Mentionsy Mentionsy
Aneks Kryminalny
Aneks Kryminalny

Sprawa rodziny Lundy

30.09.2026 ·53 min 8 s

Robiąc zakupy w sklepie TaniaKsiążka.pl poprzez ten link, możesz okazać wsparcie dla kanału: https://webep1.com/go/31a40d527e Powyższy link jest linkiem afiliacyjnym. Niewielki procent ze sprzedaży trafia do mnie. Wesprzyj mnie na Patronite: Spotify: https://open.spotify.com/show/00bR40E... Instagram: @agnyeshka kontakt: [email protected]źródła: https://1drv.ms/w/c/bac46d350fdf9f05/IQCzS94k3h04QZidI7gu-7-NAf06ASkQ2dCloe2dGXoQp4s?e=unV64OTa sprawa jest rozwiązana (?).

Może jednak w świetle innych dowodów być zupełnie niewinny. Tak, to jest jedna z tych historii. Zresztą zaraz sami zobaczycie. Bez przedłużania więc już. Witam raz jeszcze Aneksia. Usiądźcie sobie wygodnie, weźcie sobie tradycyjnie jakieś piciu i zapraszam do dzisiejszej historii. A dziś mówimy o pewnej z pozorów zwyczajnej, przeciętnej rodzinie z Nowej Zelandii. Mark i Christine Lundy byli małżeństwem od ponad 17 lat w roku 2000. Jesteśmy teraz w roku 2000. Pobrali się w młodym wieku, gdy ona miała lat 21, on 24. Teraz w roku 2000 Mark i Christine mają kolejno lat 41 i 38. I mają jedno dziecko, córkę Amber Grace, urodzoną w roku 1993, czyli w roku 2000 Amber ma 7 lat.

Gdzieś o poranku tego dnia Mark Landy opuścił, ich dom opuścił Palmerston i pojechał na południe wyspy, na obrzeża Wellington, stolicy. Tak dokładnie do oddalonego około 140, później się okaże, że to było 134 km, bo to ma tutaj znaczenie w tej sprawie, od ich domu do motelu, w którym on się zatrzyma, do miejscowości Petoni. Pojechał tam w celach służbowych, po drodze tam oraz również w mieście właśnie spotkał się z kilkoma klientami, dostawcami. To było związane właśnie z tą ich firmą zajmującą się sprzedawaniem armatury. Po czym około godziny 17 zameldował się w motelu w Petoni. Zadzwonił już stamtąd zresztą do domu, rozmawiał przez jakiś czas z Christine. Mówili o tym, co obaj robili tego dnia, jakim dzień upłynął. Zwykle właśnie, gdy Mark od czasu do czasu wyjeżdżał tak w celach służbowych i spędzał gdzieś noc poza domem, no to właśnie dzwonili do siebie pod koniec dnia, bo upowiedzieli się, że wszystko w porządku.

Później Mark powie właśnie, Christine powiedziała mu, że Tego dnia planowana zbiórka harcerska Amber została odwołana i że zamiast tego zaraz jadą do McDonalda na szybką kolację. Później znaleziony w samochodzie rachunek pokaże, że dokonały faktycznie zakupów drive-thru o 17.43. Możemy jedynie zakładać, że z tym jedzeniem wróciły do domu. Mark po rozmowie z rodziną zajmuje się swoimi rzeczami, o tym co robi tamtego wieczoru nocym jeszcze potem, ale skupiając się na razie na Christine i Amber. Możemy zakładać, że wróciły wieczorem do domu o godzinie 22.52, czyli kilka dobrych godzin po tym, gdy wróciłyby z McDonalda. Zakładam już, że zjadły około 18.00. Prawie 5 godzin później ich domowy komputer zostaje wyłączony.

Wcześniej był włączony, chociaż nie było na nim za dużo aktywności. Teraz ten komputer zostaje wyłączony. I to jest ostatnia aktywność, powiedzmy, zarejestrowana w domu. Później już nic się nie dzieje, to znaczy nikt nie odbiera żadnego telefonu, nikt nie wykonuje telefonu, komputer nie jest włączony. Nie ma żadnego dowodu na jakąś aktywność czy życie w tym domu po tej godzinie. I teraz jest kolejny dzień, 30 sierpnia, środa rano. Młodszy brat Christine, Glenn Wagary, próbuje się z nią skontaktować. Najpierw dzwoni do jej domu, ale nikt nie odbiera. Glennowi trochę się spieszyło tego dnia, bo z tego co rozumiem, Christine jako, że ona właśnie w tej ich firmie rodzinnej zamowała się głównie księgowością i tak dalej, ona dobrze znała się na podatkach i gdzie właśnie Mark jeździł, był takim typowym sprzedawcą i zajmował się klientami i tak dalej, to ona była bardziej po tej stronie papierologicznej, podatkowej, ona zajmowała się rachunkami i tak dalej.

Ale to Christine była celem? Pytań było dużo. Z powodu nie było też żadnego wyraźnego motywu. Nie było dowodów na to, że któraś z ofiar została zgwałcona, czy że doszło do takiej próby. A z domu na pierwszy rzut oka wydawało się, nic nie zginęło. Chociaż potem Mark Grundy powie, że z sypialni zginęła spora szkatułka z biżuterią. Tej nigdy nie znaleziono. Ale poza tym nie ma nic więcej. To znaczy nie ma żadnych źródeł mówiących, że na przykład w domu były ślady wskazujące na właśnie motyw rabunkowy. Bo wtedy zwykle szafki są pootwierane, rzeczy z szuflad są powyrzucane. No ktoś po prostu spędza trochę czasu w domu szukając kosztowności. Tutaj czegoś takiego nie ma. Podczas autopsji również wtedy zabezpieczono materiał spod paznokci Christine, bo właśnie były ślady wskazujące na to, że Christine broniła się, potencjalnie walczyła ze sprawcą.

I teraz Mark Randy. On wrócił tego poranka do domu. Ciała zostały odkryte przez brata Christine o 8.45. Mark Randy wymeldował się z hotelu, nie wiedząc jeszcze o tym. O 8.09 tak dokładnie pokazał rachunek. Po czym właśnie przyjechał prawie że prosto do domu. W momencie, gdy przyjechał pod dom, bodajże bliżej godziny 11, to jeszcze nie dotarły do niego wszystkie te wiadomości. Nie wiedział, co się stało. No i jak powiem, był oczywiście zdziwiony. Podjechał pod swój dom, a tutaj pod domem masa samochodów policyjnych. Ci policjanci, świadkowie powiedzą właśnie później, że gdy on przyjechał pod dom, wysiadł z samochodu, to przybiegł do nich spanikowany i płaczący.

I teraz co Mark powiedział? On robił poprzedniej nocy i gdzie był? Co się stało? Jakie było jego zeznanie? No bo o tym jeszcze nie powiedzieliśmy. Wiemy mniej więcej co działo się z Amber i Christine tamtego wieczoru, z tego co udało się zebrać z danych cyfrowych. A co działo się z Markiem? Gdzie on był? On powie, że spędził tamtą noc w motelu właśnie w Petronii oddaloną prawie 140 km dalej. Po tym, gdy rozmawiał z Christine przez telefon tam po 17, wyszedł na krótki spacer i czytał chwilę książkę przy plaży, bo był przyjemny dzień. Potem zaszło słońce, więc wrócił z powrotem do swego motelu, do pokoju. Zrobił sobie drinka i włączył telewizor. O godzinie 20.30 wykonał ze swojego pokoju hotelowego telefon do swojego znajomego.

Połączenie zostało zarejestrowane. Ten znajomy też potwierdził, że Mark do niego dzwonił. Po czym kilka godzin później Mark zamówił sobie kobietę do pokoju, seksworkerkę. Powiedział policji, że... On tego nie ukrywał przed policją, powiedział, że to było coś, co on robił od czasu do czasu, właśnie przy takich okazjach, gdy wyjeżdżał służbowo. Bo jak wyjaśnił on i Krystyn, mieli dobrą relację, ale nie współżyli już od dłuższego czasu. Może byli zgodne małżeństwem. No i on właśnie takie rozwiązanie znalazł na ten brak seksu w małżeństwie. Po prostu było to coś, co robił od czasu do czasu. Z tego, co rozumiem, Krystyn o tym nie wiedziała. I właśnie znów tutaj bilingi telefoniczne pokazują, że o 23.00 Mark zadzwonił do agencji z USU, której też już korzystał w przeszłości i do jego pokoju przyjechała kobieta, Belinda miała na imię, która również później zaznała, została odnaleziona i wszystko potwierdziła.

Spędziła w jego pokoju trochę ponad godzinę i wyszła krótko przed pierwszą w nocy. Mark, jak zeznał, potem poszedł spać, bo następnego dnia miał zamiar wstać wcześnie, wymeldować się z hotelu właśnie koło 8 i wrócić do domu, co też uczynił. Pogrzeb Amber i Christine odbył się 7 września 2000 roku. W tym niedużym Spokojnym, bezpiecznym, liczącym sobie trochę ponad 5 miliona mieszkańców kraju. Wiadomość o tak bezsensownej i brutalnej zbrodni, w której ofiarami były bezbronna matka i córka. Sprawa oczywiście odbiła się głośnym echem i od początku była śledzona przez wielu ludzi. Właśnie gdy doszło do pogrzebu, wiele osób już o tej sprawie słyszało, media donosiły o niej każdego dnia. I też właśnie stacje telewizyjne nawet nadawały na żywo sprzed kościoła, w którym miał miejsce pogrzeb.

I to, które też Mark Landy został nagrany wychodzący z kościoła, był w strasznym stanie, był wyprowadzany przez bliskich, płakał, krzyczał, był w okropnym stanie i podtrzymywany przez bliskich właśnie był wsadzany do samochodu. Takie nagranie obiegło kraj. I znów później to nagranie, pod niektórymi względami, będzie właśnie obracane przeciwko niemu, że to wszystko było grom, że Mark wiedział, widział, że są tam kamery, I grał zaszokowanego i pogrężonego w żałobie męża. Że wszystko było przedstawieniem i że ten cały jego płacz i łkania były udawane i były mocno przesadzone i teatralne. I czasem zdarza się w takich sprawach, że śledczy błędnie zbyt prędko skupiają się na jednym podejrzanym i właśnie zwykle jest to małżonek.

Nie sprawdzając w ogóle innych tropów, czy nie biorąc innych możliwości pod uwagę, tzw. tunnel vision czy efekt potwierdzenia, zaczynają sobie wszystkie dowody podpasowywać pod tę tezę, którą już sobie założyli i pod tego jednego podejrzanego, którego sobie upatrzyli. Ale tutaj trzeba przyznać, że przynajmniej na początku nie wyglądało to tak. Bo oficjalnie przyglądano się wielu podejrzanym. Policja na początku stworzyła listę blisko 60 osób, które należało wykluczyć. I jak podają oficjalne źródła, po upływie około 6 miesięcy udało się wykluczyć większość z nich, pięćdziesięciu kilku. I wtedy też policja doszła do wniosku i po zebraniu zeznań świadków oraz na podstawie kilku dowodów fizycznych od nich też zaraz, w lutym 2001 roku Mark Lundy zostaje nagle aresztowany.

No i właśnie gdy jechała, to musiała nawrócić na podjeździe przed domem Landich, co czasem robiła. I w tym momencie, gdy to robiła, zobaczyła osobę, która właśnie wybiegała, odbiegała od tego domu. I była ta osoba bardzo osobliwie wyglądająca. W pierwszej chwili pomyślała, że to kobieta. Kobieta w jasnym dresie, o mocno kręconych blond włosach. Co się jednak nie pasowało w tym obrazku i gdy przyjrzała się tej osobie dokładniej, to zdała sobie sprawę, że w rzeczywistości patrzy na mężczyznę, dużego mężczyznę, ubranego w taki osobliwy sposób i ubranego w perukę, tak jakby próbował udawać, że jest kobietą. Ona później w tym mężczyźnie właśnie rozpozna Marka Landiego, który właśnie według jej zeznania truchtem, z bardzo osobliwą i zdesperowaną miną jakby właśnie stało się coś z boga, jakby coś było nie w porządku, biegł gdzieś, no trochę wyglądał tak jakby właśnie szedł pobiegać.

Było dla niej dziwne, no ale jej sprawa pojechała dalej, jak powiedziała. Ona później zezna to przed sądem. Będą problemy z jej zeznaniem, będą trochę kontrowersje, bo Margaret Dance Z zawodu była jasnowidzką, zajmowała się właśnie jasnowidzeniem. Natomiast ona będzie zapewniała również pod przysięgą przed sądem, że to co ona widziała to nie była żadna jej wizja, to nie było coś co ona sobie wymyśliła, to po prostu było coś co ona zobaczyła. Bardzo jednak dziwna historia, dziwne zeznanie. Ona o 19.15 w dniu morderstwa widzi Marka Landiego przebranego za kobietę, przebranego w jakiś dziwny sportowy strój i blond perukę w pobliżu swojego domu z przerażoną miną w momencie, gdy on miał być 140 km dalej.

Więc tutaj pojawiła się sugestia, że gdzie właśnie narzędzia zbrodni, czy siekiety, czy co to miało być nigdy nie znaleziono, tak bardzo możliwe, że pochodziła ona właśnie z tego samego zestawu narzędzi, bo kolory pasowały. Czasami więc narzędzie pochodziło z domu, zostało zabrane z domu i tym bardziej jeszcze wskazywało na domownika, na to, że winny jest ktoś z domowników, na kogoś, kto wiedział gdzie narzędzia się znajdują, czyli znów na Marka Landiego. Przeszukano wszystkie jego rzeczy, przeszukano jego samochód. I on w samochodzie włocił ze sobą zwykle ciuchy na przebranie, no bo właśnie czasem nosował poza domem i tak dalej. No i znaleziono tam koszulkę, taką koszulkę z kołnierzykiem, koszulkę polo, na której bodajże na tym kołnierzyku znajdowała się Jakiegoś rodzaju tkanka.

Oraz na rękawie również dwie mniejsze krople krwi. I teraz mówię tkanka, tak to na sobie na razie nazwałam. To było coś malutki, bardzo malutki, ledwie widoczne gołym okiem kawałek czegoś. Co no właśnie, co to będzie tutaj stanie się znów dosyć wielkim obiektem sporu, zarówno w sądzie, jak i w mediach, w opinii publicznej. Ale te dwie niewielkie zaschnięte ślady krwi miały zostać potwierdzone później poprzez testy DNA, a pochodziły od Amber Lundy, od córki Marka. I tutaj pojawiła się taka hipoteza, ona też została właśnie przedstawiona później na sali sądowej w czasie pierwszego procesu. Mark Lundy 29 sierpnia faktycznie rozpoczął swój dzień tak jak zawsze, pojechał do Petronii, załatwił wszystkie swoje biznesowe sprawy, zameldował się w motelu, zadzwonił do domu, po czym od razu po zakończeniu połączenia wsiadł w samochód i ruszył z powrotem do domu.

Zmieniając jednak czas, tak aby później wyglądało to tak, że komputer wyłączył się o 22.52. Dużo roboty, ale to miało mu dać dodatkowe alibi. Jeżeli natomiast chodziło o motyw, to tutaj nie trzeba było długo dopatrywać się motywu. Lundy mieli spore długi, ich firma była trochę zadłużona, mieli problemy z płatnościami za kredyt, który wzięli na tę ziemię, aby uprawiać winogrona i wino. Odsetki narastały, było to dla nich na pewno stresujące. I co też ciekawe, jak odkryto zaraz wie kilka dni wcześniej, 25 sierpnia, a więc 4 dni przed morderstwami, podczas spotkania z ubezpieczycielem, oboje, Christine i Mark, zdecydowali się podnieść swoje polisy na życie. Jedna, której trzeba podkreślić, to nie było tak, że... Oni jakoś wyszli tutaj z inicjatywą, że oni gdzieś poszli, zadzwonili, żeby to zrobić, a to raczej był po prostu jakiś taki sprzedawca, domokrążca, przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej, który właśnie chodził po domach ludzi, którzy już byli u nich klientami i nam właśnie proponował tam im, żeby podnieśli swoje polisy.

I Krystian i Mark tak właśnie trochę pod wpływem impulsu zdecydowali się faktycznie to zrobić. Podnieśli je z 200 tysięcy dolarów na 500 tysięcy. Mieli nawet podniesie do miliona, ale nie zrobili tego, bo tam głównie z powodu problemów zdrowotnych u Marka stawka, opłata za to ubezpieczenie poszłaby zbyt wysoko do góry. I zdecydowali się zostać przy pięciuset tysiącach. Był więc motyw. Jeżeli Christine ginęła, no to Mark dostałby teraz pięćset tysięcy dolarów, co pomogłoby mu spłacić wszystkie długi i jeszcze zostałoby mu sporo gotówki na jego własne wydatki i zachcianki. Jednak, co też trzeba powiedzieć, ponieważ oni zmienili te polisy zaledwie 4-5 dni wcześniej, to w momencie, gdy Christine i Amber też giną, ten proces w tamtym momencie nie został jeszcze zakończony.

Innymi słowy, ta polisa na życie nie miała jeszcze mocy prawnej w momencie, gdy Christine zginęła i tym samym Mark nie dostałby tych 500 dolarów, a dostałby 200. Ona miała zacząć obejmować ich dopiero bodajże jakiś miesiąc po podpisaniu. No ale oczywiście tutaj prokuratura stworzyła taki argument, że Mark był, powiem brzydko, trochę niepociumany i po prostu tego nie wiedział. Mark Lundy jednak od początku utrzymuje, że jest niewinny i chce tego dowodzić. Proces Marka Lundy'ego rozpoczął się w lutym 2002 roku, rok po jego aresztowaniu. Największy i najmocniejszy dowód i ja też, gdy pierwszy raz przeczytałam tylko krótki skrót tej sprawy i też to, co pojawiało się w prasie wtedy i w mediach, no faktycznie brzmiało przekonująco i brzmiało jakby Mark Landy był winny.

Można się kłócić co do niektórych kwestii logistycznych, co do czasu śmierci, ale przed sądem wtedy w czasie tego procesu zeznał ekspert, który powiedział, że tą tkanką znalezioną na kołnierzu koszulki Landiego, która była w jego samochodzie, była tkanka mózg, bo to pokazały jego testy, i że była to tkanka pochodząca od Christine Landy. Innymi słowy, Mark Landy miał Mark Landy miał kawałek, odrobinę mózgu na kołnierzu swojej koszulki, mózgu swojej żony, Christine. To brzmi przekonująco, to ciężko wyjaśnić. Mimo, że oczywiście były inne wątpliwości i problemy. Był problem w tej hipotezie zaproponowanej przez prokuraturę. No bo sugerowano, że Christine i Amber zginęły około godziny 19.

Na to miał wskazywać siedzenie w ich żołądkach według tego eksperta, który przeprowadził autopsję. Po dziewiętnastej też właśnie Marglandy miał być widziany, przebrany za kobietę w blond perukę. Ubrany w blond perukę przez tę kobietę jasnowickę przed swoim domem. Ale było to dziwne. Ale z drugiej strony wiele wskazywało na to, że obie ofiary, Christine i Amber już spały. Amber była w piżamie, wyglądało na to, że spała wcześniej w swoim łóżku. Christine również została znaleziona na łóżku. No ale przecież nie spałyby o godzinie 19. Nie miało to sensu. Według jej bliskich, nie tylko Marka, ale też innych bliskich, którzy ją znali, Christine zwykle chodziła spać gdzieś około 23, 12, około północy może. Często właśnie siedząc wieczorem przy komputerze i odpisując na e-maile, czy zajmując się pracą.

No i właśnie było dosyć skomplikowane. Wymagało jakiejś tam wiedzy o komputerach. Zwłaszcza komputerach w tamtych czasach. Ale tutaj duży kontrargument jaki się pojawiał był taki, że Mark Lundy dorastał, wychował się w erze przedkomputerowej, nie miał żadnego wykształcenia ani specjalnego doświadczenia w tym zakresie, więc można się zastanawiać czy on naprawdę pomyślałby w ogóle o czymś takim i czy potrafiłby to zrobić i wykonać, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że miałby to wszystko zrobić w ciągu trzech godzin. Jest to więc dosyć duży kontrargument na to wszystko. I też nie jedyny. Bo wątpliwości było więcej. Poddawano też właśnie wątpliwość, kiedy ofiary zginęły, jeżeli chodziło o to ich jedzenie w żołądku. Bo ocenianie czasu śmierci jedynie właśnie na podstawie przetrawionego jedzenia w żołądku jest trudniejsze niż może się wydawać. Bo okazuje się, że to, jak szybko dochodzi do przedstawienia tego, co zjedliśmy, zależy od typu jedzenia, od tego, ile tego jedzenia skonsumowano, od metabolizmu danej osoby, u każdego wygląda trochę inaczej.

Na ubraniach, na rękach. Zdecydowanie musiał być tego więcej niż jedna jakaś zbitka komórek na kołnierzyku czy dwie małe zasknięte plamki krwi. Krwi musiało być znacznie, znacznie więcej. Oczywiście jest tutaj inne wyjaśnienie, że sprawca miał na sobie jakieś inne ubrania, które później wyrzucił, pozbył się, czy tutaj dokładnie Mark Landy miał jakieś inne ubrania, których się pozbył, a których nigdy nie znaleziono, jednak gdy się przebierał, to gdzieś właśnie jakieś śladowe ilości tego dostały się na jego koszulkę na przykład. Proces Marka Lundy'ego zajął prawie dwa miesiące i łowa przysięgłych potrzebowała mniej niż siedmiu godzin, aby uznać go winnym. Tutaj głównie pamiętajcie dlatego, że oni jeszcze nie usłyszeli tych wątpliwości, jakie wam teraz powiedziałam, że ta rzekoma tkanka mózgowa mogła wcale nie być tkanką mózgową i nie ma stuprocentowej pewności co do tego, co to było i nigdy nie zostanie to ustalone i nie uda się tego po prostu nigdy ustalić z zupełną pewnością.

Ale oni uznali go wtedy winnym. Ilandia został skazany na dożywocie z możliwością ubiegania się o zwolnienie warunkowe po 17 latach odsiadki. Jego obrońcy oczywiście automatycznie apelują, jednak apel zostaje ostatecznie odrzucony, a jego wyrok zmieniony, bo najwyraźniej w Nowej Zelandii sąd apelacyjny ma taką moc. Na wniosek prokuratury jego wyrok zostanie podniesiony. Teraz może obiegać się o zwolnienie warunkowe nie po 17, a po 20 latach. Co jest bardzo ciekawe. Zrobili to prawie tak, jakby chcieli go, nie wiem, ukarać za to, że on próbował apelować. Mark Lundy trafia więc do więzienia. Sprawa oficjalnie jest rozwiązana. W opinii publicznej na jakiś czas bardzo właśnie zostaje utrwalone takie Przekonanie, że Lundy był winny, że zamordował swoją rodzinę, że dowody fizyczne właśnie na to wskazywały, że on odstawił całą tę szopkę, gdy wychodził płaczący, wyjący z kościoła po pogrzebie i tak dalej.

Ale powoli, powoli to wyobrażenie zaczęło się zmieniać, bo Mark miał wśród swoich bliskich swoich Obrońców, ludzi, którzy wierzyli w jego niewinność. W prasie zaczęły pojawiać się artykuły krytykujące sposób, w jaki śledztwo zostało poprowadzone, jak dowody zostały przedstawione. W roku 2009 wychodzi taki bardzo głośny artykuł o tym, co zostało pominięte i czego nie powiedziano na sali sądowej i czego ławnicy nie usłyszeli. Tutaj właśnie chodzi głównie o tą rzekomą próbkę, tkankę mózgową pobraną z jego kołnierzyka. I też coś, czego jeszcze tutaj nie poruszyłam, co pewnie wielu z Was też już zauważyło, usłyszało, to to, że prokuratura tutaj zasugerowała, że w ciągu trzech godzin Lundy przejechał łącznie 134 km dokładnie w jedną stronę, więc prawie 270 km w dwie strony w ciągu trzech godzin.

Dokonał jeszcze mordest, w ogóle tam zmienił czas w komputerze i tak dalej. I zrobił to właśnie w trzy godziny, czy nawet mniej. Próbowano wiele osób, to w ogóle podobno przez jakiś czas był taki eksperyment, który ludzie robili trochę dla żartu, to znaczy właśnie jechali z Pentonii do Palmerston North, aby zobaczyć jak najszybciej mogą dojechać z jednego miejsca do drugiego. No właśnie później donosiła o tym prasa, było coś takiego, co nazywało się Lundy Free Handy, czyli Lundy 300 można powiedzieć, no bo to była prawie trzystu kilometrowa trasa. Od jego domu do motelu i z powrotem. I ludzie właśnie czasem próbowali tę trasę przejechać, żeby zobaczyć, jak szybko mogą ją pokonać. Cały oczywiście ten rzad, ta nazwa Lundy i Freehandy, to było trochę w złym smaku. Ale podobno jest to właśnie określenie dosyć podobno w Nowej Zelandii kojarzone i znane.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.