc intro. Nie wiem, czy to jest aż tak daleko od Five Leaves Left, ponieważ zawiera właśnie wszystkie elementy, które były i tam, tylko one troszeczkę inaczej już brzmią. Gitara brzmi troszeczkę lżej, jest duży nacisk na ten właśnie techniczny fingerpicking od razu w intrze. Smyki są lżejsze, nie są takie płaczące, krakowskie niemal jak tam. Smyki są cukrzane, nazwijmy to po imieniu. To ma się podobać gospodyniom domowym po czterdziestce.

W sensie takiej dziewiątkowo-dziesiątkowej zajebistości nie znajduję tutaj, co jest moim największym problemem z tą płytą. Wszystko jest dobre, ale o niczym nie powiedziałbym, że jest zajebista. Okej, to moja linia zajebistości jest taka, że to jest mokra linia. To są takie dziewiątkowo-dziesiątkowe, ta pierwsza trójka. Ale będę o tym mówił w szczegółach, więc przejdźmy już do numeru drugiego Crazy Jane 2. Czy ja zaczynam? Tak. No to jest tak. Ja o Nicku Drake'u pierwszy raz usłyszałem gdzieś w okolicach, kiedy my się poznaliśmy. Miałem dwadzieścia parę lat. Ja miałem dwadaście. Ktoś mnie tam podhypował, że zacząłbym od Bryter Layter, że to jest taki świetny entry point do Nicka Drake'a.

Willie Nelson i Bobby Bacarach. Oczywiście, bo Bacarach to jest tutaj, kurwa, to było umyślne, nie? Ja też próbowałem szukać, co mi to przypomina, a wcale nie jest to, moim zdaniem, aż tak oczywiste. Paradoksalnie, bo z jednej strony wydaje się, że jeżeli poprzedni numer umieścił nas gdzieś właśnie na jakichś zielonych wzgórzach, to my teraz trochę z tych wzgórz schodzimy i kurczę, w dolinie trwają dożynki. Jakieś trąbki, jakaś zabawa, jakaś potańcówka. I jest to lekko takie, wiecie, nie lekko, to jest mocno folk rockowe. Może nawet to jest odrobinę Laurel Canyonowe. Gdzieś tam to oko Nicka Drake'a ucieka ku Ameryce, ale trudno jest namierzyć bezpośrednie punkty odniesienia właśnie w tej takiej folk rockowej amerykańskiej scenie ówczesnej.

Najbardziej oczywiście ten bluesior, taki bluesior, no mamy tutaj płytkastowego bluesiora słychać w partii saksofonu, która też jest stereotypowa i ona jest już stereotypowa aż do przesady. To znaczy to już jest taki saksofon jakby trochę wzięty z generatora knajpianych zagrywek. Ale to dzisiaj jesteśmy w stanie zadać ocenę niż mi się wydaje. Może trochę, ale nie wiem. Wtedy romanse jazzu z popem nie były jeszcze aż tak mocno zaznaczone. Ja bym właśnie powiedział, tak jak zawsze ty prostujesz, że panie, gdzie tu pan jazz słyszy? Dla mnie to jest bluesior jednak. To jest taki Dick Perry grający na Dark Side of the Moon. No tak, bo to jest angielska podróż.

66:03 · Modyfikacje aranżacyjne i interpretacja utworów 3

Może jest tutaj coś z Bacaraca też w tych orkiestracjach, w tej takiej dystyngowanej atmosferze. Ale zostawmy to. Dla mnie ten utwór to jest mood, to jest wszechogarniający nastrój wykreowany tutaj za pomocą tych wszystkich środków, których nie ma sensu moim zdaniem jakoś rozkładać na czynniki pierwsze. Ja sobie to wizualizuję i czuję to inaczej jednak niż Ty Pawle, bo Ty powiedziałeś, że to jest nocny utwór. Dla mnie to jest tak, wtorkowy, październikowy poranek, resztki mgły, wilgotne, rześkie powietrze, lekki smog.

A na tej płycie on potrafi zagrać naprawdę bajki na tym basie. A tutaj gra takie minimum, minimum, minimum i nawet w tym się jebie. Ja jeszcze mam jedną taką myśl, którą wywołałeś, bo jest taka znowu opinia o Drake'u, że to jest perfekcyjny wykonawca, że w ogóle jest wirtuozem gitary, z czym w sumie nawet bym nie polemizował jakoś szczególnie. Ale że też on po prostu wchodził do studia, one take, śpiewa, gra, nagrane zajebiście, zero pomyłek. Że on się tylko w całej swojej karierze studyjnej pomylił raz jeden i jest to nagrane właśnie w którymś tam utworze na Pink Moon, no bo to oczywiście wszystko było prawie na żywca nagrywane. Tylko tam można raz znaleźć coś niedogranego.

Ale nie dlatego, że on mi się jakoś nie podoba, tylko to jest w ogóle utwór najbardziej pinkmoonowy, gdyby zabrać ten fortepian na tej płycie. I w tym sensie ja nie potrzebuję na tej płycie jeszcze Pink Moonowych utworów. Dla mnie ta płyta właśnie taka przearanżowana, dziwna, bakarockowska, to wszystko co się Michałowi nie podoba, to jest dla mnie plus przy tej płycie. A ten utwór wprawdzie odświeżający nieco konwencję. Tu trochę mi odstaje, niemniej na potwierdzenie tezy, że jest to Pink Moonowski utwór, niech powiem to, że chyba jest to najczęściej słuchany na Spotify utwór z tej płyty i totalnie uwielbiany przez fanów artysty, właśnie tych, którzy potem idą i wystawiają 4.20 na Rate Your Music Pink Moonowi. To zachowałeś się jak prawnik, który ogniście broni kurwa klienta, po czym wnioskuje o karę śmierci.

90:05 · Analiza utworów z płyty Bryter Layter 1

Nie ma rozwoju, tylko jest trwanie i na tym tle jest nabudowany pewien przekaz, jakiś solista coś gra, ale czujemy to, jesteśmy w tym, to jest to przeżycie duchowe. Chyba najbardziej malarski, taki senny, impresjonistyczny numer na tej płycie i zdecydowanie magiczny dla mnie numer Drake'a i nieoczywisty. Odkryłem tę moją fascynację tym utworem podczas przygotowań do tego Płytkastu i nie mogło być inaczej w tym przypadku. To jest moje miejsce pierwsze. Jak my się kurwa różnimy, znaliśmy zupełnie rewensy, negatywy kurwa.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.