Cyfrowe tropy mordercy i ofiary
W Ellington dochodzi do ataku, w którym ginie Connie Dabate. Mąż ofiary opisuje walkę z intruzem, lecz śledczy dostrzegają niespójności w jego wersji. Kluczem stają się cyfrowe tropy pozostawione przez mordercę. Analizujemy sprawę, w której najważniejszym świadkiem stała się nowoczesna technologia.
Okazało się też, że Richard wyrobił kartę kredytową bez wiedzy Connie i używał jej do płacenia za kwiaty dla kochanki, za pokoje w pobliskim Motel 6 i za wizyty w miejscowym klubie ze stripteasem. Dwa lata przed morderstwem przestał opłacać własną polisę na życie. Jak widać naprawdę u nich się działo. Już na początku śledztwa policja wystąpiła o nakazy pozwalające na zabezpieczenie i analizę śladów cyfrowych, czyli danych z telefonów komórkowych, z laptopa, z tabletu, z mediów społecznościowych, z logów systemu alarmowego i też informacji od operatorów telefonii. No i w końcu Fitbita One, należącego do Connie.
Ten Fitbit to jest takie małe urządzenie liczące kroki i aktywność fizyczną, no tyle że nie noszone na ręce, tylko mocowane do ubrania. Kobieta miała je przyczepione do dresowych spodni, no bo wracała z treningu. Zebranie i przeanalizowanie tych wszystkich danych zajęło miesiące, ale kiedy wreszcie złożono je razem, powstała szczegółowa, ośmiostronicowa oś czasu, pokazująca zdarzenia tamtego poranka. Minuta po minucie. No i ta oś nie bardzo zgadzała się z tym, co policji opowiedział Richard. Zacznijmy od laptopa. Richard twierdził, że e-mail do szefa, ten w którym informował, że musi wrócić do domu, wysłał z samochodu zatrzymawszy się na poboczu Reeves Road, czyli to były jakieś 2 km od jego domu.
O 8.47 ktoś próbował rozbroić alarm przez stronę internetową firmy ochroniarskiej. O 8.50 udało się, a chwilę potem znowu alarm uzbrojono. O 8.59 rozbrojono go z pilota przy kluczach, tego samego, na którym Richard wcisnął później przycisk napadowy. Co ważne, po rozbrojeniu najpierw otwarto drzwi do piwnicy, nie wyjście na zewnątrz. Tymczasem kamery parkingu przy YMCA zarejestrowały Connie, która przyjechała o 8.53. Okazało się jednak, że zajęcia są odwołane. O 9.08 wyszła z powrotem do samochodu. O 9.23 Fitbit zarejestrował jej ruch. W tym samym momencie, w którym logi alarmu odnotowały otwarcie drzwi garażowych.
I to wtedy właśnie kobieta weszła do domu. No i tu zaczyna się najważniejsza część tej historii. Otóż według wersji Richarda żona wróciła do domu, wbiegła do piwnicy i tam została zastrzelona przez intruza. Krótko po dziewiątej. Odległość od garażu do miejsca, w którym znalezione jej ciało, to było przy boilerze w kotłowni, wynosiła co najwyżej 40 metrów. Fitbit zarejestrował ostatni ruch Connie o 10.05, czyli niemal godzinę po tym, jak wedle zeznań męża miała być już martwa. No i jeszcze jedno. Od momentu, gdy wróciła do domu do 10.05, Fitbit zarejestrował, że przeszła 371 metrów.
W domu, do którego, zdaniem Richarda, weszła, aby zaraz zginąć w piwnicy. Ale cyfrowe ślady pokazały więcej. Między 9.40 a 9.46 Connie opublikowała dwa filmiki na Facebooku. Przez telefon, łącząc się z domową siecią Wi-Fi. Napisała też wiadomość do znajomej. Connie Dabate chodziła po domu i publikowała posty w mediach społecznościowych przez prawie godzinę po tym, jak wedle jej męża umarła. Słuchasz podcastu Laboratorium zbrodni. Tu się warto zatrzymać na moment i wyjaśnić, czym tak naprawdę był Fitbit należący do Connie. No bo jeśli ktoś zna te dzisiejsze smartwatche z kolorowym ekranem, GPS-em, no to tu mówimy o czymś innym, bo w końcu mamy rok 2015.
Fitbit One to małe, podłużne urządzenie takiej właśnie mniej więcej wielkości kciuka z klipsem służącym do przypięcia do ubrania. Nie miał GPS-u, nie mierzył tętna, po prostu liczył kroki, szacował dystans, rejestrował jakieś wejścia po schodach i obliczał spalone kalorie, a dane synchronizował przez Bluetooth ze sparowanym telefonem. Czyli w sumie taki krokomierz, taki trochę bardziej zaawansowany krokomierz. Tu pojawia się coś nieoczywistego. Ta prostota była siłą, a nie słabością. Później, podczas procesu, obrona Richarda Dabeita skupiła się na obaleniu dowodów pochodzących z FitBita. Wskazywała na margines błędu przy liczeniu kroków. Urządzenie może przecenić lub niedocenić dystans o kilka procent.
To nie jest idealny przyrząd pomiarowy. Nie ma oficjalnej kalibracji. Na sali sądowej stanął jednak Keith Dias, fizjolog i profesor Columbia University, który sam prowadził badania naukowe nad dokładnością urządzeń typu Fitbit. No i wskazał, że ta linia obrony nie ma większego sensu. Dias stwierdził, że nie chodzi o to, czy Fitbit policzył 100 kroków czy 92 kroki. Chodzi o to, że ta osoba w ogóle się poruszała. Gdy urządzenie nie rejestruje żadnego ruchu przez dłuższy czas, możemy być niemal pewni, że osoba w tym czasie nie chodzi. To kluczowe, bo nie chodziło tu o dokładne obliczenia liczby kroków czy przebytego dystansu. Chodziło o stwierdzenie, czy koni się poruszało. Tak, poruszała się do 10.05.
Takie wykorzystanie danych określa się czasem jako death logging, rejestrowaniem śmierci. Oczywiście urządzenia zaprojektowane są do śledzenia aktywności fizycznej i stanu zdrowia, no ale bywa, że zapis tych danych No a szczególnie urwanie się tego zapisu stają się bardzo ważną informacją. Zresztą dane z podobnych urządzeń pojawiały się też w innych procesach sądowych. Na przykład w 2018 roku w stanie Kalifornia zamordowano Karen Navarre. Jej Fitbit był już nowocześniejszy, mierzył tętno. I dane odzyskane z niego pokazały gwałtowny skok pulsu, pod którym nastąpiło jego ustanie. Śledczy zdołali zawęzić czas śmierci do kilkunastu minut. Z kolei w Australii Apple Watch Myrnil Nilsson zarejestrował zmiany tętna pozwalające ustalić siedmiominutowe okno ataku, który zakończył się śmiercią właścicielki urządzenia.
Na przykład sprawa Myrna Nilsson zakończyła się uniewinnieniem oskarżonej Caroline Nilsson, mimo że dane z Apple Watch zaprzeczały jej wersji wydarzeń. Tam ława przysięgłych uznała, że nie wystarczą one do skazania człowieka. Warto też pamiętać, że prymitywny Fitbit One dostarczał niewielu informacji. Współczesne smartwatche rejestrują lokalizację co sekundę, mierzą tętno w sposób ciągły, mogą wykonywać elektrokardiogram, mogą mierzyć poziom tlenu we krwi, wykrywać upadki noszące je osoby. W niektórych modelach działają niezależnie od telefonu, korzystając z własnego połączenia z internetem. Ślad, jaki pozostawiają noszące je osoby, stał się, no cóż, niezwykle złożony, no i też precyzyjny.
Fitbit zarejestrował jej ostatni ruch o 10.05. W tym czasie zdążyła od wyjścia z samochodu przejść po domu niemal 400 metrów i opublikować dwa filmiki na Facebooku. Widać więc, że poza mętnymi opowieściami o romansie i ciąży, policja miała wreszcie w ręku konkrety, twarde, cyfrowe dowody, które mężczyzna zostawiał na każdym kroku. Wydawałoby się, że taka masa dowodów powinna szybko doprowadzić do aresztowania Richarda Dabata i postawienia mu zarzutów. Tymczasem od chwili zabójstwa do momentu, kiedy policja mogła zatrzymać domniemanego zabójcę minęło długich 16 miesięcy, bo do aresztowania doszło dopiero w kwietniu 2017 roku.
Powód takiej zwłoki był jeden – przeprowadzenie dochodzenia opartego w większości na dowodach cyfrowych i to zbieranych z różnych źródeł okazało się niezwykle złożone. Każde z urządzeń – telefony, tablet, system alarmowy, komputer, Fitbit, konta w mediach społecznościowych, logi operatora – każde wymagało osobnego nakazu sądowego. Potem każdy nakaz trzeba było wykonać. Wysłać do dostawcy, uzyskać dane, uwierzytelnić je, przeprowadzić analizę. Microsoft, dostawca internetu, Feedbit, Facebook, firma ochroniarska. Każda z nich miała własne procedury i harmonogramy. Dopiero gdy wszystkie te strumienie danych spłynęły i zostały ze sobą połączone, no to wówczas mogła powstać ta ośmiostronicowa oś czasu, o której mówiliśmy.
Jednak powołany biegły wyjaśnił, że ten typ śladów może utrzymywać się w domach, na przedmiotach bardzo długo i przy dokładnym badaniu można wykryć niezidentyfikowane DNA praktycznie wszędzie, a sama jego obecność niczego nie dowodzi. Obrona atakowała też dokładność Fitbita, próbując podważyć wiarygodność danych z urządzenia. O tym już mówiliśmy. Richard zeznawał we własnej obronie. Siedział spokojnie, mówił spokojnie i zaprzeczał wszystkiemu. Słuchacz podcastu Laboratorium zbrodni. 10 maja 2022 roku ława przysięgłych ogłosiła werdykt. Winny morderstwa, winny fałszowania dowodów, winny składania fałszywych zeznań.
Pokazano wszystkie 12 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.