Mentionsy Mentionsy
Zbrodnie Zapomniane
Zbrodnie Zapomniane

"GORDON TO MOJA WŁASNA, ŻYWA LALKA", CZYLI NAJMŁODSZE MATKI ŚWIATA

25.05.2026 ·39 min 8 s

Postaw mi kawę: https://buycoffee.to/zbrodniezapomnianeWspieranie kanału:https://patronite.pl/ZbrodnieZapomnianehttps://www.youtube.com/channel/UCZsXqcUbVi03jDKVS-a2Dlg/joinŹródła:San_Antonio_Light_1939_07_17Chicago_Tribune_1949_09_18The_Gazette_1955_10_30The Sacramento Union, Jul 10, 1980Evening Despatch, Jul 09, 1980The Daily Item, Jul 10, 1980 The Beaumont Enterprise, Apr 01, 1923 Times Record News, Mar 22, 1923 Times Record News, Mar 13, 1923Victoria Advocate, May 23Społeczność:Grupa na fb: https://www.facebook.com/groups/1120954551591543Instagram: https://www.instagram.com/zbrodniezapomniane/kontakt:✉️ e-mail: [email protected]🎙️spotify: https://open.spotify.com/show/3sIQIldYKTitI2AF9tRMOI🎙️iTunes: https://podcasts.apple.com/us/podcast/zbrodnie-zapomniane/id1506114950🎙️Google podscast: https://podcasts.google.com/?feed=aHR0cHM6Ly9hbmNob3IuZm0vcy8xYTY4ZDJiNC9wb2RjYXN0L3Jzcw&ep=14Autorem wykorzystanej muzyki jest Darren Curtis.Wstęp: Destiny by Darren-CurtisIntro: Journey's Reflection by Darren-CurtisTło: Soul's Departure by Darren-Curtis | https://soundcloud.com/desperate-measurezMusic promoted by https://www.free-stock-music.comCreative Commons Attribution 3.0 Unported Licensehttps://creativecommons.org/licenses/by/3.0/deed.en_US

Zanim jednak świat usłyszał o Linie Medinie, tytuł najmłodszej matki świata należał do dziewczynki z Teksasu, która w roku 1923 w wieku zaledwie 10 lat wydała na świat syna, którego nazywała swoją żywą lalką. Mary Cavender była sierotą. Matkę straciła, gdy miała około 7 lat. Ojciec albo zniknął z jej życia wcześniej, albo nie było z nim kontaktu od czasu śmierci matki. Dziewczynka została więc bez rodziców, bez opieki i bez domu, który mógłby dać jej bezpieczeństwo. Wtedy trafiła do domu rodziny Leroux, mieszkającej w hrabstwie Hidalgo, w pobliżu Mercedes, niedaleko granicy z Meksykiem. W teorii miała tam znaleźć schronienie.

W praktyce to właśnie w tym domu rozpoczęła się historia, o której później pisały całe Stany Zjednoczone. I która na zawsze zmieniła życie dziewczynki, która i tak nie miała już lekko. Kiedy Mary trafiła do rodziny LaRue, miała zaledwie 7 lat. Była jeszcze bardzo małą dziewczynką. Całkowicie zwyczajną. I rozwój niczym nie odbiegał od jej rówieśników. Biegała po farmie, bawiła się i funkcjonowała jak wszystkie inne dzieci w jej wieku. Aż pewnego dnia okazało się, że coś tutaj jest nie tak. A mówiąc nie tak, mam na myśli to, że Mary zaszła w ciążę.

Nie wiadomo, kiedy dokładnie otoczenie zorientowało się, co się dzieje. Prasa nie rekonstruowała tego etapu z dużą precyzją. Wiadomo natomiast, że poród przez pewien czas utrzymywano w tajemnicy. Dopiero pod koniec marca 1923 roku amerykańskie gazety zaczęły informować o 10-letniej matce przebywającej w domu misyjnym w San Antonio. To właśnie tam Mary trafiła po narodzinach dziecka. Albo też tam urodziła, bo różnie tutaj podawano. Dom misyjny w San Antonio był miejscem, które miało zapewnić opiekę kobietom i dziewczantom w trudnej sytuacji. W przypadku Mary słowo kobieta nie pasowało jednak w żadnym sensownym znaczeniu.

Była dzieckiem, które urodziło dziecko, nazwijmy sobie rzeczy po imieniu. Dziewczynką, która sama jeszcze wymagała opieki, a jednocześnie miała obok siebie noworodka. Chłopiec, jej syn, otrzymał imiona Gordon Joe. Gordon Joe urodził się na początku marca 1923 roku. Najpewniej w pierwszej połowie miesiąca, chociaż nie udało mi się odnaleźć dokładnej daty. Przyszedł na świat przez zabieg cesarskiego cięcia i ważył niecałe 2 kg. Jego rozwój fizyczny przebiegał prawidłowo i w niecały miesiąc przybrał kolejne 1,5 kg. I to są chyba jedyne konkrety, jakie udało mi się wyciągnąć. Mary była nim zachwycona.

Nie oczywiście w taki sposób, w jaki matka zachwyca się dzieckiem. Raczej tak jak dziewczynka, która zachwyca się nową zabawką, której funkcjonowania jeszcze do końca tutaj nie zrozumiała. Kiedy sprawa stała się głośna, a dziennikarze odwiedzili ją w San Antonio, opowiadała o Gordonie Joe z ekscytacją właściwą dziewczynce, która, tak jak wspomniałam, właśnie dostała nową zabawkę. Pokazywała go, chwaliła się, że rośnie, że przybiera na wadze i że pielęgniarka nie pozwala jej brać go już na ręce, bo tutaj cytat, jest tak ciężki, że pielęgniarka nie pozwala mi go więcej nosić. Dla prasy zrobiono jednak wyjątek i chłopiec wylądował w matczynych objęciach. Mary przytulała go do siebie i nuciła piosenki, ale nie tak jak się nuci małemu dziecku, tylko tak jak małe dziewczynki, które biorą lalki i bawią się w domu.

Tłumaczyła przy tym dorosłym, że Gordon różni się od pozostałych zabawek tym, że trzeba na niego trochę bardziej uważać. Pielęgniarka miała ją ostrzec, że musi być ostrożna, ponieważ przypadkiem mogłaby wyrządzić mu krzywdę. Mimo to zdaje się, że te niedogodności nie miały dla Mary większego znaczenia, bowiem, jak mówiła, to najmiększa, najmilsza lalka, jaką kiedykolwiek miałam. I właśnie ten szczegół uderza moim zdaniem najmocniej. Mary nie rozumiała, że ta najmilsza lalka, w cudzysłowie, to po prostu żywy człowiek, w dodatku jej syn. Traktowała go jak przedmiot, z tym że wymagający wzmożonej ostrożności. Inną lalkę można było rzucić na łóżko i nie przejmować się tym, że odpadła jej noga.

Z Gordonem trzeba było jednak uważać. I to w zasadzie tyle, co różniło go od pozostałych zabawek, przynajmniej w głowie Mary. Kiedy Stany Zjednoczone usłyszały o dziewczynce, która została matką, zainteresowanie sprawą przerosło wszelką skalę. Do placówki przychodziły listy z całego kraju. Ludzie oferowali adopcję chłopca, a czasem również i samej Mary. Chcieli zabrać ich z placówki misyjnej, dać im prawdziwy dom, rodzinę i gwarancję lepszej przyszłości. I w teorii to brzmi całkiem sensownie i logicznie. Dla dorosłych, którzy kierowali się emocjami i współczuciem, takie rozwiązanie mogło wręcz wydawać się idealne, ale Mary widziała w tym zagrożenie.

Bo kiedy usłyszała, że ktoś mógłby rozdzielić ją oraz Gordona, zalała się łzami. Błagała dyrektorkę domu misyjnego, by ta dołożyła wszelkich starań, aby nie rozdzielano jej i dziecka . Powtarzała, że Gordon jest jej własną najładniejszą lalką i że nie wolno go nikomu oddawać. To nie była prosta sytuacja. Z jednej strony Mary nie rozumiała macierzyństwa, z drugiej była jakoś do tego dziecka przywiązana i reagowała paniką na myśl, że ktoś mógłby je od niej zabrać. Nie można więc powiedzieć, że Gordon był jej całkowicie obojętny, bo był dla niej ważny, tylko w sposób właściwy dziecku, które nie potrafiło nazwać relacji między matką a synem.

Albo mówiąc prościej, nie potrafiło wejść w rolę matki, przynajmniej w takich standardach przewidzianych przez społeczeństwo. Wymownie widać to w artykułach publikowanych przed Dniem Matki. Dziennikarze mało taktownie podkreślali kuriozum tej sytuacji. Dwumiesięczne dziecko leżące w kołysce i dziesięciolatka siedząca tuż obok, która sama nie dojrzała jeszcze do roli, jaką przewidziało dla niej życie. Sara Culberson, dyrektorka placówki, miała chyba więcej taktu i empatii. Oznajmiła, że w tym roku w domu misyjnym nie będzie celebrowania Dnia Matki. Przynajmniej nie w tradycyjny sposób i nie przez Mary. Uważała, że trzeba chronić umysł dziewczynki przed świadomością tragedii, która ją spotkała.

Innymi słowy, nie przypominać jej na siłę, że urodziła dziecko. Nie budować w niej wizerunku kogoś, do kogo roli jeszcze nie dorosła. Podczas gdy w San Antonio próbowano ochronić Mary przed ciężarem traumy, w sądzie toczyło się już postępowanie karne przeciwko jej oprawcy. Bowiem oczywiście śledczy od razu zainteresowali się tym, jak to się stało, że 10-letnia dziewczynka powiła dziecko. I co najważniejsze, kto był jego ojcem. Odpowiedź jest tutaj banalnie prosta i podejrzewam, że część z was pewnie miała już swoje podejrzenia i pewnie część z was trafiła. Bo był to ktoś, kto mieszkał w domu, który miał być dla Mary schronieniem.

Początkowo prasa nie podawała do wiadomości publicznej danych personalnych zatrzymanego mężczyzny. Jednak wkrótce na światło dzienne wypłynęła informacja, że tym mężczyzną, który skrzywdził dziesięcioletnią Mary był Willie LaRue. Willie był dorosłym mniej więcej 25-letnim mężczyzną, w dodatku żonatym i z dwójką dzieci. Był synem państwa Laroom. Kiedy zaczął pracować zawodowo jego matka czuła się samotna, przynajmniej tak twierdziła. Dlatego postanowiła przyjąć pod swój dach osierocone dziecko. Chciała w ten sposób upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, zapełnić puste miejsce po synu i jednocześnie zapewnić potrzebującemu dziecku namiastkę prawdziwego domu.

Willie porządkowo wypierał się nieprzyzwoitych kontaktów z dzieckiem. Ostatecznie w końcu przyznał, że to on jest ojcem Gordona. Próbował jednak przedstawić sytuację w jak najkorzystniejszy dla siebie sposób. Mary miała przyjść do niego do pokoju, no i cóż, no, stało się. Nieszczęśliwy splot okoliczności sprawił, że dziewczynka była już w fazie dojrzewania, a ich kontakt zaowocował ciążą. Więcej szczegółów nie podał, albo też dziennikarze tym razem mieli nieco przyzwoitości i postanowili nie wprowadzać swoich czytelników w detale sprawy. Tyle tylko, że Mary może i była jeszcze mentalnie dzieckiem, ale na swój sposób również mogła opowiedzieć, jak sytuacja wyglądała z jej perspektywy.

I opowiedziała. Zeznała, że Laru zabierał ją z domu i krzywdził wielokrotnie. I jakieś pojęcie na temat kwiatków zapylanych przez pszczółki też musiała mieć, choć trudno dokładnie określić, na jakim poziomie była jej wiedza na temat rozmnażania, ponieważ była pewna, że jej żywa lalka to dziecko jej i Willy'ego. Matka mężczyzny też postanowiła dorzucić do tej sprawy swoje trzy grosze, czy też z uwagi na miejsce akcji powinniśmy raczej powiedzieć, że swoje trzy centy. Wierzyła w niewinność syna, co jest zaskakujące, bowiem przecież mężczyzna sam przyznał się do ojcostwa. Opowiadała również, że kiedy widziała rosnący brzuch Mary, zapytała dziewczynki, czy czasem nie spodziewa się dziecka.

Podnoszono również, że do tej pory Laru był niekarany, nie wchodził w żadne zatargi z prawem, a więc tak na dobrą sprawę to przykładny obywatel, tylko czasami mu się jednak głowa dezaktywowała, a kontrolę przyjmowała to druga. Poza tym obrona też mówiła, że to przecież do końca nie wiadomo, czy dziewczynka rzeczywiście ma 10 lat, bowiem żadnego aktu urodzenia przy sobie nie miała, a może być tak, że jest nawet i o 2 lata starsza. I choć brzmi to absurdalnie, to w czasach, w których dwunastoletnie dziewczynki wychodziły za mąż, to ta na pozór nieznaczna różnica tutaj była znaczna. Mogła osłabić kontrowersję, bo przecież Mary nie byłaby pierwszą dwunastolatką, która została matką. Co prawda mniej legalnie, no bo żoną Williego nie była.

Czyli życie ocalił, ale raczej na wczasy nie wyjeżdżał. A kiedy miał już wyjść na wolność, to jego dzieci byłyby już dorosłe. Ale patrząc na to, o jakiej sprawie mówimy, to może to i lepiej. Tutaj wątek w zasadzie się urywa. Prasa przestała pisać o dziewczynce, o jej oprawcy oraz żywej lalce, która była ich dzieckiem. Nie wiadomo, co później stało się z Mary, ani jak potoczyły się losy małego Gordona. Wiadomo tylko tyle, że dziewczynka marzyła o życiu na farmie, w ładnym domu, z biegającymi po podwórzu kurczakami. I oczywiście ze swoją lalką u boku. Ale czy te plany udało się zrealizować, to pozostaje dla nas zagadką.

Dziewięciolatka. Gazety cytowały także jej matkę, 35-letnią Priske Xoahus, która mówiła, że dziewczynka opiekuje się dzieckiem bardzo dobrze, choć nie do końca tutaj rozumie, co się właściwie wydarzyło. I to zdanie jest naprawdę wymowne, bo podobnie jak w przypadku Mary Cavender, to sam fakt, że tak młoda dziewczynka została matką, wcale nie oznaczał jeszcze, że do tej roli dorosła. Benesia mogła biologicznie urodzić dziecko, mogła je karmić, mogła wykonywać podstawowe zabiegi pielęgnacyjne, ale nadal miała 9 lat. Była dzieckiem, które nagle znalazło się w sytuacji, której nie mogło do końca pojąć. O historii pisano głównie za sprawą pobitego przez Wenecję rekordu.

I chyba jest nią po dziś dzień, ale ręki sobie uciąć nie dam. To, co uderza we wszystkich tych historiach, to fakt, że każda ze wspomnianych dziewczynek została potraktowana przedmiotowo. Lina Medina stała się przypadkiem medycznym. Mary Cavender, Dziewczynką od żywej lalki. A Venecia Xoahus, najmłodszą matką południowej Afryki, która pomimo swojego młodego wieku tak świetnie odnajdowała się w nowej roli. Ciekawe, czy ona sama też tak myślała, czy jedynie mechanicznie wykonywała wszystkie obowiązki, które odgórnie zostały jej narzucone. Lina, Mary i Vanessa trafiły do gazet jako najmłodsze matki świata. Ale za tym określeniem nie kryje się rekord, którym można się ekscytować.

Pokazano wszystkie 17 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.