MISSION IMPOSSIBLE. Ostateczne rozliczenie (2025) - recenzja Tomasza Raczka
Moja ocena: 5/10
Pomaga w tym, jak zawsze w IMAX-ie i w ogóle w takim dużym kinie sensacyjnym, muzyka. Muzyka jest tutaj no taka hollywoodzka, hollywoodzka, hollywoodzka. Problem jest w tym, że tym razem nie napisał tej muzyki Lorne Balfi, który kojarzy się nam z MISSION IMPOSSIBLE i z tymi fantastycznymi tematami, tylko Max Aruj i Alfie Godfrey. Godfrey chyba. Dwóch młodych ludzi, którzy, o których Mówi się, że to są uczniowie tego mistrza, którego wymieniłem przed chwilą, no i że w związku z tym on ich nauczył warsztatu i oni idą jego drogą i jego ścieżką.
Bo koledzy, Max i Alfie, za chwilę nie będziecie w ogóle potrzebni. Bo taką muzykę, jak wy skomponowaliście tutaj, to sztuczna inteligencja już teraz też może skomponować. Tak, bo w niej właśnie nie było iskry, nie było iskry czegoś nowego, zaskakującego, wyjątkowego, czegoś czego jeszcze nie było. Wszystko już było i rak i ryba, a co nie było śniło się chyba. No, tak jest z takimi filmami jak Mission Impossible. Ostateczne rozliczenie, więc muzyka nie. Dudni, łomocze w żołądek, wszystko tak, tak jak oczekujemy, tylko nie robi wrażenia, a ja nawet bym powiedział, że przeszkadza.
Pokazano wszystkie 2 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Moja ocena: 5/10