Mentionsy Mentionsy
MysteryTV - Jakub Rutka
MysteryTV - Jakub Rutka

Kroniki IBP: Obiekt P.O.M. 32-4 - CreepyPasta

01.10.2025 ·1 godz 6 min

Scenariusz: Adrian IwaniakLektor: Jakub Rutka☛ Instagram:   / jakubrutka  ☛ TikTok:   / jakub_rutka  ODWIEDŹ NASZ SKLEP NA WWW.MYSTERYTV.PLZamów unikatowe audiobooki i soundtracki!☛ NASZA GRUPA NA FACEBOOKU:   / 1224303840974662  ☛✉ KONTAKT [WSPÓŁPRACA/CREEPYPASTY]: [email protected]

Po drodze minął czarnego kota, który leniwym wzrokiem przyglądał się całemu zbiegowisku. Zbigniew Kołecki. Co mamy? Rzucił wyciągając legitymację. Najprawdopodobniej atak obiektu paranormalnego. Ale chłopaki wciąż zabezpieczają teren i zbierają materiał dowodowy. Póki co zbadaliśmy miejsce pod kątem poziomu promieniowania. Z ważnych rzeczy to odkryliśmy dwie ofiary, obie w wieku około 30 lat. Najprawdopodobniej byli to mieszkańcy domu. Wywiad zidentyfikował ich tożsamość jako Robert i Barbara Kątnik. Znajdziesz ich w głębi budynku. Jedno w kuchni, a drugie w salonie. Spodoba ci się. Gwarantuję.

Ale nie będę psuł ci zabawy, sam się przekonasz. Jaka klasyfikacja? Trudno powiedzieć. Poziom trzeci. O, może czwarty, o ile znajdziemy więcej ofiar. Kołacki skinął głowę, po czym wyrzucił niedopałek w krzaki. A co ze świadkami? Kto zgłosił sprawę? Pod numer alarmowy zadzwonił sąsiad, który rzekomo skarżył się na hałas i przyszedł sprawdzić jego przyczynę. Wydział komunikacji przejął połączenie i od razu wysłał oddział na miejsce. Z jego relacji można wywnioskować, że przybył na miejsce około dziewiątej nad ranem. Po wkroczeniu na posesję natknął się na ofiary ataku i zadzwonił na służbę. Nie zaobserwował żadnych anomalii czy obecności istoty paranormalnej.

Nie robił zdjęć ani nie wykonywał innych połączeń. Dobrze. Rozumiem, że zajęliście się nim zgodnie z procedurą. Zgadza się. Wymazaliśmy mu pamięć i pozbawiliśmy przytomności, a jeden z agentów przetransportował go do domu oraz upozorował omdlenie. Innych świadków brak. Po tych słowach rozmówca odwrócił się w stronę pozostałych mężczyzn i delikatnym gestem dłoni nakazał im się rozejść do swoich zadań. Kołacki w odpowiedzi wzruszył ramionami i ruszył w kierunku domu. Niezgrabione liście szeleściły pod nogami, a wiatr przyjemnie gładził po zmizerniałej twarzy. Kiedy minął grupę patrolową rozstawiającą aparaturę badawczą, uniósł dłonią taśmę zabezpieczającą wejście, przeszedł pod nią i ze stoickim spokojem zmierzył wzrokiem otwarte drzwi.

Na wszelki wypadek Kołecki obszedł ofiary z bezpiecznej odległości i dokładnie zlustrował ich ciała. Ku jego zaskoczeniu nie miały na sobie śladów walki ani widocznych obrażeń. Najwyraźniej nie stawiały oporu lub coś wzięło je z zaskoczenia. Jak zwykle po skończonych oględzinach będzie musiał zapoznać się z materiałami zdjęciowymi oraz wynikiem pomiarów elektromagnetycznych miejsca zdarzenia. Tymczasem wyciągnął z kieszeni płaszcza osobisty notatnik i przystąpił do sporządzania raportu. Nigdy nie lubił papierkowej roboty, ale zarząd wymagał, by wszystkie działania opatrzone były szczegółowym sprawozdaniem.

Nie, nie, to nie będzie konieczne, panie... Bośniak. Nadkomisarz Tomasz Bośniak. Kołecki z oczywistych powodów musiał chronić prawdziwą tożsamość. Wszak Instytut Badań Paranormalnych z samego założenia stanowił podmiot wyłączony spod prawa oraz niewidniejący w żadnych oficjalnych strukturach organizacyjnych. Tylko najwyższe rangą jednostki na szczeblu państwowym i militarnym miały wiedzę na temat jego działalności. Jednakże nie oznaczało to, że mogły go w pełni kontrolować. Oficjalnie pieczę nad funkcjonalnością Instytutu pełnił zarząd, acz personalia jego członków stanowiły tajemnicę nawet dla samych pracowników.

Boże. Czy on zrobił coś moim dzieciom? Od wczoraj nie mam z nimi kontaktu, odkąd wyjechały. Przykro mi, ale na razie nie mogę zdradzać żadnych szczegółów. Zapewniam, że syn lub synowa niedługo się do pani odezwą. Ale... ale żyją, tak? Żyją, nic im nie jest. Żyją. Proszę się nie martwić. A tymczasem dziękuję za herbatę. Muszę wracać do swoich obowiązków. Proszę pana, no niech pan poczeka. Już skończyłam. O, proszę. To pan Boguś. Podoba się panu? Kołecki skwitował to tylko z kinieniem głowy i wymuszonym uśmiechem. Do widzenia. Przez uchylone okno dobiegał ryk pojedynczych samochodów.

Miasto niemal opustoszało, przykryte całunem nocy, ale w sąsiednim budynku na jednym z pięter wciąż paliła się lampka. Dla pracoholików późna pora nie stanowiła problemu. Kołecki, jak uważali jego współpracownicy, należał właśnie do tej grupy. Zazwyczaj zjawiał się w Instytucie o bladym świcie i jako ostatni gasił światło. Lubił to. Robota dawała mu satysfakcję, zwłaszcza działania w terenie, które nomen omen wiązały się z największym niebezpieczeństwem. Pomijając oczywiście fakt, że posada agenta Instytutu Badań Paranormalnych sama w sobie była nie lada wyzwaniem.

Powolnym gestem poprawił okulary i spojrzał na leżącą na biurku wizytówkę. Adam Staniewski. Prywatny detektyw. Westchnął, a następnie przerzucił kolejną stronę akt. Obiekt POM 46x5. Mamuna. Demon wywodzący się z mitologii słowiańskiej, będący najczęściej duszą kobiety zmarłej w ciąży, w trakcie porodu lub niedługim czasie po rozwiązaniu. Postać humanoidalna, zdolna do przenikania przez obiekty materialne oraz wpływania na percepcję ofiar. Kołecki strzepnął popiół z papierosa, po czym poślinił palec z zamiarem przewrócenia następnej strony.

Sam nie przepadał za tworzeniem akt, aczkolwiek ich studiowanie traktował jak swego rodzaju rozrywkę i naukę. Pochłonięty lekturą usłyszał dźwięk stojącego na biurku telefonu i odruchowo sięgnął po słuchawkę. Zbigniew Kołecki, słucham. Cholera. A mogłem się jednak założyć. Młody twierdził, że już dawno nie będzie cię w biurze. O, doktorze Hauser, miło cię słyszeć. Widzę, że nie tylko ja pracuję do późna. Chciałeś mieć analizę na CITO, no to siedzę po nocy i babram się w tych twoich próbkach. Rozumiem, że mamy już wyniki? Mamy, mamy. No to zamieniam się w słuch. Węgiel, wodór, azot, fosfor, siarka.

Takie jednostki nie występują na Ziemi. Na ziemi nie, ale poza nią lub w innym wymiarze już tak. Kołecki bez słowa zgasił papierosa. Następnie przetarł zmęczoną twarz i wyjrzał przez okno, za którym rozciągał się widok pogrążonego w ciemności miasta, a nad nim dziesiątki małych, połyskujących gwiazd. Dziękuję za informację, doktorze. Jutro z samego rana zapoznam się dokładnie z wynikami. Jest coś jeszcze. Tak? To, co zbadaliśmy, najprawdopodobniej stanowi tylko strukturę zewnętrzną, a połączenie znalezionych odłamków tworzy dość charakterystyczną strukturę.

Jaką? Kokon. Z końca korytarza rozbrzmiało echo ciężko stawianych kroków, a chwilę później w drzwiach stanął wysoki mężczyzna w białym kitlu i kubkiem kawy w dłoni. Wyglądał na zmęczonego. Upadłe policzki oraz zaśnione oczodoły wizualnie dodawały mu więcej lat niż faktycznie miał. Bodźce prawidłowe, tętno i ciśnienie w nocy. Wyniki morfologii i RTG bez zastrzeżeń, także moim zdaniem pacjent jest zdolny do rozmowy. Choć może być lekko zdezorientowany. Kołecki skinął głowę i odłożył na stolik czytaną dotąd gazetę.

– Dzień dobry. – Jak się pan czuje? – zapytał Kołecki najmile i jak tylko był w stanie. Następnie dyskretnie włączył dyktafon. Gdzie ja? Spokojnie. Jest pan bezpieczny. Nic panu nie grozi. Moja... moja żona... Basieńka... Leży w sali obok. Proszę się nie martwić. Wszystko z nią w porządku. Nasi lekarze robią wszystko, aby zapewnić jej komfortowe warunki. Co się stało? Jak się tutaj... No właśnie tego chcielibyśmy się dowiedzieć. Pamięta pan jak się nazywa? Robert. Robert Kątnik. Mhm. Wiek? Adres zamieszkania? 36 lat.

Lublin. Irydiona... Irydiona. W porządku. To wystarczy. Ja nazywam się Zbigniew Kołecki. Pracuję dla Instytutu Badań Paranormalnych. Paranormalnych? Czyli... Czyli że co? Zajmujemy się identyfikacją, badaniem i kontrolowaniem zjawisk paranormalnych, czyli nie pochodzących z tego świata. To tak w skrócie. No i na bazie ostatnich wydarzeń mogę stwierdzić. Oczywiście nieoficjalnie. że doświadczył pan wraz z małżonką tego typu zjawiska. Na szczęście udało nam się w porę zabezpieczyć miejsce ataku i przywieźć państwa do naszej placówki, celem podtrzymania funkcji życiowych oraz oczyszczenia ciał z niepożądanych czynników ektoplazmatycznych.

Kołecki nigdy nie był dobry w przekazywaniu cywilom poufnych informacji. Nie używał łopatologicznego języka, nie mówił prosto i przystępnie. Każdy uratowany pacjent był dla niego kolejnym numerem na liście nieszczęśników, mających styczność z bytem paranormalnym. A tych w swojej karierze odnotował już wiele. Dlatego zalecam ścisłą współpracę. Od pana informacji zależy między innymi to, jak szybko przywrócimy funkcje motoryczne pańskiej żonie. A chyba zależy panu na jej zdrowiu, prawda? Kątnik przełknął ślinę. Blada cera i szeroko otwarte usta świadczyły zarówno o konsternacji, jak i przerażeniu, które malowało się w jego rozszerzonych źrenicach.

Potrzebował kilku sekund, aby uporządkować myśli w miarę racjonalny scenariusz. Z początku wydawało mu się, że Kołecki żartuje, ale na widok jego kamiennego wyrazu twarzy nabrał przekonania, że to wszystko działo się na serio. Ja... Czy to naprawdę... Proszę powiedzieć, co zaszło w nocy z 28 na 29 czerwca, gdy przyjechali państwo do wynajmowanego domu, aby porozmawiać z najemcą. Skąd wy to? Proszę odpowiedzieć. O ile mnie pamięć nie myli, dojechaliśmy gdzieś po 20. Drzwi były zamknięte. Dzwoniliśmy i pukaliśmy, ale Boguś nie otwierał.

Nalegam. Usłyszeliśmy trzask. Gdzieś z dołu, w piwnicy. Jakby coś uderzyło o ścianę. W pierwszej chwili pomyślałem, że jakaś rura pękła. Ale po chwili dźwięk się powtórzył. Tylko głośniejszy. Baśka chciała, żebym poszedł to sprawdzić. Zrobił pan to? Nie zdążyłem. Nagle drzwi od piwnicy otworzyły się z hukiem i poczuliśmy taki okropny smród. Trupiasty jakiś, jakby coś zgniło. A później usłyszeliśmy tupanie. To był Kowalkiewicz? Chciałbym w to wierzyć, panie Kołecki. Co pan ma na myśli?

Przytrzymajcie go! Rozkazał jeden z lekarzy, po czym wbił strzykawkę w ramię mężczyzny i wstrzyknął do krwioobiegu jej zawartość. To wystarczyło, by ustały drgawki oraz jakakolwiek forma aktywności ruchowej. Kątnik po prostu zapadł w natychmiastowy sen. Kołecki zaś bez słowa obserwował całe zajście i nie utrudniał pracy medykom. Gdy pokój pogrążył się już w zupełnej ciszy, po prostu wyłączył dyktafon, poprawił krawat i udał się w stronę wyjścia.

Twarze mieli puste, pozbawione emocji niczym wykute w skalę. Każdy w okularach słonecznych oraz słuchawką w prawym uchu, a także ukrytą przed wzrokiem przechodniówka burą za paskiem. Kołecki znacząco odstawał od nich pod względem wyglądu. Nie chodziło tylko o budowę ciała, lecz także ubiór. Niemal zawsze, niezależnie od okoliczności, nosił czarną, wymiętą koszulę z podwiniętymi rękawami oraz kapelusz Fedora. Poszukiwany jest agresywny, może stawiać opór, dlatego miejcie się na baczności. Ruszamy od razu, powiedział, po czym wskazał dłonią wejście na szpitalny oddział ratunkowy.

W pośpiechu pokonali kilkanaście metrów, przeciskając się przez rzędy zaparkowanych aut. Prewencyjni z przodu, agent Kamarusak za nimi, a Kołecki na końcu. Tworzyli zwartą grupę gotową do bezpośredniego kontaktu. Wprawdzie mogli spodziewać się wszystkiego, nawet frontalnego ataku przy próbie przechwycenia, co oczywiście stanowiło najgorszy możliwy scenariusz. Na takie sytuacje zgodnie z procedurą agenci posiadali przy sobie dawkę silnej substancji usypiającej w strzykawce do natychmiastowego obezwładnienia celu. Drzwi rozsunęły się, ukazując niemal pusty korytarz, a oddział zwolnił i powolnym krokiem wkroczył na sor.

Nadmierny pośpiech mógł wzbudzić podejrzenia. Jednak zanim wszyscy znaleźli się w środku, Kołecki szturchnął asystentkę w bark i wypalił. – Idź ciebie za mnie, muszę coś sprawdzić. – Co? Teraz? Informujcie mnie, gdyby coś się działo. Twarz szagętki zdradzała zaskoczenie, ale z pokorą skinała głową i dołączyła do grupy prewencyjnej. Zbigniew natomiast cofnął się do wyjścia. Ruszył wzdłuż ściany w kierunku centralnej części szpitala, by następnie dojść do chodnika i ławek, na których siedzieli pacjenci. Większość z nich paliła papierosy. Kilka sekund wcześniej, dosłownie przez ułamek chwili, dostrzegł kątem okazary z przechodzącego mężczyzny.

Do tego często kulił się i łapał za brzuch. Kołecki miał już pewność, że śledzi odpowiednią osobę. Kowalkiewicza. Zwłaszcza gdy ten po zejściu z ulicy Pielęgniarek na teren okolicznej parafii skręcił nagle w pobliskie krzaki, zgiął się w pół i zwymiotował zieloną mazią. Powietrze niemal natychmiast przepełnił chemiczny smród. To jednak nie powstrzymało go przed dalszą wędrówką. Gdy wreszcie opróżnił zawartość żołądka, przetarł usta rękawem, burknął coś pod nosem, zatoczył się i z trudem ruszył przed siebie. Dłonie mimowolnie chwytały barierki, nogi plątały się przy każdym kroku.

Zignorował także rzucone pod jego adresem przekleństwa. Przystanął dopiero po kilku minutach, gdy błędne kroki zaprowadziły go do obskurnego baru ze świecącym neonem i odrapanymi ścianami. Chwilę wpatrywał się w drzwi. Westchnął. Ponownie złapał się za brzuch, a potem wszedł do środka. Kołecki odczekał moment. Nie mógł od tak wejść zaraz po nim, więc policzył w myślach do piętnastu i dopiero wtedy otworzył drzwi. Wnętrze baru nie zaskakiwało ekstrawagancją. Dwa stoły do bilarda, szafa grająca na żetony, kilka stolików i wiszący pod sufitem telewizor nastawiony na jakiś mecz piłki nożnej.

Powietrze przepojone było dymem papierosowym oraz zapachem taniego piwa, co w połączeniu z panującym zaduchem niemal przyprawiało zawrót głowy. Tylko kontuar zdawał się zadbany. O jego czystość dbał blond włosy barman, który właśnie nalewał setkę wódki jedynemu klientowi. Równo ułożone kufle lśniły w świetle pobłyskujących żarówek. Szklankę whisky poproszę. Z lodem. Rzucił kołecki, przysiadając się do milczącego Kowalkiewicza. Barman nalał trunek i postawił na ladzie, tuż obok wyciągniętego przez Zbigniewa banknotu. A ten skinął głową, poprawił się na niewygodnym krześle, po czym sięgnął po leżące nieopodal orzeszki ziemne.

Zaraz, skąd wiesz, że trzymałem jajo w piwnicy? Kołecki nie odpowiedział. Z twarzy zniknął mu szyderczy uśmiech, a jego miejsce zajęła powaga. Nie musiał już udawać. Wyciągnął portfel i uregulował należność. A potem, jak gdyby nigdy nic, wstał z krzesła i ruszył w kierunku wyjścia. Hej! Mówię do ciebie! Skąd wiedziałeś, że... Pan pójdzie z nami. Donośny głos rozbrzmiał zza pleców Kowalkiewicza. Nim ten zdążył się obrócić, poczuł ciężką dłoń na swoim barku. A oczom ukazało się trzech mężczyzn w garniturach.

Wiedziałbym, gdyby odnotowano coś podejrzanego. Czyli szukamy igły w Stogusiana. Ech, na to wygląda. Cóż, chyba pora, żebym tam wrócił. Może chłopaki coś przeoczyli. Dom wyglądał na martwy. Nie opustoszały. Martwy. Jakby został porzucony przez życie, ale nie przez obecność. Dach zatrzeszczał od podmuchu wiatru, co nie brzmiało jak zwykłe skrzypienie drewna, a raczej jak oddech. Przy pierwszej wizycie Kołecki nie zwrócił uwagi na konstrukcję budynku, lecz teraz, gdy wysiadł z auta i zatrzymał się przy furtce, nasłuchiwał, jakby spodziewał się, że dom przemówi.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.