Mentionsy Mentionsy
LALKA. Czyta Andrzej Seweryn
LALKA. Czyta Andrzej Seweryn

"Lalka" Bolesława Prusa. Fragment trzeci

07.09.2026 ·21 min 9 s · 2 rozdziały

Wokulski i Łęcka powracają. Tym razem głosem Andrzeja Seweryna. To jest trzeci odcinek audio adaptacji "Lalki" Bolesława Prusa emitowanej na antenach RMF FM i RMF Classic. Premiery online w poniedziałki i czwartki.

0:00 · Wokulski w sklepie 13

Nieważne, czy to dekoracje, artykuły do domu, czy kreatywne majsterkowanie. W TEDi znajdziesz to wszystko i o wiele więcej na co dzień. Tuż za rogiem i w niskich cenach. Odkryj ogromny wybór i oszczędzaj już teraz w TEDi. 30% rabatu na wszystkie artykuły piśmiennicze na dobry początek roku szkolnego. TEDi. Pełen pomysłów. Znalazłszy się na ulicy, Wokulski stanął na chodniku, jakby namyślając się, dokąd iść. Nie ciągnęło go nic w żadną stronę. — Dziwna rzecz, jak mnie to wszystko mało obchodzi — rzekł do siebie. — Sklep odstąpię, nie zawiążę spółki i wyjadę za granicę. — A zawód, jaki zrobisz ludziom, którzy w tobie położyli nadzieję? — Zawód? Alboż mnie samego nie spotkał zawód?

Stopniowo sformułował sobie warunki zapoznania się z panną Izabelą. A żeby mógł nic więcej tylko szczerze rozmówić się z nią, należało nie być kupcem albo być bardzo bogatym kupcem, być co najmniej szlachcicem i posiadać stosunki w sferach arystokratycznych, nade wszystko zaś mieć dużo pieniędzy. Wylegitymowanie się ze szlachectwa nie było rzeczą trudną. W maju roku zeszłego Wokulski wziął się do tej sprawy, którą jego wyjazd do Bułgarii o tyle przyspieszył, Już w grudniu miał dyplom. Z majątkiem było znacznie trudniej, w tym przecie dopomógł mu los. W początkach wojny wschodniej przejeżdżał przez Warszawę bogaty moskiewski kupiec Suzin, przyjaciel Wokulskiego jeszcze z Syberii. Odwiedził Wokulskiego i gwałtem zachęcał go do przyjęcia udziału w dostawach dla wojska.

Zbierz pieniędzy, Stanisławie Piotrowiczu, ile się da, mówił, a uczciwe słowo zrobisz okrągły milionik. Następnie półgłosem wyłożył mu swoje plany. Wokulski zdecydował się i podniósł całą gotówkę po żonie w ilości rubli srebrnych trzydzieści tysięcy, którą nieboszczka trzymała nietykalną w banku. Na kilka dni przed wyjazdem zaszedł do znajomego lekarza Schumana, z którym pomimo obustronnej życzliwości widywali się nieczęsto. Lekarz, Żyd, stary kawaler, żółty, mały, z czarną brodą, miał reputację dziwaka. Posiadając majątek leczył darmo i o tyle tylko, o ile było mu to potrzebnym do studiów etnograficznych. — A, jesteś — rzekł do Wokulskiego, odwracając głowę.

— Nałóż sobie fajkę, jeżeli chcesz, i kładź się na kanapie, jeżeli się zmieścisz. Gość zapalił fajkę i położył się, jak mu kazano. Doktor robił swoje. Przez pewien czas obaj milczeli, wreszcie odezwał się Wokulski. — Czy myślisz — spytał Wokulski — że można kochać kobietę w sposób idealny, nie pożądając jej? Naturalnie. Jest to jedna z masek, w którą lubi przebierać się instynkt utrwalania gatunku. Instynkt? Gatunek? Instynkt utrwalania czegoś i utrwalania gatunku? Powtórzył Wokulski. Trzy wyrazy, a cztery głupstwa. Zrób szóste, odpowiedział doktor, nie odejmując oka od szkła, i orzeń się. — Szóste? — rzekł Wokulski, podnosząc się na kanapie.

— A gdzież piąte? — Piąte już zrobiłeś. Zakochałeś się. — Ja? W moim wieku? Czterdzieści pięć lat to epoka ostatniej miłości. Najgorszej — odpowiedział doktor. — Zdawcy mówią, że pierwsza miłość jest najgorsza — szepnął Wokulski. — Nieprawda. Po pierwszej czeka cię sto innych, ale po setnej pierwszej już nic. Żeń się. Jedyny to ratunek na twoją chorobę. Wokulski ocknął się z tych dawnych wspomnień. Obok niego stał jakiś człowiek w wypłowiałej kapocie z rudawym zarostem. Zdjął czapkę i pocałował Wokulskiego w rękę. Wokulski przypatrzył mu się uważniej.

– Wysocki? – Rzekł. – Co ty tu robisz? – Tu mieszkamy, wielmożny panie, w tym domu. Odpowiedział człowiek wskazując na niską lepiankę. – Dlaczego nie przyjeżdżasz po transporta? – pytał Bokulski. – Czym przyjadę, panie, kiedy jeszcze na Nowy Rok koń mi padł? – Cóż robisz? – A ot tak, razem nic. Zimowaliśmy u brata, co jest drużnikiem na wiedeńskiej kolei, ale i jemu bieda, bo go ze Skierniewic przenieśli pod Częstochowę. W Skierniewicach ma trzy morgi i żył jak bogacz, a dzisiaj i on kiepski, i grunt wynędznieje bez dozoru. Ale i wielboczny pan coś markotnie wygląda. Tak i już widać czas nastał, że wszyscy muszą zginąć. Westchnął ubogi człowiek.

Wokulski wydobył portmonetkę. Masz tu, rzekł, dziesięć rubli na święta. Jutro w południe przyjdziesz do sklepu i dostaniesz kartkę na Pragę. Tam u handlarza wybierzesz sobie konia, a po świętach przyjeżdżaj do roboty. U mnie zarobisz ze trzy ruble na dzień, więc dług spłacisz łatwo. Ubogi człowiek, dotknąwszy pieniędzy, zaczął się trząść. Uważnie słuchał Wokulskiego, a łzy spływały mu po wychudzonej twarzy. Odszedł, lecz przystawał na drodze. Widocznie rozmyślał nad niespodziewanym szczęściem. W tej chwili Wokulskiego tknęło szczególne przeczucie. – Wysocki! – zawołał. – A twojemu bratu jak na imię? – Kasper! – odpowiedział człowiek, wracając pędem. – Przy jakiej mieszka stacji? – Przy Częstochowie, panie.

Idź do domu, może Kasprę przeniosą do Skierniewic. Ale ten zamiast iść zbliżył się. Przepraszam, wielmożny panie, rzekł nieśmiało, ale jak mnie kto zaczepi? Skąd mam tyle pieniędzy? Powiedz, że na rachunek wziąłeś ode mnie. Rozumiem, panie. Bóg, niech Bóg. Ale Wokulski już nie słuchał. Szedł w stronę Wisły, myśląc, jakże oni szczęśliwi ci wszyscy, w których tylko głód wywołuje apatię, a jedynym cierpieniem jest zimno i jak łatwo ich uszczęśliwić. Nawet moim skromnym majątkiem mógłbym wydźwignąć parę tysięcy rodzin. Nieprawdopodobne, a przecież tak jest. W sklepie zastał Wokulski tylko jedną osobę. Była to dama wysoka, w czarnych szatach, nieokreślonego wieku.

Przed nią leżał stos neseserek. Drewnianych, skórzanych, pluszowych i metalowych, prostych i ozdobnych, najdroższych i najtańszych, a wszyscy subiekci byli na służbie. Klejn podawał coraz nowe neseserki, Mraczewski chwalił towar, a Lisiecki akompaniował mu ruchami ręki i brody. Bokulski usiadł do swej księgi i udawał, że rachuje, ale naprawdę nie robił nic. Nie miał siły. W tej chwili otworzyły się drzwi sklepu i ukazał się w nich jeszcze oryginalniejszy jegomość. Lisiecki powiedział o nim, że jest podobny do suchotnika, któremu w trumnie zaczęły odrastać wąsy i faworyty. Spojrzał na damę i spadły mu z nosa ciemne winokle. – O!

Dama zwolna podniosła się z krzesła i zbliżyła się do kantorka, za którym siedział Wokulski. Czy mogę spytać, rzekła drżącym głosem, ile panu winien jest ten pan, który dopiero co wyszedł? Rachunki tego pana ze mną, szanowna pani, gdyby je miał, należą tylko do niego i do mnie, odpowiedział Wokulski kłaniając się. Panie, ciągnęła dalej rozdrażniona dama, jestem Krzeszowska, a ten pan jest moim mężem. Długi jego obchodzą mnie, ponieważ on zagarnął mój majątek, o który w tej chwili toczy się między nami proces. Daruję pani, przerwał Wokulski, ale stosunki między małżonkami do mnie nie należą. A więc tak. Zapewne, że dla kupca jest to najwygodniej. Adieu. I opuściła sklep trzaskając drzwiami.

Wokulski trochę pobladł, lecz spokojnie usiadł do rachunków. — Cóż to za oryginalne diabły, panie Braczewski? — spytał Lisiecki. — A to cała historia! — odparł Braczewski, przypatrując się spod oka Wokulskiemu. — Jest to baron Krzeszowski, wielki dziwak i jego żona, trochę narwana. Nawet skuzynowani ze mną, ale cóż… — westchnął, spoglądając w lustro. Otóż pan baron i pani baronowa od roku prowadzą ze sobą wojnę. On chce rozwodu, na co ona się nie zgadza. Ona chce przepędzić go od zarządu swoim majątkiem, na co on się nie zgadza. Ona nie pozwala mu trzymać koni, szczególnie jednego wyścigowca, a on nie pozwala jej kupić kamienicy po Łęckich, w której pani Krzeszowska mieszka i gdzie straciła córkę. Oryginały.

Bokulski mienił się, siedząc na fotelu. Już nie mógł znieść głosu Mraczewskiego. Kuzyn Krzeszowskich, myślał, dostanie bilet miłosny od panny Izabeli. A, infamis. Około siódmej sklep już stanowczo wyludnił się. Subiekci rozmawiali. Wokulski wciąż rachował. Wtem znowu usłyszał nieznośny głos Mraczewskiego, który mówił arganckim tonem, co mi pan panie Klejn będzie zawracał głos. Wszyscy socjaliści są złodzieje, bo chcieliby dzielić się cudzym. I szubrawcy, bo mają na dwu jedną parę butów i nie wierzą w chustki do nosa. Bokulski zamknął księgę i włożył ją do kantorka. – Panie Maraszewski, co pan każe? – spytał piękny młodzieniec, biegnąc do kantorka krokiem kontredansowym.

– Od jutra niech pan postara się o inne miejsce – rzekł krótko Bokulski. Maraszewski usłupiał. – Dlaczego, panie szefie, dlaczego? Dlatego, że u mnie już pan nie ma miejsca, to powiedziawszy, Wokulski wstał z fotelu i wyszedł na ulicę. W Wielki Piątek z rana Wokulski przypomniał sobie, że dziś i jutro hrabina Karolowa i panna Izabela będą kwestowały przy grobach. Trzeba tam pójść i coś dać, pomyślał. Chociaż, dodał po chwili, posłałem im już dywany, ptaszki śpiewające pozytywkę, nawet fontannę. To chyba wystarczy na zbawienie jednej duszy. Nie pójdę. Ale w Wielką Sobotę sprawa przedstawiła mu się całkiem z nowego punktu. Oszalałem, mówił, więc jeżeli nie pójdę do kościoła, gdzież ją spotkam?

11:32 · Wokulski na grobach 11

Tu i ówdzie na posadzce świątyni widać było niewyraźne cienie ludzi leżących krzyżem albo zgiętych ku ziemi, jakby kryli się ze swoją pobożnością pełną pokory. Od pogrążonych w modlitwie cieniów wzrok jego pobiegł ku światłu i zobaczył w różnych punktach świątyni stoły okryte dywanami, Na nich tace pełne bankocetli, srebra i złota, a dokoła nich damy siedzące na wygodnych fotelach, odziane w jedwab, pióra i aksamity, otoczone wesołą młodzieżą. Najpobożniejsze pukały na przechodniów, wszystkie rozmawiały i bawiły się jak na raucie. Przy czwartym stole w głębi kościoła spostrzegł hrabinę Karolową i panny Izabelę. Pokulski poszedł ku nim, potrącając klęczących i omijając inne stoły, przy których pukano na niego zawzięcie.

Zbliżył się do tacy i, ukłoniwszy się hrabinie, położył swój rulon imperiałów. Boże, pomyślał, jak ja głupio muszę wyglądać z tymi pieniędzmi. Hrabina odłożyła książkę. – Witam cię, panie Wokulski – rzekła. – Wiesz, myślałam, że już nie przyjdziesz i powiem ci, że nawet było mi trochę przykro. Mówiłam cioci, że przyjdzie i do tego z workiem złota – odezwała się po angielsku panna Izabela. Hrabinie wystąpił na czoło rumieniec i gęsty pot. Zlękła się słów siostrzenicy, przypuszczając, że Wokulski rozumie po angielsku. – Proszę cię, panie Wokulski – rzekła prędko – siądź tu na chwilę, bo delegowany nas opuścił. Pozwolisz, że ułożę twoje imperiały na wierzchu dla zawstydzenia tych panów, którzy wolą wydawać pieniądze na szampana.

— Ależ niech się ciocia uspokoi — wtrąciła panna Izabela, znowu po angielsku. — On z pewnością nie rozumie. — Proszę cię, Belciu — rzekła hrabina tonem uroczystym — pan Wokulski, który tak hojną ofiarę złożył na naszą ochronę. Słyszałam, odpowiedziała panna Izabela po polsku. Pani hrabina, rzekł trochę żartobliwie Wokulski, chce mnie pozbawić zasługi w życiu przyszłym, chwaląc postępki, które zresztą mogłem spełniać w widokach zysku. Domyślałam się tego, szepnęła panna Izabela po angielsku. Hrabina o mało nie zemdlała, czując, że Wokulski musi domyślać się znaczenia słów jej siostrzenicy, choćby nie znał żadnego języka.

– Możesz, panie Wokulski – rzekła z gorączkowym pośpiechem – możesz łatwo zdobyć sobie zasługę w życiu przyszłym, choćby przebaczając urazy. Zawsze je przebaczam, odparł nieco zdziwiony. Pozwól sobie powiedzieć, że nie zawsze, ciągnęła hrabina. Jestem stara kobieta i twoja przyjaciółka, panie Wokulski, dodała z naciskiem, więc zrobisz mi pewne ustępstwo. Czekam na rozkazy, pani. Onegdaj, dałeś dymisję jednemu z twoich urzędników, niejakiemu Mraczewskiemu. – Za cóż to? – nagle odezwała się panna Izabela. – Nie wiem – rzekła hrabina. – Podobno chodziło o różnicę przekonań politycznych czy coś w tym guście. Dasz się ubłagać, panie Wokulski, znam matkę tego chłopca i wierz mi, że przykro patrzeć na jej rozpacz.

Wokulski zamyślił się. – Dobrze – odpowiedział. – Dam mu posadę, ale w Moskwie. Panna Izabela podniosła oczy od książki i dziwnym wzrokiem, patrząc na Bokulskiego, spytała. – Pan nigdy nie cofa swoich postanowień? – Nie – odpowiedział, ale w tej chwili spuścił oczy. – A gdybym poprosiła za tym młodym człowiekiem? Bokulski spojrzał na nią zdumiony. – W takim razie odpowiedziałbym, że pan Braczewski stracił miejsce, ponieważ niestosownie odzywał się o osobach, które zaszczyciły go trochę łaskawszym tonem w rozmowie. Jeżeli jednak pani każe... Teraz panna Izabela spuściła oczy, zmieszana w wysokim stopniu. A wszystko mi jedno w rezultacie. Gdzie się osiedli ten młody człowiek?

Niech jedzie i do Moskwy. — Tam też pojedzie — odparł Wokulski. — Moje uszanowanie, panią — dodał, kłaniając się. Panna Izabela z daleka kiwnęła mu głową i znowu spojrzała w sposób, który wydawał mu się bardzo niezwykłym. A gdy Wokulski zniknął w cieniach kościoła, rzekła do hrabiny. — Cioteczka kokietuje tego pana. — Ej, ciociu, to zaczyna być podejrzane. Twój ojciec ma słuszność, odparła hrabina. Ten człowiek może być użytecznym. Zresztą za granicą podobne stosunki należą do dobrego tonu. Bokulski nie opuścił kościoła, ale w pobliżu drzwi skręcił w boczną nawę. Tuż przy grobie Chrystusa, naprzeciw stolika hrabiny, stał w kącie pusty konfesjonał.

Bokulski wszedł do niego, przymknął drzwiczki i niewidzialny przypatrywał się pannie Izabeli. Trzymała w ręku książkę, spoglądając od czasu do czasu na drzwi kościelne. Na twarzy jej malowało się zmęczenie, Do stolika hrabiny zbliżył się elegancki młodzieniec i coś położył na tacy. Na jego widok panna Izabela zarumieniła się i oczy jej nabrały tego dziwnego wyrazu, który zawsze tak zastanawiał Wokulskiego. Przyszedł delegowany. Hrabina podniosła się z fotelu, to samo zrobiła panna Izabela i przystojny młodzieniec, i wszyscy troje z wielkim szelestem poszli ku drzwiom, zatrzymując się przy innych stolikach. Każdy z asystującej tam młodzieży gorąco witał pannę Izabelę, a ona każdego obdarzała tymi samymi, zupełnie tymi samymi spojrzeniami, które wokulskiemu zachwiały rozum.

Wreszcie wszystko ucichło. Hrabina i panna Izabela opuściły kościół. W Wielką Niedzielę Wokulski najętym powozem zajechał przed mieszkanie hrabiny. Powitał go pan Łęcki. Wziął go pod rękę i w sposób bardzo uroczysty wprowadził do pierwszego salonu, gdzie byli sami mężczyźni. — Widzisz, pan, hrabia — zaczął pan Tomasz. — Znam — odparł Wokulski, a w duchu dodał — winien mi ze trzysta rubli. – Jenerał! – objaśniał dalej pan Tomasz. Jenerał, ujrzawszy Wokulskiego, podał mu rękę i przywitali się jak starzy znajomi. Pan Tomasz stawał się coraz tkliwszym dla Wokulskiego i zaczynał dziwić się, widząc, że kupiec galanteryjny zna najwybitniejsze osobistości w mieście, a nie zna tylko tych, którzy odznaczali się tytułem albo majątkiem, nic zresztą nie robiąc.

Przy wejściu do drugiego salonu, gdzie było kilka dam, zastąpiła im drogę hrabina Karolowa. Koło niej przesunął się służący Józef. – Rozstawili pikiety – pomyślał Wokulski – ażeby nie skompromitować Dorobkiewicza. Grzecznie to z ich strony, ale… – Jakże się cieszę, panie Wokulski – rzekła hrabina, odbierając go panu Tobaszowi. – Jakże się cieszę, że spełniłeś moją prośbę. W trzecim salonie, dokąd wszedł z hrabiną Wokulski, znajdował się bufet tudzież mnóstwo większych i mniejszych stolików, przy których dwójkami, trójkami, nawet czwórkami siedzieli zaproszeni. Kilku służących roznosiło potrawy i wina, a dyrygowała nimi panna Izabela.

Miała na sobie bladoniebieską suknię i wielkie perły na szyi. Była tak piękna i tak majestatyczna w ruchach, że Wokulski patrząc na nią skamieniał. Nawet marzyć o niej nie mogę, pomyślał z rozpaczą. Jednocześnie we framudze okna spostrzegł młodego człowieka, który był wczoraj na grobach, a dziś siedział sam przy małym stoliczku, nie spuszczając oka z panny Izabeli. — Naturalnie, że ją kocha — myślał Wokulski i doznał takiego wrażenia, jakby owionoł go chłód grobu. — Jestem zgubiony — dodał w duchu. Wszystko to trwało kilka sekund. — Czy widzisz pan tę staruszkę między biskupem i jenerałem? — odezwała się hrabina. — Jest to prezesowa Zasławska, moja najlepsza przyjaciółka, która koniecznie chce pana poznać.

— Oto jest, prezesowo, pan Stanisław Wokulski — odezwała się hrabina do staruszki ubranej w ciemną suknię i kosztowne koronki. — Siądź, proszę cię — rzekła prezesowa, wskazując mu krzesło obok. — Stanisław ci na imię, tak? A z którychże to Wokulskich? — Z tych nieznanych nikomu — odparł. A nie służyłże twój ojciec w wojsku? Ojciec nie, tylko stryj. A gdzież to on służył, nie pamiętasz? Czy nie było mu na imię także Stanisław? Tak, Stanisław. Był porucznikiem, a później kapitanem w siódmym pułku liniowym. W pierwszej brygadzie drugiej dywizji, przerwała prezesowa.

Pokazano wszystkie 24 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.