Mentionsy Mentionsy
Gęsia Skórka
Gęsia Skórka

PROCES DEMONA - OPĘTANIE Z BROOKFIELD!| ODCINEK 36

04.11.2024 ·1 godz 1 min

PROCES DEMONA - OPĘTANIE Z BROOKFIELD! Zapraszamy Was na mrożącą krew w żyłach historię z Brookfield, która zainspirowała film Obecność 3. Czy rzeczywiście istnieje "Diabeł w Connecticut"? W tym odcinku odsłaniamy kulisy paranormalnych wydarzeń, jakie miały miejsce w latach 80., i analizujemy prawdziwe dokumenty, fakty i relacje świadków z tamtego okresu. Dowiedz się, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy – i co o tym mówi historia…

Czy wierzysz w opętanie? A może sądzisz, że to tylko wymysł? Bajka na dobranoc, którą można rozłożyć na części, obalić logicznymi argumentami? Dzisiejsza historia może zmienić Twoje zdanie na ten temat. Może Cię przekonać, że to coś więcej. Coś, co nie poddaje się logice ani dowodom. Rozprawa demona, czyli historia, która wstrząsnęła społeczeństwem, a której echa wciąż nie dają nam spokoju. Zacznijmy więc historię od głównej postaci, Ernie Cheyenne Johnson, który urodził się w małym miasteczku Brookfield w stanie Connecticut.

Egzorcyzm trwał wiele godzin. Kiedy David na chwilę opadał z sił, Lorraine poczuła jakby coś niewidzialnego dotykało jej ramienia. Chłodne, lodowate palce ostrzegały ją, by przestała. W takich momentach Ed trzymając krucyfiks czuł jakby walczył z czymś namacalnym. Z istotą, która była obecna w pokoju, choć niewidoczna. Kiedy David nagle chwilowo się uspokoił, cały pokój zamarł, jakby to zło opuściło jego ciało, ale tylko po to, by zaraz powrócić z jeszcze większą mocą. W egzorcyzmach uczestniczyła cała rodzina Davida, jego rodzice, rodzeństwo oraz chłopak jego siostry Debbie, Arnie Jane Johnson.

Wkrótce po tym wydarzeniu koszmary Davida ustały, a on sam wydawał się wracać do zdrowia. Ale to, co opuściło Davida, znalazło sobie nową ofiarę. Ernie z dnia na dzień zaczął doświadczać niepokojących wizji. Widział cienie, słyszał kroki, które nikogo nie prowadziły, a nocami czuł, że ktoś obserwuje go, czekając aż zamknie oczy. Znaki, które wcześniej pojawiały się na ciele Davida, teraz zaczęły pojawiać się na ciele Erniego. Wszystko wskazywało na to, że jego koszmar dopiero się rozpoczynał.

Po długich tygodniach pełnych nadprzyrodzonych zdarzeń, rodzina Gleicelów oraz Ernie, Jane i Johnson mieli nadzieję, że najgorsze już za nimi. Egzorcyzmy Davida wydawały się skuteczne, choć wszyscy czuli, że coś wciąż jest nie tak. David dochodził do siebie i nic dziwnego już się u niego nie działo. Jednak Ernie, który podczas rytuału rzucił wyzwanie siłom nieczystym, odczuwał, że coś za nim podąża, choć starał się ukryć ten strach przed Debbie i jej rodziną. Niestety, to co wydawało się tylko przeczuciem, wkrótce zmieniło się w rzeczywistość. Ernie coraz częściej dostrzegał cienie.

Twarz Erniego zaczęła przybierać dziwny wyraz, a jego dłonie, spoczywające dotąd na stole, mimowolnie zacisnęły się w pięści. W tej chwili coś w Ernim pękło, jakby otworzyła się przed nim jakaś mroczna otchłań, pełna dawno skrywanych emocji i gniewu. Było to jak nagłe uderzenie. Świadomość zaczęła się rozmywać, a w jego głowie pojawiły się obrazy, których nie potrafił zrozumieć. Poczuł jakby ciemne cienie, które czasami dostrzegał kątem oka, zaczęły się materializować. Jakby z jego umysłu wyłaniały się postacie o pustych, zimnych oczach, które obserwowały każdy jego ruch.

Nikt nie ma prawa tak do niej mówić, wykrzyknął, a jego twarz stała się wykrzywiona, zniekształcona grymasem gniewu, który przypominał coś nieludzkiego. Bono, który dotychczas czuł się pewnie, nagle odsunął się do tyłu, próbując uciec od spojrzenia Erniego. Ten jednak zacisnął pięść i ruszył w jego kierunku. Przyszli świadkowie tej sceny twierdzili później, że Bono zdawał się przerażony. Być może instynktownie wyczuł, że siła, która działała teraz w Arnim, nie była ludzka. Sam Arni zdawał się być w transie, jakby ktoś przyjął nad nim kontrolę. Ktoś, kto pragnął krwi. Nie kontrolował już swoich ruchów.

Jego ręce, które jeszcze przed chwilą były spokojne, nagle chwyciły nóż leżący na stole. W ciszy, która zapadła w pokoju, wszyscy zdawali się wyczekiwać, jakby za chwilę miało wydarzyć się coś nieodwracalnego. I wtedy Arnie zaatakował. Pierwszy cios spadł na Boniego jak grom. Ostrze przeszyło ciszę, a potem wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Świadkowie krzyczeli, Debbie rzuciła się do przodu próbując powstrzymać Arniego, ale on zdawał się nie słyszeć żadnych głosów. Był jak w transie, a jego twarz była wykrzywiona w szaleńczym grymasie, przypominającym maskę, której żadne ludzkie emocje nie mogły przeniknąć.

Wyszeptał patrząc w przerażone oczy świadków, którzy byli świadkami czegoś, co wydawało się czystym złem. Po morderstwie Arnie wydawał się zagubiony, jakby sam do końca nie wiedział, co się stało. Kiedy policja przybyła na miejsce, nie stawiał oporu. Wyglądał na zszokowanego, przerażonego tym, co zrobił, lecz jednocześnie w jego oczach pozostał cień dziwnej pustki. Sprawa Erniego Chiena Johnsona niemal natychmiast przyciągnęła uwagę mediów, opinii publicznej i środowiska prawniczego.

Proces, który szybko ochrzczono mianem procesu demona, stał się jedną z najbardziej kontrowersyjnych spraw sądowych tamtych czasów. Rozprawa zaczęła się od wniosków obrońcy Johnsona o uniewinnienie, powołując się na niewinność ze względu na opętanie demoniczne. Argument, którego w amerykańskim systemie prawnym nigdy wcześniej nie stosowano. Gdy pierwsze dni procesu dobiegły końca, każda kolejna rozprawa gromadziła coraz większe tłumy. Ludzie z całego kraju zjawiali się, by na własne oczy zobaczyć, jak system sprawiedliwości mierzy się z czymś, co wydawało się niewyobrażalne. Tłum ludzi czekający przed salą sądową, skupiony wokół dziennikarzy, w napięciu nasłuchiwał wieści o każdym kolejnym dniu procesu.

W sali rozpraw panowała cisza, przerywana jedynie odgłosami stukania młotka sędziowskiego i szmerami nerwowych szeptów przysięgłych. Sędzia, przysięgli i publiczność z trudem skrywali zaskoczenie, a nawet pewne przerażenie, gdy obrona po raz pierwszy użyła argumentu opętania. Atmosfera wokół tego procesu była tak gęsta i niepokojąca, że niektórzy obecni na sali relacjonowali później, iż czuli mroźny dreszcz, który przechodził przez nich, gdy tylko zaczynała się mowa o obrońcy. Obrońca Johnsona, próbując zbudować linię obrony, opisywał mroczne wydarzenia, które miały miejsce w życiu jego klienta. Twierdził, że młody mężczyzna był opętany przez siły nadprzyrodzone, które na stałe pozbawiły go kontroli nad własną wolą.

Każdy, kto słuchał tych słów, czuł jak narasta wewnętrzny niepokój. Oto stało się coś, czego ani prawo, ani zdrowy rozsądek nie mogły objąć. Podczas procesu obrońca przywołał jako świadków Eda i Lorraine Warrenów, znanych badaczy zjawisk paranormalnych. Ich wejście na salę sądową wywołało poruszenie, a sam ich widok zdawał się jeszcze bardziej wzmocnić atmosferę grozy. Lorraine, drobna kobieta o przenikliwym spojrzeniu, stanęła przed ławą przysięgłych gotowa zeznawać. W swojej relacji szczegółowo opisała egzorcyzmy, którym poddany był David, brat dziewczyny Johnsona, Debbie.

To właśnie wtedy według Lorraine zły duch przeniósł się z chłopca na Erniego, przywiązując się do niego jak cień, który tylko czekał, by przejąć kontrolę w odpowiednim momencie. Lorraine opowiadała o tym z przejęciem, jakby znów przeżywała te wydarzenia. To było coś, czego nie da się wyjaśnić. Prostymi słowami. Zeznała, a jej głos drżał delikatnie, co jeszcze bardziej wzmacniało atmosferę na sali. Tamtego dnia czułam obecność czegoś. Czegoś, co nie pochodziło z tego świata. Kiedy spojrzałam na Erniego, zobaczyłam coś, czego nigdy nie zapomnę. Jego oczy były puste, a twarz wykrzywiona w grymasie gniewu, który nie należał do tego chłopaka.

Przysięgli z zapartym tchem słuchali Lorraine, a każdy szczegół opowieści zdawał się malować obraz tragedii, która narastała niczym burza. W miarę jak Lorraine opisywała wydarzenia, obecni w sądzie niemal czuli dziwny, niewidoczny chłód, który wydawał się przenikać powietrze. Ktoś w końcu wstał i wyszedł z sali, mówiąc później, że nie mógł dłużej wytrzymać tej przytłaczającej atmosfery. Prokurator z kolei nie zamierzał się poddawać. Podważając każde zeznanie Warrenów, sugerował, że cała historia opętania to jedynie wymówka, mająca na celu uniknięcia odpowiedzialności za morderstwo. Przywoływał dowody, które świadczyły o tym, że Ernie Chaney Johnson wpadł w gniew w dniu morderstwa, a świadkowie opisali, jak wybuchł, kiedy Bono zaczął zwracać się obraźliwie do Debbie.

Zdaniem prokuratora, gniew Johnsona był w pełni naturalnym uczuciem, które jednak doprowadziło do tragedii. Mimo tych dowodów, obecni na sali sądowej wciąż czuli ciężar sprawy. Kiedy Lorraine wspominała jak podczas egzorcyzmów odczuwała obecność zła, które przelało się na Erniego, cisza jaka zapadła przypominała moment zawieszenia przed burzą. Jej opis mrocznych sił wywołał falę szeptów, a przysięgli zdawali się jeszcze bardziej zagubieni, jakby nie byli pewni czy mają do czynienia z faktem, czy może koszmarem. Na ich twarzach malowało się nie tylko niedowierzanie, ale i strach. Jednak nawet kiedy prokurator starał się przedstawić swoje racje, na sali unosił się dziwny chłód, którego nie dało się wytłumaczyć klimatyzacją czy też nerwowym napięciem.

W jednym momencie, kiedy Lorraine opisywała szczegóły dnia morderstwa, ktoś przysiągł później, że w oddali usłyszał cichy szep. Nie wiadomo, czy to tylko wyobraźnia spłatała Figla, czy rzeczywiście na sali sądowej pojawiła się obecność, którą czuła Lorraine. Każdy dzień procesu przynosił nowe zeznania i dowody, ale również nowe napięcia i uczucie narastającej grozy. Relacje świadków, którzy widzieli jak Ernie Chaney Johnson wpadł w gniew i tracił kontrolę nad sobą, tylko pogłębiały atmosferę przerażenia. W oczach wielu osób Ernie wydawał się być postacią tragiczną, człowiekiem, który z jakiegoś powodu stał się narzędziem w rękach sił, których nie potrafili kontrolować.

Proces przeciągał się, a każde przesłuchanie zdawało się pogłębiać złowrogi nastrój. Przysięgli po każdej rozprawie wracali do domów z ciężarem w sercu, niepewni co powinni myśleć o tym wszystkim. Byli zmuszeni przemyśleć to czego doświadczyli i usłyszeli, zastanawiając się czym mogą wydać wyrok w sprawie tak niejednoznacznej. W trakcie procesu pojawiły się kolejne mroczne szczegóły. Lorraine Warren przywołała słowa Davida Gleicela, młodego chłopca, który mówił, że coś opuściło go i przeszło na Erniego. David, który był poddawany egzorcyzmom, wspominał, że demony często wspominały o krwi, którą chcą przelać i ofiary, której potrzebują.

Zeznanie Lorraine wstrząsnęły przysięgłymi, choć nikt nie miał odwagi przyznać, że ich słowa wywołały autentyczny strach. Pomimo argumentów obrony i wyraźnej desperacji prawnika Erniego, który próbował powoływać się na opętanie jako dowód na niewinność, sąd odrzucił ten argument. Uznał, że nawet jeśli morderstwo zostało popełnione pod wpływem czegoś nadprzyrodzonego, Ernie jako oskarżony odpowiada za swoje czyny. Po długiej i wyczerpującej rozmowie przysięgli jednogłośnie uznali Erniego za winnego morderstwa. Po uznaniu Erniego Jane'a Johnsona za winnego, jego historia wcale nie zakończyła się spokojnym odsiadywaniem wyroku.

Jednak ta cisza zaczęła wkrótce przybierać złowieszczy wydźwięk. Już po kilku dniach od siatki strażnicy raportowali drobne, choć niepokojące zdarzenia. Drzwi celi Erniego otwierały się bez powodu, mimo że monitoring wykazywał, iż pozostawały zamknięte. Kamery zainstalowane wokół celi zaczęły miewać regularne przerwy w działaniu, a podczas tych czarnych przerw zarejestrowane nagrania przypominały drgające plamy cienia. Jakby coś pulsowało w ciemności, próbując się wydostać. Z pozoru niewinne incydenty szybko eskalowały w przerażającą serię wydarzeń, które wkrótce ogarnęły całą jednostkę więzienną.

Strażnicy, którzy mieli za zadanie monitorować Erniego, zaczęli odczuwać niepokój. Większość z nich przyznała później, że wchodząc do sekcji, w której znajdowała się cela Johnsona, czuli lodowaty powiew. Chłód, który przenikał ich do szpiku kości. Wielu z nich opisywało także dźwięki, które nie przypominały niczego, co wcześniej słyszeli. Był to szept naturalnie głęboki, jakby wydobywał się z samej głębi celi, pełen złowieszczych obietnic i niespokojnych syków. Stan psychiczny Erniego zaczął się pogarszać z każdym dniem. Najpierw strażnicy zauważyli, że przestał reagować na ich polecenia i patrzył na nich przez zamglone, nieobecne oczy.

Zaczął też szeptać w obcym języku, którego żaden z nich nie potrafił zidentyfikować. Jakby przywoływał coś, co nie należało do naszego świata. To były te same słowa i te same języki, których wcześniej używał David, młodszy brat jego dziewczyny. Podczas jednej z nocy, kiedy strażnicy usłyszeli przerazliwe krzyki dochodzące z jego celi, postanowili interweniować. Otworzyli drzwi i znaleźli Erniego Skulonego w kącie. drapiącego ściany do krwi, wyrywającego sobie włosy i drżącego na całym ciele. Na ścianie, którą drapał, pojawiły się symbole. Nie były to przypadkowe rysy, lecz precyzyjnie wyryte znaki, przypominające pieczęcie demoniczne, które Lorraine Warren później rozpoznała jako symbole przywołujące siły zła.

Ernie tracił na wadze, jego oczy głębiej zapadały się w czaszkę, a na twarzy pojawiły się cienie, jakby odbicie czerni, którą trzymał w środku. Wieści o dziwnych wydarzeniach w więzieniu szybko dotarły do Lorraine Warren, która poczuła, że musi interweniować. Z początku więzienna administracja odmówiła jej wizyty, obawiając się zamieszania i rozgłosu. Jednak gdy wydarzenia zaczęły przybrać coraz bardziej niepokojący obrót, Lorraine w końcu otrzymała pozwolenie. Gdy weszła do celi Erniego, mrok wydawał się wręcz namacalny. Pomimo jasnych świateł w celi panował półmrok, a Ernie siedział na zimnej metalowej pryczy.

całkowicie nieruchomy, z głową spuszczoną na piersi. Kiedy Lorraine zbliżyła się do niego, jej kroki zdawały się rezonować w pust celi, choć przysięgała później, że słyszała dodatkowe kroki, jakby ktoś szedł za nią. Gdy dotknęła ramienia Erniego, jej dłoń natychmiast przeszył lodowaty chłód, który wywołał dreszcz na całym jej ciele. W tym momencie Ernie zaczął krzyczeć, a jego ciało wyginało się w sposób nienaturalny. Głowa odchylała się do tyłu, kręgosłup giął się pod nienaturalnym kątem, a oczy przybrały szkarłatny odcień. Lorraine była przekonana, że w Erniego wstąpiło coś, czego nie dało się wyjaśnić racjonalnie.

Cichy jęk czerń, krwi i rozpaczy. W tej samej chwili kamera zawiesiła się, a na ekranach monitorów zarejestrowano tylko przerywany obraz drgającego światła. Kolejne dni przynosiły kolejne niepokojące zdarzenia. Strażnicy jeden po drugim zaczęli unikać nocnych zmian w pobliżu celi Erniego. Dochodziło do tego, że strażnicy wysłali dwóch lub trzech oficerów naraz, aby czuć się bezpieczniej, lecz nawet to nie dawało im ulgi. Atmosfera wokół celi była gęsta i przesiąknięta czymś złowrogim. Słyszeli szepty, których nie potrafili zlokalizować.

Kiedy Lorraine i ksiądz opuścili więzienie, ich twarze były blade, a oczy były pełne strachu, którego nie potrafili ukryć. Po tym zdarzeniu Ernie zachowywał się spokojniej, ale strażnicy wiedzieli, że to jedynie cisza przed burzą. Po egzorcyzmach więzienie znowu spowiła cisza. Ernie Johnson przez kilka dni zdawał się niemal spokojny. Nie szeptał do siebie, nie wyrywał już symboli na ścianach i przez długie godziny siedział nieruchomo, patrując się w pustkę. Strażnicy, którzy widzieli go po rytuale, mieli jednak wrażenie, że jego spojrzenie się zmieniło.

Choć pozornie wyciszony, Ernie zdawał się kompletnie nieobecny. Jakby tylko fragment jego osoby pozostał w celi, a reszta przepadła w jakimś mrocznym miejscu, poza zasięgiem wzroku. Pewnej nocy jeden ze strażników postanowił zajrzeć do celi Johnsona. Kierowany nieodpartym wrażeniem, że coś jest nie tak. Gdy tylko zbliżył się do drzwi, poczuł ten sam lodowaty powiew, który przenikał go za każdym razem, gdy patrolował korytarze przy jego celi. Serce zaczęło mu bić szybciej. Spojrzał na monitor, obraz był wyraźny, ale Johnson siedział z głową spuszczoną na piersi, jakby spał.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.