Mentionsy Mentionsy
Gęsia Skórka
Gęsia Skórka

PROCES DEMONA - OPĘTANIE Z BROOKFIELD!| ODCINEK 36

04.11.2024 ·1 godz 1 min

PROCES DEMONA - OPĘTANIE Z BROOKFIELD! Zapraszamy Was na mrożącą krew w żyłach historię z Brookfield, która zainspirowała film Obecność 3. Czy rzeczywiście istnieje "Diabeł w Connecticut"? W tym odcinku odsłaniamy kulisy paranormalnych wydarzeń, jakie miały miejsce w latach 80., i analizujemy prawdziwe dokumenty, fakty i relacje świadków z tamtego okresu. Dowiedz się, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy – i co o tym mówi historia…

Czy wierzysz w opętanie? A może sądzisz, że to tylko wymysł? Bajka na dobranoc, którą można rozłożyć na części, obalić logicznymi argumentami? Dzisiejsza historia może zmienić Twoje zdanie na ten temat. Może Cię przekonać, że to coś więcej. Coś, co nie poddaje się logice ani dowodom. Rozprawa demona, czyli historia, która wstrząsnęła społeczeństwem, a której echa wciąż nie dają nam spokoju. Zacznijmy więc historię od głównej postaci, Ernie Cheyenne Johnson, który urodził się w małym miasteczku Brookfield w stanie Connecticut.

Cichym i spokojnym miejscu otoczonym lasami, w którym życie toczyło się powoli i bez większych zmartwień. Brookfield, choć na pierwszy rzut oka niewinne, było pełnym miejsc, o których krążyły niepokojące legendy. Mieszkańcy wierzyli, że pewne domy i miejsca miały w sobie coś złego. Coś, czego lepiej unikać. Przypadkowy szept o opuszczonych budynkach, dziwnych zjawiskach i mrocznych legendach przekazywanych z pokolenia na pokolenie dodawał miasteczku specyficznego klimatu. I to właśnie w takim otoczeniu dorastał Ernie, otoczony rodziną, która wierzyła, że są rzeczy, których lepiej nie niepokoić.

Ernie pochodził z wielodzietnej, pracującej rodziny, a jego dzieciństwo upływało w atmosferze miłości i poczucia wspólnoty. Nie byli bogaci, ale żyli spokojnie, ciesząc się z drobnych przyjemności, jakie przynosiła codzienność. Nikt nie mógł przewidzieć, że pewnego dnia Ernie stanie się postacią znaną w całych Stanach, a jego życie zmieni się na zawsze. Ernie od najmłodszych lat wyróżniał się odpowiedzialnością i troską o innych. Był typem osoby, na którą wszyscy mogli liczyć. Wrażliwy na potrzeby innych, zawsze gotów pomagać, od którego nigdy nie usłyszano nie. Kiedy poznał Debbie Gleitzel, szybko znalazł w niej bratnią duszę.

Para w szybkim czasie zakochała się i zaczęła planować wspólną przyszłość, pełną marzeń o spokojnym, szczęśliwym życiu. Jednak wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy Ernie poznał Davida Gleitzela, 11-letniego brata Debbie, z którym rodzina wprowadziła się do Brookfield w 1980 roku. Był energicznym chłopcem, pełnym życia, choć jak każde dziecko czasem trochę bał się ciemności. Kiedy Gleicelowie wprowadzili się do nowego domu, radość Davida zamieniła się w coś przerażającego. Początkowo chłopiec zaczął zgłaszać niepokojące objawy, które rodzice i rodzeństwo interpretowali jako zwykłe koszmary.

Egzorcyzm trwał wiele godzin. Kiedy David na chwilę opadał z sił, Lorraine poczuła jakby coś niewidzialnego dotykało jej ramienia. Chłodne, lodowate palce ostrzegały ją, by przestała. W takich momentach Ed trzymając krucyfiks czuł jakby walczył z czymś namacalnym. Z istotą, która była obecna w pokoju, choć niewidoczna. Kiedy David nagle chwilowo się uspokoił, cały pokój zamarł, jakby to zło opuściło jego ciało, ale tylko po to, by zaraz powrócić z jeszcze większą mocą. W egzorcyzmach uczestniczyła cała rodzina Davida, jego rodzice, rodzeństwo oraz chłopak jego siostry Debbie, Arnie Jane Johnson.

W obliczu tych przerażających wydarzeń, Arnie, widząc cierpienie młodego Davida, podjął decyzję, która, jak się później okazało, na zawsze zmieniła jego życie. Podczas jednego z ataków Davida przy Warrenach, Arnie w akcie desperacji złapał leżącego i wyginającego się chłopca na ziemi i rzucił wyzwanie demonowi, krzycząc... Zostaw go, weź mnie zamiast niego. To była tylko chwila. Słowa wypowiedziane z miłości, by odcalić młodego chłopca. ale Lorraine natychmiast go przestrzegła. Z siłami nadprzyrodzonymi nie należy igrać. Ernie jednak pewny siebie nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji, jakie miały nadejść.

Wkrótce po tym wydarzeniu koszmary Davida ustały, a on sam wydawał się wracać do zdrowia. Ale to, co opuściło Davida, znalazło sobie nową ofiarę. Ernie z dnia na dzień zaczął doświadczać niepokojących wizji. Widział cienie, słyszał kroki, które nikogo nie prowadziły, a nocami czuł, że ktoś obserwuje go, czekając aż zamknie oczy. Znaki, które wcześniej pojawiały się na ciele Davida, teraz zaczęły pojawiać się na ciele Erniego. Wszystko wskazywało na to, że jego koszmar dopiero się rozpoczynał.

Po długich tygodniach pełnych nadprzyrodzonych zdarzeń, rodzina Gleicelów oraz Ernie, Jane i Johnson mieli nadzieję, że najgorsze już za nimi. Egzorcyzmy Davida wydawały się skuteczne, choć wszyscy czuli, że coś wciąż jest nie tak. David dochodził do siebie i nic dziwnego już się u niego nie działo. Jednak Ernie, który podczas rytuału rzucił wyzwanie siłom nieczystym, odczuwał, że coś za nim podąża, choć starał się ukryć ten strach przed Debbie i jej rodziną. Niestety, to co wydawało się tylko przeczuciem, wkrótce zmieniło się w rzeczywistość. Ernie coraz częściej dostrzegał cienie.

Słyszał szeptane głosy w chwilach, gdy powinien być sam. Początkowo ignorował te sygnały, próbując racjonalizować ich obecność. Jednak z czasem ataki nasilały się. W jego myśle zaczęły się pojawiać myśli, których nie rozumiał. Obrazy pełne przemocy, bezpodstawnej furii. Czuł, że coś przejmuje nad nim kontrolę. Tego dnia Ernie, Debbie i kilkoro znajomych przyjęli zaproszenie na kolację od Alana Bono, ich pracodawcy i znajomego. Bono był znany z gwałtownego temperamentu, ale tego wieczoru coś w jego zachowaniu wydawało się wyjątkowo niepokojące.

Twarz Erniego zaczęła przybierać dziwny wyraz, a jego dłonie, spoczywające dotąd na stole, mimowolnie zacisnęły się w pięści. W tej chwili coś w Ernim pękło, jakby otworzyła się przed nim jakaś mroczna otchłań, pełna dawno skrywanych emocji i gniewu. Było to jak nagłe uderzenie. Świadomość zaczęła się rozmywać, a w jego głowie pojawiły się obrazy, których nie potrafił zrozumieć. Poczuł jakby ciemne cienie, które czasami dostrzegał kątem oka, zaczęły się materializować. Jakby z jego umysłu wyłaniały się postacie o pustych, zimnych oczach, które obserwowały każdy jego ruch.

Każda sekunda w towarzystwie Bono wydawał się rozciągać, a gniew, który Ernie w sobie tłumił, powoli wypływał na powierzchnię, przejmując nad nim kontrolę. I wtedy wydarzyło się coś, co później świadkowie opisali jako prawdziwą przemianę. Ernie, spokojny na co dzień, nagle zerwał się na równe nogi, a z jego ust wydobył się krzyk pełen nienawiści i furii. Głos, który wypowiadał słowa, nie przypominał jednak jego głosu. Był głęboki i ochrypły, jakby pochodził z wnętrza czegoś znacznie bardziej mrocznego. Świadkowie relacjonowali później, że jego oczy wydawały się puste, niemal czarne, pozbawione ludzkiego wyrazu, jakby patrzył na Bono spojrzeniem kogoś zupełnie innego.

Jego ręce, które jeszcze przed chwilą były spokojne, nagle chwyciły nóż leżący na stole. W ciszy, która zapadła w pokoju, wszyscy zdawali się wyczekiwać, jakby za chwilę miało wydarzyć się coś nieodwracalnego. I wtedy Arnie zaatakował. Pierwszy cios spadł na Boniego jak grom. Ostrze przeszyło ciszę, a potem wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Świadkowie krzyczeli, Debbie rzuciła się do przodu próbując powstrzymać Arniego, ale on zdawał się nie słyszeć żadnych głosów. Był jak w transie, a jego twarz była wykrzywiona w szaleńczym grymasie, przypominającym maskę, której żadne ludzkie emocje nie mogły przeniknąć.

To nie jestem ja, szeptał Arni, choć wydawało się, że sam nie jest pewien, kto przyjął nad nim kontrolę. Każdy kolejny cios padał z niesłabnącą furią, a Bono, niezdolny do obrony, osunął się bezwładnie na podłogę. Arnie, stojąc nad jego ciałem, przez chwilę wyglądał jakby coś w nim pękło. Spojrzał na swoje ręce. Były całe we krwi. W jego oczach wciąż było widać ten dziwny błysk, ale jakby coś w nich zgasło. W jednej chwili Arnie wrócił do siebie i z przerażeniem spojrzał na to, co właśnie zrobił. Co ja zrobiłem?

Wyszeptał patrząc w przerażone oczy świadków, którzy byli świadkami czegoś, co wydawało się czystym złem. Po morderstwie Arnie wydawał się zagubiony, jakby sam do końca nie wiedział, co się stało. Kiedy policja przybyła na miejsce, nie stawiał oporu. Wyglądał na zszokowanego, przerażonego tym, co zrobił, lecz jednocześnie w jego oczach pozostał cień dziwnej pustki. Sprawa Erniego Chiena Johnsona niemal natychmiast przyciągnęła uwagę mediów, opinii publicznej i środowiska prawniczego.

Proces, który szybko ochrzczono mianem procesu demona, stał się jedną z najbardziej kontrowersyjnych spraw sądowych tamtych czasów. Rozprawa zaczęła się od wniosków obrońcy Johnsona o uniewinnienie, powołując się na niewinność ze względu na opętanie demoniczne. Argument, którego w amerykańskim systemie prawnym nigdy wcześniej nie stosowano. Gdy pierwsze dni procesu dobiegły końca, każda kolejna rozprawa gromadziła coraz większe tłumy. Ludzie z całego kraju zjawiali się, by na własne oczy zobaczyć, jak system sprawiedliwości mierzy się z czymś, co wydawało się niewyobrażalne. Tłum ludzi czekający przed salą sądową, skupiony wokół dziennikarzy, w napięciu nasłuchiwał wieści o każdym kolejnym dniu procesu.

W sali rozpraw panowała cisza, przerywana jedynie odgłosami stukania młotka sędziowskiego i szmerami nerwowych szeptów przysięgłych. Sędzia, przysięgli i publiczność z trudem skrywali zaskoczenie, a nawet pewne przerażenie, gdy obrona po raz pierwszy użyła argumentu opętania. Atmosfera wokół tego procesu była tak gęsta i niepokojąca, że niektórzy obecni na sali relacjonowali później, iż czuli mroźny dreszcz, który przechodził przez nich, gdy tylko zaczynała się mowa o obrońcy. Obrońca Johnsona, próbując zbudować linię obrony, opisywał mroczne wydarzenia, które miały miejsce w życiu jego klienta. Twierdził, że młody mężczyzna był opętany przez siły nadprzyrodzone, które na stałe pozbawiły go kontroli nad własną wolą.

Każdy, kto słuchał tych słów, czuł jak narasta wewnętrzny niepokój. Oto stało się coś, czego ani prawo, ani zdrowy rozsądek nie mogły objąć. Podczas procesu obrońca przywołał jako świadków Eda i Lorraine Warrenów, znanych badaczy zjawisk paranormalnych. Ich wejście na salę sądową wywołało poruszenie, a sam ich widok zdawał się jeszcze bardziej wzmocnić atmosferę grozy. Lorraine, drobna kobieta o przenikliwym spojrzeniu, stanęła przed ławą przysięgłych gotowa zeznawać. W swojej relacji szczegółowo opisała egzorcyzmy, którym poddany był David, brat dziewczyny Johnsona, Debbie.

Przysięgli z zapartym tchem słuchali Lorraine, a każdy szczegół opowieści zdawał się malować obraz tragedii, która narastała niczym burza. W miarę jak Lorraine opisywała wydarzenia, obecni w sądzie niemal czuli dziwny, niewidoczny chłód, który wydawał się przenikać powietrze. Ktoś w końcu wstał i wyszedł z sali, mówiąc później, że nie mógł dłużej wytrzymać tej przytłaczającej atmosfery. Prokurator z kolei nie zamierzał się poddawać. Podważając każde zeznanie Warrenów, sugerował, że cała historia opętania to jedynie wymówka, mająca na celu uniknięcia odpowiedzialności za morderstwo. Przywoływał dowody, które świadczyły o tym, że Ernie Chaney Johnson wpadł w gniew w dniu morderstwa, a świadkowie opisali, jak wybuchł, kiedy Bono zaczął zwracać się obraźliwie do Debbie.

Zdaniem prokuratora, gniew Johnsona był w pełni naturalnym uczuciem, które jednak doprowadziło do tragedii. Mimo tych dowodów, obecni na sali sądowej wciąż czuli ciężar sprawy. Kiedy Lorraine wspominała jak podczas egzorcyzmów odczuwała obecność zła, które przelało się na Erniego, cisza jaka zapadła przypominała moment zawieszenia przed burzą. Jej opis mrocznych sił wywołał falę szeptów, a przysięgli zdawali się jeszcze bardziej zagubieni, jakby nie byli pewni czy mają do czynienia z faktem, czy może koszmarem. Na ich twarzach malowało się nie tylko niedowierzanie, ale i strach. Jednak nawet kiedy prokurator starał się przedstawić swoje racje, na sali unosił się dziwny chłód, którego nie dało się wytłumaczyć klimatyzacją czy też nerwowym napięciem.

W jednym momencie, kiedy Lorraine opisywała szczegóły dnia morderstwa, ktoś przysiągł później, że w oddali usłyszał cichy szep. Nie wiadomo, czy to tylko wyobraźnia spłatała Figla, czy rzeczywiście na sali sądowej pojawiła się obecność, którą czuła Lorraine. Każdy dzień procesu przynosił nowe zeznania i dowody, ale również nowe napięcia i uczucie narastającej grozy. Relacje świadków, którzy widzieli jak Ernie Chaney Johnson wpadł w gniew i tracił kontrolę nad sobą, tylko pogłębiały atmosferę przerażenia. W oczach wielu osób Ernie wydawał się być postacią tragiczną, człowiekiem, który z jakiegoś powodu stał się narzędziem w rękach sił, których nie potrafili kontrolować.

Zeznanie Lorraine wstrząsnęły przysięgłymi, choć nikt nie miał odwagi przyznać, że ich słowa wywołały autentyczny strach. Pomimo argumentów obrony i wyraźnej desperacji prawnika Erniego, który próbował powoływać się na opętanie jako dowód na niewinność, sąd odrzucił ten argument. Uznał, że nawet jeśli morderstwo zostało popełnione pod wpływem czegoś nadprzyrodzonego, Ernie jako oskarżony odpowiada za swoje czyny. Po długiej i wyczerpującej rozmowie przysięgli jednogłośnie uznali Erniego za winnego morderstwa. Po uznaniu Erniego Jane'a Johnsona za winnego, jego historia wcale nie zakończyła się spokojnym odsiadywaniem wyroku.

Wręcz przeciwnie, jego życie zamieniło się w nieustający koszmar, a ludzie wokół niego stali się świadkami zdarzeń, które do dziś budzą grozę i wprawiają w osłupienie. Jego historia nie była tylko zapisem życia przestępcy, ale zapisem czegoś o wiele mroczniejszego, co przetrwało w dokumentacji więziennej i świadectwach strażników, choć większość dowodów zniknęła lub została zniszczona. Po zamknięciu w więzieniu, Ernie próbował odnaleźć się w szarej codzienności celi. Na początku wydawało się, że cisza, która go otaczała, była jedynie ciszą więzienia, przerywaną jedynie krokami strażników i stłumionymi głosami innych osadzonych.

Strażnicy, którzy mieli za zadanie monitorować Erniego, zaczęli odczuwać niepokój. Większość z nich przyznała później, że wchodząc do sekcji, w której znajdowała się cela Johnsona, czuli lodowaty powiew. Chłód, który przenikał ich do szpiku kości. Wielu z nich opisywało także dźwięki, które nie przypominały niczego, co wcześniej słyszeli. Był to szept naturalnie głęboki, jakby wydobywał się z samej głębi celi, pełen złowieszczych obietnic i niespokojnych syków. Stan psychiczny Erniego zaczął się pogarszać z każdym dniem. Najpierw strażnicy zauważyli, że przestał reagować na ich polecenia i patrzył na nich przez zamglone, nieobecne oczy.

Noc po nocy, Ernie kontynuował wyrywanie tych symboli. Nawet gdy strażnicy przynosili go do izolatki, następnego dnia znajdowano w jego nowej celi te same wzory. Każdy kolejny symbol wydawał się głębszy, bardziej szczegółowy, jakby rysowany ręką kogoś, kto zna tajemnice z dawno zapomnianych ksiąg okultystycznych. Ernie jednak nie miał dostępu do żadnych materiałów, ani też wiedzy, która mogłaby mu pozwolić stworzyć tak złożone wzory. W międzyczasie jego ciało zaczęło się zmieniać. Skóra na jego ramionach nabierała silnych odcieni, jakby coś z wnętrza próbowało się przebić na zewnątrz.

Ernie tracił na wadze, jego oczy głębiej zapadały się w czaszkę, a na twarzy pojawiły się cienie, jakby odbicie czerni, którą trzymał w środku. Wieści o dziwnych wydarzeniach w więzieniu szybko dotarły do Lorraine Warren, która poczuła, że musi interweniować. Z początku więzienna administracja odmówiła jej wizyty, obawiając się zamieszania i rozgłosu. Jednak gdy wydarzenia zaczęły przybrać coraz bardziej niepokojący obrót, Lorraine w końcu otrzymała pozwolenie. Gdy weszła do celi Erniego, mrok wydawał się wręcz namacalny. Pomimo jasnych świateł w celi panował półmrok, a Ernie siedział na zimnej metalowej pryczy.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.