Hrabia Monte Christo. 84. Podróż
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
84. Podróż. Monte Christo aż krzyknął z radości, widząc, że młodzieńcy przyszli razem. — No, spodziewam się, że wszystko już skończone i wyjaśnione. — Tak — odpowiedział Beauchamp. — Niedorzeczne pogłoski przycichły same, a jeśli zaczęłyby się znowu szerzyć, we mnie znalazłyby największego przeciwnika. Nie mówmy więc już o tym. — Niech Albert panu powie — rzekł hrabia — że dałem mu taką właśnie radę. Ale dobrze, że tu jesteście, bo spędziłem dzisiaj tak fatalny ranek, jaki mi się jeszcze nie zdarzył. — Ale co pan robi? — zapytał Albert. — Porządkuje pan swoje papiery? — Moje? Dzięki Bogu, nie. W moich papierach jest zawsze porządek. Po prostu dlatego, że ich nie mam.
To papiery pana Cavalcanti. — Jakiego pana Cavalcanti? — zapytał Beauchamp. — A tak, nie wiesz? To młody człowiek, którego pan Hrabia wprowadza do towarzystwa — wyjaśnił Morser. — Zaraz, zaraz, chwileczkę — zaoponował Hrabia. — Nikogo nie wprowadzam, a tym bardziej pana Cavalcantiego. — I który ma zająć moje miejsce przy panie Danglar? — dodał Albert, siląc się na uśmiech. — Co mnie bardzo martwi, jak się zapewnie domyślasz, mój kochany. Jak to, Cavalcanti żeni się z panną d'Anglard? – zdumiał się Beauchamp. A cóż to, wraca pan z dalekich krajów? – zdziwił się Monte Christo. I to pan, dziennikarz ożeniony, z plotką, nic o tym nie wiesz? Cały Paryż o niczym innym nie mówi. To pan skojarzyłeś to małżeństwo?
– zapytał Beauchamp. Ja? Panie ciekawski, niech pan nie opowiada podobnych rzeczy. Ja miałbym kojarzyć małżeństwa. Pan mnie nawet jeszcze naprawdę nie zna. Sprzeciwiałem się temu ze wszystkich sił, odmówiłem nawet pośredniczenia. Teraz rozumiem, rzekł Beauchamp. Zapewne przez wzgląd na naszego przyjaciela, Alberta. Przez wzgląd na mnie? spytał młodzieniec. Nie, na pewno nie. Niech hrabia sam przyzna i zaświadczy, że ciągle pana prosiłem o pomoc w zerwaniu tego narzeczeństwa. Na szczęście zostało zerwane. Hrabia utrzymuje, że nie jemu powinien dziękować. Wzniosę więc wzorem starożytnych ołtarz Deo Ignoto. Panowie, rzekł Monte Christo, tak bardzo nie wtrącałem się do tej sprawy, że moje stosunki zarówno z teściem, jak i z tym młodym człowiekiem nieco się ochłodziły.
Ale co panu jest, Albercie? Tak pan posmutniał. Nie jest pan aby, sam o tym nie wiedząc, zakochany w panie Danglard? — O, o ile wiem, to nie — odpowiedział Albert, uśmiechając się smutno. Beauchamp zaczął oglądać obrazy. — Ale mimo wszystko — mówił Monte Christo — chyba nie jesteś pan w humorze. — Mam migrenę. — A wie pan, kochany wicehrabio — rzekł Monte Christo — mam na tę chorobę niezawodne dla pana lekarstwo. Pomaga mi ono za każdym razem, gdy natykam się na jakieś przeciwności. — Cóż to takiego? — zapytał młodzieniec. Zmiana miejsca. Naprawdę? Tak. Teraz na przykład spotkały mnie pewne przykrości, więc wyjeżdżam.
Chce pan pojechać ze mną? Spotkały pana przykrości? Zdziwił się Boszą. To niesłychane. A jakie? No, mówi pan o tym tak niefrasobliwie. Bardzo chciałbym zobaczyć, jaką miałby pan minę, gdyby w pańskim domu toczyło się śledztwo. Śledztwo? Jakie śledztwo? No przecież pan de Villefort prowadzi dochodzenie przeciw memu zacnemu mordercy. To podobno bandyta uciekinier z galer. A, prawda, rzekł Beauchamp. Czytałem o tym w dziennikach. Co to za jeden ten kaderus? Zdaje się, że pochodził z Prowansji. Pan de Villefort słyszał o nim, gdy był jeszcze w Marsylii. A i pan Danglar przypomina sobie, że skądś go zna. Toteż prokurator bardzo wziął sobie sprawę całą do serca.
No albo prawie, to była taka mała wycieczka. No to co z tego? Jedź z nami, zawołał Albert. Nie, kochany Albercie, zrozum. Że skoro odmawiam, to znaczy, że naprawdę nie mogę jechać. Zresztą muszę przecież, dodał ciszej, pozostać w Paryżu choćby po to, aby pilnować listów, jakie napływają do gazety. Jesteś wspaniałym przyjacielem. Tak, masz rację, zostań, pilnuj i postaraj się odkryć wroga, który zamieścił to ogłoszenie. Beauchamp wyszedł. Ostatni uścisk dłoni, jaki wymienili z Albertem, wyraził wszystko to, czego nie mogli sobie powiedzieć w obecności hrabiego. – Ach, co to za wspaniały chłopak ten Beauchamp! – rzekł Monte Christo po wyjściu redaktora. Prawda, panie Albercie?
O tak. Sama szlachetność. Mogę za to zaręczyć. Kocham go z całej duszy. Ale skoro już jesteśmy sami, to niechże mi pan powie, dokąd się udamy. Do Normandii, jeśli się pan zgodzi. Cudownie. Na głuchą wieś, prawda? Żadnego towarzystwa, żadnych sąsiadów. Będziemy tam sam na sam z końmi, z psami do polowania i łódką, jeśli zechcemy wypłynąć na ryby. Tego mi trzeba. Uprzedzę tylko matkę i jestem na pańskie rozkazy. Ale czy pozwoli pan, by wyjechał pan z człowiekiem, którego nazywają hrabią de Monte Christo? Hrabio, jaką ma pan krótką pamięć? Jak to? Czy nie mówiłem już panu wielokrotnie, że matka darzy pana szczególną sympatią?
Kobieta zmienną jest, jak mówił Franciszek I. Kobieta to fala, jak mawiał Szekspir. Jeden był wielkim monarchą, drugi wielkim poetą. Musieli się więc znać na kobietach. Na kobietach tak, ale moja matka jest kobietą jedyną w swoim rodzaju. Jest niezmiernie oszczędna w okazywaniu uczuć, ale gdy już nimi kogoś obdarzy, to na zawsze. Ach, doprawdy, westchnął Monte Christo. I według Pana, Pańska Matka zaszczyca mnie innym uczuciem niż tylko doskonałą obojętnością. Już to Panu mówiłem, ale powtórzę jeszcze raz. Jest Pan naprawdę bardzo dziwnym człowiekiem i doprawdy ponadprzeciętnym. Tak, bo moja Matka nie tylko jest Panem zaciekawiona, ale jest wyraźnie zainteresowana.
Gdy jesteśmy sami, rozmawiałem wyłącznie o Panu. I nie przestrzegła Pana przede mną? Wprost przeciwnie, powiedziała mi Albercie. Jestem przekonana, że Hrabia jest człowiekiem głęboko szlachetnym. Staraj się pozyskać jego przyjaźń. Monte Christo spuścił oczy i westchnął. Do prawdy. Tak więc nie tylko nie będzie się sprzeciwiać mojej podróży, ale pochwali ją z całego serca, bo w ten sposób będę mógł spełnić jej zalecenie, które powtarza mi co dzień. Niech więc pan idzie. I do wieczora. Czekam o piątej. Będziemy na miejscu o północy, najpóźniej o wpół do pierwszej. Gdzie? W Treport? W 8 godzin? Chce pan przejechać 48 mil? — O, można i prędzej — odparł Monte Christo.
— Jesteś pan naprawdę cudotwórcą. Jeszcze trochę, a prześcignie pan nie tylko koleje żelazne, co we Francji nie będzie szczególnie trudne, ale nawet telegraf. A tymczasem niech pan będzie punktualny, bo czeka nas jakieś 7-8 godzin drogi. — Proszę się nie martwić. Będę musiał się tylko spakować. Albert wyszedł. Monte Christo uśmiechnął się jeszcze, skinął w szybu głową, po czym przystanął na chwilę, pogrążając się w zadumie. W końcu przesunął dłonią po czole, jakby chciał w ten sposób rozpędzić jakieś myśli. Podszedł do dzwonka i zadzwonił dwa razy. Wszedł Bertuccio. — Panie Bertuccio! — rzekł. — Nie jutro ani nie pojutrze, jak zamierzałem na początku, ale dziś jeszcze wyjeżdżam do Normandii. Zdaje mi się, że do piątej ma pan dość czasu.
Każ uprzedzić koniuszych na pierwszej stacji. Pan de Morserve jedzie ze mną. Bertuccio wyszedł i natychmiast spełnił rozkaz. Foryś popędził do Pontuiz z wiadomością, że powóz nadjedzie o szóstej. Z Pontuiz natychmiast wyruszył goniec do następnej stacji i tak po sześciu godzinach wzdłuż całej drogi czekały gotowe konie. Przed wyjazdem hrabia poszedł do Hajdi, zawiadomił ją o podróży i oddał cały dom pod jej rozkazy. Albert przybył punktualnie. Podróż z początku smętna stała się intrygująca na skutek szybkości, jakiej nabrali. Albert nie wyobrażał sobie nawet, że można tak pędzić. No, no tak, rzekł Monte Christo. Waszymi dyliżansami jedzie się ledwo dwie mile na godzinę, a przy tym macie to głupie prawo, które mówi, że nie wolno wyprzedzać innych podróżnych bez odpowiedniego pozwolenia.
Kiedy się zbudził, podszedł od razu do okna, otworzył je, po czym wyszedł na mały taras. Przed nim rozpościerało się bezkresne morze, a z tyłu widać było śliczny park, który łączył się z niewielkim lasem. W niewielkiej zatoczce kołysała się zakotwiczona korweta o smukłych masztach. Na szczycie najwyższego z nich powiewała flaga z herbem hrabiego de Monte Christo. Na tarczy widniała złota góra na tle przejrzystego, błękitnego nieba. Na wierzchołku góry wznosił się szkarłatny krzyż. Mogła to być zarówno aluzja do nazwiska hrabiego, przypominającego o jego kalwarii, górze, którą męka Pana Naszego uczyniła droższą od złota,
i do krzyża hańbiącego narzędzia śmierci, które uświęciła boska krew, jak i do jakichś osobistych wspomnień. Wspowitym mrokiem przeszłości tego człowieka zdawały się bowiem skrywać jakieś wielkie, nieznane cierpienia i równie tajemnicze odrodzenie. Wokół korwety aż roiło się od rybackich łódek, należących do chłopów z okolicznych wiosek. Łodzie te przypominały pokornych poddanych, oczekujących na rozkazy królowej. Wszystko tutaj, jak i w każdym innym miejscu, w którym Monte Christo bawił choćby dwa dni, było urządzone z najwyższym komfortem. Życie w jednej chwili stawało się tu wygodne i łatwe. Albert zastał w przedpokoju dwie strzelby i wszelkie przybory myśliwskie.
Na parterze znajdowało się dość wysokie pomieszczenie, zawierające zestaw urządzeń przeznaczonych do wędkowania stosowanych przez Anglików, wielkich pasjonatów łowienia ryb, co wynika z tego, że są zarazem cierpliwi i leniwi. Jak dotąd nie zdołali oni jednak zarazić upodobaniem do tych zmyślnych urządzeń zawodowych rybaków we Francji. Cały dzień upłynął na rozmaitych rozrywkach, w których wynajdywaniu Hrabia Monte Christo był wprost niezrównany. Ustrzelili w parku dwanaście bażantów, złowili w strumykach tyle samo pstrągów, obiad zjedli w altanie z widokiem na morze, a herbatę wypili w bibliotece. Trzeciego dnia wieczorem Albert zasnął w fotelu przy oknie, wyczerpany nieco takim trybem życia, które dla Monte Christo wydawało się fraszką.
Hrabia tymczasem opracowywał z architektem plan oranżerii, która miała tu powstać. Nagle młodzieniec obudził się, wyrwany ze snu przez tętęt konia galopującego po kamiennym gościńcu. Wyjrzał przez okno i ze zdziwieniem, a zarazem z niepokojem stwierdził, że to był jego lokaj, którego nie wziął ze sobą, żeby nie sprawiać hrabiemu kłopotu. — Florentin tutaj? — zawołał, zrywając się z krzesła. — Czyżby moja matka zachorowała? — i rzucił się do drzwi. Monte Christo odprowadził go spojrzeniem. Albert zbliżył się do zasapanego jeszcze rokaia, który wyjął z kieszeni jakiś pakiecik i wręczył go Albertowi. W pakiecie była gazeta i list. — Od kogo ten list? — zapytał żywo Albert. — Od pana Beauchamp — odpowiedział Florentin.
— To Beauchamp cię tu przysyła? — Tak, proszę jaśnie pana. Zimny dreszcz, przebiegł Alberta, rozpieczętował list, a przeczytawszy pierwszą linijkę, krzyknął i drżącymi rękoma porwał za gazetę. Nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami, zachwiał się i gdyby nie służący, który go podtrzymał, upadłby na ziemię. Biedny chłopak. Szepnął Monte Christo tak cicho, że sam nie usłyszał nawet tych pełnych współczucia słów. A powiedziano, że za winy ojców ich dzieci będą cierpieć aż do czwartego pokolenia. Albert tymczasem odzyskał siły. Przeczytał list do końca, mierzwiąc ręką spocone włosy, po czym mnąc w dłoni list i gazetę rzekł – Florentin, czy twój koń mógłby odbyć jeszcze drogę powrotną do Paryża?
To nędzna pocztowa szkapa. Boże, a jaka atmosfera panowała w domu, kiedy wyjeżdżałeś? Było dość spokojnie, ale kiedy wróciłem od pana Beauchamp, zastałem panią we łzach. Spytała mnie, czy nie wiem, kiedy pan wróci. Powiedziałem, że właśnie jadę, pojaśnię Pana z rozkazu Pana Beauchamp. W pierwszym odruchu wyciągnęła rękę, jakby mnie chciała zatrzymać, ale po chwili namysłu rzekła, dobrze, jedź natychmiast i powiedz, żeby wracał. Tak, Mamo, wracam, rzekł Albert. Wracam natychmiast, bądź spokojna i bia na tej kanali, ale przede wszystkim muszę wyjechać. Wrócił do pokoju, w którym został Monte Christo. Nie był to już ten sam człowiek. Pięć minut wystarczyło, by w Albercie dokonała się jakaś straszna zmiana.
Monte Christo nie spostrzegł tego, bo już był przy oknie i wołał. Ali! Konia dla pana de Morcer tylko prędko, bo się spieszy. Te słowa przywróciły Alberta do życia. Wybiegł z pokoju, a hrabia za nim. — Dziękuję — szepnął młodzieniec, wskakując na siodło. — Florentin, wracaj jak będziesz mógł najprędzej. Trzeba znać jakieś hasło, żeby pańscy ludzie dali mi konie na postojach. — Nie, zsiądzie pan tylko z konia, a następny już będzie osiodłany. — Na pewno uważa pan mój nagły odjazd za dziwaczny i szalony — rzekł. — Ale nie wyobraża pan sobie, do jakiej rozpaczy może doprowadzić człowieka kilka wersów wydrukowanych w gazecie? — Otóż — dorzucił hrabiemu dziennik. Niech pan to przeczyta, ale dopiero jak stąd odjadę, żeby nie widział pan rumieńca na mojej twarzy.
Później jednak dodał do swego imienia chrzestnego szlacheckie nazwisko i tytuł. Dzisiaj występuje jako Hrabia de Morser i jest członkiem Izby Parów.
Pokazano wszystkie 19 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!