Hrabia Monte Christo. 24. Olśnienie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Szpary po bokach zostały starannie uszczelnione kamieniami i żwirem. To szczególne dzieło murarskie zostało przysypane ziemią. Zarosło trawą i mchem, zapuściły weń korzenie mirty i mastykowce i głaz wydawał się przyklejony do podłoża. Edmund usunął ostrożnie warstwę ziemi i wydało mu się, że zrozumiał, Na czym polegał cały fortel? Wziął łopatę i zaczął wykruszać ten zewnętrzny mur, który czas tak mocno spoił. Po dziesięciu minutach pracy skała ustąpiła i ukazał się otwór na tyle szeroki, że można by do niej włożyć rękę. Edmund ściął najgrubszą oliwkę, jaką mógł tylko znaleźć, ogołocił ją z gałązek i wsunął w otwór, próbując użyć jej jako dźwigni.
Ale skała byłaby zbyt ciężka i zbyt mocno zespolona z podłożem, aby mógł ją podnieść człowiek, choćby był samym Herkulesem. Zastanowił się przez chwilę i doszedł do wniosku, że należało najpierw usunąć kamień służący za klin. Ale jak? Rozejrzał się dokoła, jak to zwykle czynią ludzie w kłopocie, i jego wzrok padł na róg napełniony prochem, który zostawił mu Jacopo. Uśmiechnął się. Piekielny wynalazek dokona dzieła. Za pomocą łopaty Edmund wykopał głęboką dziurę między głazem a klinującym go kamieniem i napełnił ją prochem. Potem podarłszy chustkę w pasy, obtoczył je w saletrze i zrobił rodzaj lątu. Zapalił go i odszedł.
Wtem przypomniał sobie słowa testamentu, który wykona pamięć w kącie najodleglejszym od drugiego otworu. Edmund tymczasem był dopiero w pierwszej grocie, trzeba więc było szukać wejścia do drugiej. Druga grota musiała znajdować się niżej, bardziej w głąb wyspy. Edmund obejrzał dobrze pokłady granitu i ostukał ścianę, w której, jak sądził, powinien był mieścić się otwór dla większego bezpieczeństwa, z pewnością zamaskowany. Ostrze łopaty przez chwilę dźwięczało głucho o twardą skałę, tak że pot gorący zrosił czoło poszukiwacza. Na koniec wydało mu się, że część granitowego muru odpowiada echem bardziej głuchym i głębszym.
Zbliżył przenikliwe oko do ściany i rozpoznał, czego nikt prócz byłego więźnia by nie dokazał, że w tym miejscu musiał znajdować się otwór. Aby jednak nie trudzić się na próżno, Edmund, który jak Cezar Borgia nauczył się cenić czas, zabrał się do ostukiwania pozostałych ścian. Zbadał kolbą strzelby ziemię, rozkopał ją w podejrzanych miejscach, ale nie znalazłszy nic, powrócił do miejsca, w którym usłyszał ów pocieszający głos. Uderzył jeszcze raz, wytężając siły. I nagle ujrzał szczególną rzecz. Od uderzeń łopaty na powierzchni muru wydymał się i opadał płatami jakiś rodzaj tynku, podobny do tego, jaki nakłada się na mur.
Names mentioned. Names mentioned. Dziwny charakter człowieka. Im więcej było dowodów, że faria się nie pomylił, tym bardziej zamiast się podnieść na duchu, Edmund wątpił, a nawet poczuł zniechęcenie. Nowy ten dowód, który powinien mu dodać sił, odjął mu ich resztki. Łopata wysunęła mu się niemal sama z ręki,
Złożył ją na ziemi, otarł czoło z potu i wyszedł z jaskini pod pretekstem, że chce się przekonać, czy go kto nie śledzi, chociaż w rzeczywistości potrzebował tylko odetchnąć świeżym powietrzem, bo czuł, że inaczej zemdleje. Na wyspie było pusto. Słońce w zenicie obejmowało ją swoim ognistym spojrzeniem. W dali rybackie łodzie odbijały się od szafirowego tła. Edmund nic jeszcze nie miał w ustach. Ale też w takiej chwili jedzenie zabrałoby zbyt dużo czasu. Napił się rumu i zszedł pokrzepiony na nowo do groty. Łopata, co mu tak do tej pory ciążyła, wydała się nagle lekka. Podniósł ją jak piórko i sprawnie wziął się do roboty. Po kilku uderzeniach przekonał się, że kamienie nie były spojone, a tylko poukładane jedne na drugich i pokryte owym dziwnym tynkiem.
Wetknął więc w jedną ze szpar ostrze łopaty, oparł się na drzewcu i ujrzał z radością, że kamień wysunął się i upadł mu pod nogi. Teraz wystarczyło już tylko zazębiać ostrze łopaty o kamienie, aby kolejno spadały obok pierwszego. Mógł teraz już wejść do drugiej groty, ale ociągał się w obawie, że nadzieja, której się czepiał kurczowo, spełznie na niczym. Wreszcie, po chwili wahania, poszedł do drugiej groty. Sklepienie było tu dużo niższe, a zalegające ją ciemności nadawały jej posępny wygląd. Panował tu stęchły zaduch, którego ku zdziwieniu Edmunda nie było w pierwszej komorze. Poczekał, aż powietrze z zewnątrz odświeży tę martwą atmosferę groty i wszedł dalej.
Na lewo od przejścia był głęboki i ciemny załom. Ale, jak powiedzieliśmy, dla Edmunda nie istniały ciemności. Rozejrzał się uważnie po drugiej grocie. Była pusta, tak samo jak pierwsza. Jeżeli miał tu się znajdować jakiś skarb, musiał się skrywać w tym ciemnym kącie. Nadeszła godzina najwyższej trwogi. Wszak tylko dwie stopy ziemi, którą trzeba było rozkopać, dzieliło Edmunda od największej radości lub najgłębszej rozpaczy. Zbliżył się do załomu i jakby podjąwszy wreszcie decyzję, zaatakował łopatą ziemię. Przy piątym, może szóstym uderzeniu, żelazo zadźwięczało nagle o żelazo. Nigdy żałobny dzwon nie wywarłby na nikim silniejszego wrażenia.
Gdyby Dantes nic tu nie znalazł, nie pobladłby mocniej. Uderzył obok, napotkał znowu opór, ale odpowiedział mu już inny dźwięk. Musi to być kufer drewniany, z żelaznymi okuciami, pomyślał. Wtem śmignął jakiś cień, zasłaniając światło. Edmund rzucił łopatę, porwał zastrzelbę i wybiegł z jaskini. Kozica przebiegła tuż koło wejścia do pierwszej groty i o kilka kroków dalej skubała teraz spokojnie trawę. Była to wyborna okazja, aby zapewnić sobie pieczystę na obiad. Edmund lękał się jednak, aby odgłos wystrzału nie ściągnął tu kogoś. Pomyślał chwilę, uciął oblaną żywicą gałąź, podpalił ją i powrócił na dół.
Nie chciał stracić najmniejszego szczegółu z tego, co miał zobaczyć. Zbliżył pochodnie do niekształtnej, niedokończonej jeszcze dziury i przekonał się, że się nie mylił. Łopata uderzała rzeczywiście raz o żelazo, raz o drewno. Zatknął pochodnie w ziemi i wziął się na nowo do dzieła. W jednej chwili rozszerzył jamę do szerokości dwóch, a długości trzech stóp. Ujrzał dębowy kufer z żelaznymi, cyzelowanymi okuciami. Na samym środku wieka, na srebrnej blasze, której nie przyćmiła do tej pory wilgoć, zabłysły herby rodu spadów. Miecz pośrodku tarczy owalnej, jak to zwykle u Włochów, zwieńczony kapeluszem kardynalskim. Edmund rozpoznał je z łatwością. Faria mu je rysował tyle razy. Wszelkie wątpliwości zniknęły.
Pokazano wszystkie 10 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!