Mentionsy Mentionsy
Tomasz Raczek
Tomasz Raczek

Idę do kina z... Piotrem Bukartykiem

28.09.2025 ·59 min 27 s

Zaczynała się od słów, nie płacz Ewka, bo tu miejsca brak na twe babskie łzy. I robiło wrażenie. I teraz się zafumflowaliśmy z autorem. Z perspektywy miasta, z którego przyjechałem do prężnie rozwijającej się stolicy naszego prężnie rozwijającego się mocarstwa, to jest osiągnięcie. Z Garzawa Wielkopolskiego. Tak, tak. Tam chodziłem do szkół, niechętnie, do siedemnastego roku życia, a potem ruszyłem w podróż. Ale jak byłeś traktowany w Gorzowie? Bo twój ojciec był takim znanym człowiekiem w Gorzowie. Byłem tak, ale byłem synem komucha, z którym się nie mogłem dogadać, bo on w to wierzył. Myśmy się nigdy nie dogadali. Szczerze mówiąc zespół osób odpowiedzialnych za moje pojawienie się na świecie się już zdekompletował, ale...

Ona ważyła trzydzieści parę kilo, on około stu kilogramów. Dostaliśmy taki sygnał, mama dostała, że można go już zabrać. Spytała, czy jest z nim jakaś łączność. Powiedziano jej, że nie, ale w zasadzie wszystko jest już z nim w porządku. Spytała, jak sobie państwo w takim razie wyobrażają, że co ja z nim zrobię, skoro go nawet nie uniosę. No to mówi, to załatwimy tę sprawę jakoś i następnego zadzwonili, że w takim razie odszedł, był na COVID. Nikt go nie widział od tamtej pory, więc nawet mieliśmy taką teorię, że być może to był ostatni z jego numerów, że on gdzieś żyje, mieszka w Tajlandii, gdzieś w jakiejś chatce nad brzegiem morza, ponieważ otrzymaliśmy po jakimś czasie słoik z jakimś proszkiem i nie mamy pewności, że to ten właściwy proszek.

Z ciekawostek powiem, że miał rozrusznik i w ostatniej chwili przed kremacją poinformowaliśmy stosowne służby, że może dojść do eksplozji pieca, bo nikt się tym nie zainteresował. Zwykle o to pytają. Tak, tak. Spytali tylko o szatę liturgiczną, to też jest fragment fajnego opowiadania, bo... Ponieważ nie widzieliśmy tego i nie byliśmy świadkami, jak już mówiłem, tego zajścia, zapytano nas, czy doliczyć można szatę liturgiczną, na co my powiedzieliśmy, że nie, niespecjalnie, jeśli chodzi o liturgiczną, ale jutro mogę przynieść krawat, bo całe życie był urzędnikiem, to mogą go swajczyć z krawatem, to będzie bardziej na miejscu. Pamiętam też pytanie, to była wesoła historia, czy ma wystąpić mistrz ceremonii?

Znam wielu muzyków i mógłbym zorganizować naprawdę dobrego trębacza, z tym, że stary był głuchy jak pień, więc będzie mu to obojętne. No chyba, że zagra się odpowiednio głośno. I też próbowaliśmy kogoś za to wcisnąć, nie dało się. No i tak, nie było poduszek z orderami. Widzisz, jak ktoś ma poczucie humoru, jak jest zabawny, jak występuje w kabaretonie, to się go pyta o pogrzeb, tak jak ja to zrobiłem. Ale uzyskałem dzięki temu twoje takie błyszczące oko i wracam już do kabaretonu, bo dostałeś nagrodę w Opolu właśnie za zwycięstwo w kabaretonie między innymi. Dwie dostałeś nagrody. Tak, ale to był w zasadzie... Taki felieton nosił tytuł Pingwiny, piosenka Straganowa. Dostałem, to był rok 91...

Dobrze wypiliśmy to pół litra, bo jechaliśmy do końca numeru i ja uciekłem po prostu. I pociągiem, drugą klasą pociągu pospiesznego wróciłem do Warszawy. W przekonaniu, że właśnie ponieważ miałem klęskę, trudno, próbowałem, zresztą przez przypadek się tam znalazłem, w tym zestawieniu, starając się o jakiekolwiek zajęcie. Po tym, jak pamiętasz, po latach, kiedy kraj stanął i wszyscy grajkowie Cierpieli głód niemalże. Mnie Kuba Należyty, taki kolega, który... Jan Jakub Należyty, tak. Powiedział, za mało dzwoń do Pietrzaka, bo ja byłem tam z Egitą. On tam szuka ludzi do roboty. Trochę cię orżnie, ale będziesz miał robotę. No i rzeczywiście, na tej podstawie właśnie to był mój kontakt ze światem aktorów, bo ja przyszedłem do siedziby na takie przesłuchanie i nie wiedziałem, że oni się właśnie szykowali do Opola.

Kazimierz Kaczor. Wszyscy, którzy wtedy grali pod Egidą, ja wyszedłem, taki Filip Skonopi, Misiek i zacząłem coś tam pitolić. Oni byli zajęci, bo się też nie widzieli. Ja nie wiedziałem, że oni mają spotkanie przed tym Opolem i jeden numer, no nic, najwyżej zagram i tam i wyjdę. Ale zaczął się robić w połowie drugiej piosenki cicho i potem się okazało, że nie gram jednej, tylko gram tam z pół godziny. I dostaje jakieś brawa. I wtedy Pietrzak mówi, proszę pana, my jedziemy do Opola, pan pojedzie z nami, pan zagra to. A on mówi, jak do Opola? Ja się nie zgłaszałem. Mówi, proszę pana, ja tam prowadzę kabineton, to ja decyduję, kto wystąpi, kto nie. No i pojechałem. Co nie znaczy, że czekał tam na mnie czerwony dywan. Miałem się stawić o tej i o tej porze, pojechałem i właśnie stanąłem w końcu na tej scenie po tym półlicznej, zaśpiewałem piosenkę i przekonany, że... Właśnie po raz kolejny przegrałem swoje życie, wsiadłem w ostatni nocny pociąg i wróciłem do domu, bo nie miałem tam hotelu, to nie było tak, że czekał na mnie też hotel.

Hotel był bardzo ubłożony, ten jedyny wtedy hotel, wiesz... Hotel Opole. Hotel Opole. On się nadal nazywa Opole, tylko ma dodatek Mercure. Teraz jest Mercure. Tak, tak, wiem, bo grywam tam i mieszkam tam. Teraz już mieszkasz tam. Teraz już tak, tak. I wiesz, i wróciłem następnego dnia, ktoś odnalazł mój telefon, jeszcze stacjonarny, ja mówię, gdzie pan jest? Mówi, no w domu. A gdzie w domu? No w Warszawie. Ale takim tonem, czy... Jakiś taki... Komunikowali, że wygrałeś. Pan miał naprawić, pan wygrał kabaretę. Mówi, jak to wygrałem? A co to wieczór pan ma być? No i tak wróciłem i później przez jakiś czas rzeczywiście byłem kabareciarzem. Ale zaraz, jeszcze wygrałeś Opole w koncercie premiery, już jako poważna piosenka. Ale to jako autor i kompozytor tylko.

Ale po latach zadzwoniła i mówiła, ja syn, nagrałem naszą piosenkę. A wtedy jeszcze byliśmy w trójce. Mówi, jaką naszą? Mówi, tą gondolę. Ja mówię, Graszka, to było z ćwierć wieku temu. Ona mówi, no to co z tego przyjdzie? I posłuchałem. I tak zagrała z zespołem Ajagorę. Bardzo mi się to podobało, że tak fajnie chłopcy grają, tak uszczędnie i fajnie. No i złożyłem w tym słynnym w radiu, którego już nie ma, bo tak mówimy o trójce, gratulacje chłopakom. Przybyliśmy w piątkę i pojechałem do domu, a następnego dnia oni zadzwonili, że skoro mi się podobało, to może byśmy coś zagrali. Mieliśmy zagrać trzy koncerty i gramy w szósty rok. Ale ja chcę wrócić jeszcze do kabaretu pod Egidą. No wiesz, to wtedy była Superliga i właśnie i Pietrzak, i Kofta, Jan Tadeusz Stanisławski.

Wspaniała postać. Wspaniała. Ale był właśnie Jan Pietrzak, który ma różne etapy w życiu. I ciekaw jestem, co dzisiaj myślisz i czujesz, jak widzisz dzisiaj Jana Pietrzaka, z którym kiedyś współpracowałeś w kabarecie pod Egidą. Nie chciałbym za głęboko drążyć tego tematu, powiem tylko, że kiedy wpadłem na pomysł, żeby kandydować na prezydenta naszego prężnie rozwijającego się mocarstwa, co dzisiaj z perspektywy ostatnio dokonanych przez naród wyborów wydaje się już mniej absurdalne niż wtedy... To prowadząc swój zagraniczny samochód ze mną z boku, bo miałem z nim wystąpić, pewien, że wygra, zaproponował mi coś w rodzaju posady prezydenckiego ministra do spraw młodzieży, bo powiedział, że to będzie mu potrzebne, jak już zostanie prezydentem.

Taki młody, zdolny. A przyjąłeś ofertę? Wtedy zrozumiałem, że trzeba szukać jakiegoś innego zajęcia. Jak to? Nie chciałeś być ministrem? Czułem, że się nie nadam. Wiesz, że się nie sprawdzę w strukturach administracyjnych państwa, że się nie odnajdę. A tata by przyjął. Tak, ale ta się nie proponowali. Także... Pamiętam ostatnią historię, kiedy zagrałem w moim rodzinnym mieście. Akurat odwiedzałem mamę i okazało się, że w ramach tej kampanii w miejscowym amfiteatrze zadzwonił Krzysiu Stachowski, który jeśli to zobaczy. Krzysiu pozdrawiam cię serdecznie. Wtedy menadżer Egidy. Wieloletni dyrektor bitwy pod Grunwaldem w Olsztynie, jej szef.

Przeróżnych inicjatyw kulturalnych związanych z Warmią i Mazurami. Zadzwonił, mówił, słuchaj, jak i tak jesteś w tym Gorzowie, to gramy, to może byś zagrał. Też wyszedł na chwilę. Wyszedłem, pamiętam, to było moje ostatnie spotkanie. Z Jackiem Kaczmarskim, który po tym, jak się okazało, że nasz spektakl zamienia się w przedziwny wiec polityczny, bo to była próba połączenia sprzedaży biletów z kampanią pana Janka. Budziło to rodzaj konsternacji, szczerze mówiąc niesmak. Jacek Kaczmarski powiedział do mnie, Piotrek, to jest twoje miasto, ty wiesz gdzie się piję wódkę, zabierz mnie tam i poszliśmy do hotelu, który do dzisiaj tam stoi, nazywa się Mieszko.

To było widać, że nikt... Nikt nie podszedł i nie zapytał całomistrza i nie poprosił o autograf. Absolutnie nie. No, gdyby zanucił mury, to by stanęli rzędem. Mógłby dostać kuflem, bo wtedy kolidowałoby to z repertuarem orkiestrowym, a zespół... A to moje ulubione zespoły, które jeszcze wtedy... Teraz już nie, teraz wszyscy znają angielski, ale wtedy fonetycznie zapisywano, zresztą bez względu na język teksty każdego utworu. Wiem, jak się pisze I want you. A J na początku. Oczywiście. Ale jesteśmy w kinie, więc chcę trochę do filmu skręcić. Tym bardziej, że ty masz z filmem niezwykłe związki.

Z przypisanej do tej funkcji, którą odgrywałem, procedurą, także nie wiedziałem, co zrobić. Improwizowałeś, a gestykulacji nie znałeś? Zachowywałem się trochę, jak Sztyrlic, wiesz, jak szedł koło bramy brandenburskiej, przechodził, a już bał się, że go nakryli, no więc tak, żeby z nimi nie rozmawiać, to tylko takie, szedł sobie dalej, że zakrytnięty, że nie rozmawia. Więc tak się zachowywałem, bo był taki moment, że wyszła taka pani, może ktoś tu łazi po placu i zobaczyła mnie i nagle ojejku, ja kompletnie nie wiedziałem, co ja mam teraz zrobić, co się mówi, bo ona coś do mnie mówiła, a ja byłem w takim teatralnym szoku. I właśnie zrobiłem coś takiego, że teraz jestem zajęty i poszedłem dalej, no zrobiliśmy to.

Ale on zrobił ten film i zrobił świetnie. Zrobił go fantastycznie. Co myślisz o takim człowieku jak Smarzowski, który, mamy ich mało, który się chwyta rzeczy niemożliwych? Powiem tak, to nie jest jakaś taka intensywna znajomość, to co nas gdzieś tam połączyło. Połączył nas przypadek dawno temu, kiedy ja byłem jeszcze zakontraktowany w firmie, której nazwy nie wymienię, bo nie mam z niej najlepszych wspomnień, ale zanim jeszcze powstało Wesele, nawet nie było jeszcze małżowiny. Wojtek, jak my wszyscy, pracował w zawodzie i na zlecenie tejże firmy Poznaliśmy się przy okazji teledysku do piosenki dedykowanej moim włosom, która nosiła tytuł Łysa Piosenka i miała refren Nie wiem gdzie dzisiaj są jaje, łosz, a one go.

Pochodziła z płyty Szampańskie Wersety i nagle się okazało, że Smażol to robi, co nic mi nie mówiło, bo myśmy się nie znali od tej strony. Wojtek jest ode mnie z pół roku może starszy, więc byliśmy, wiesz, rówieśnikami. To miasto dla nas obu Nie było rodzinnym domem. Staraliśmy się przeżyć. Pamiętam jakieś takie wynajęte pokoje, wiesz, i jego, bo byłem u niego, kiedy szykowaliśmy się do tego przedsięwzięcia. Poznaliśmy się bliżej. Byliśmy totalnie różni, jeśli chodzi o temperament. Wojtek był fascynujący. W tej chwili zbiera siekiery, a wtedy zbierał kapsle od piwa. I miał ich olbrzymie takie wory, takie jak worki po kartoflach, nie wiem, czy to jest len, czy z luty, może jutowe te worki.

I mówię, o zobacz, to są fajne, to są kapsle z Gwatemali, kolega przy sobie szmiął. I na tablicach korkowych poszczególne serie tych kapsli mocowo... Potem mu przeszło, teraz zbiera się giery. Ale był fantastycznie zakręcony człowiekiem. Wiesz co, pamiętam, że zafascynowała mnie jego opowieść. Kiedyś miał zrobić... Coś w rodzaju dżingla dla jednej z muzycznych telewizji. One ostatecznie wszystkie padły, nawet MTV. Nikt sobie nie wyobrażał, że takie potęgi jak MTV w zasadzie przestaną pełnić taką rolę. Przestały muzykę puszczać. Przestały puszczać muzę. I on miał dla takiej tutejszej, naszej telewizji, tam wszyscy byli przekonani, taka była atmosfera, że zaraz robimy wielką karierę.

I Wojtek miał im nagrać jingla, tam był taki prowadzący, przekonany o swoim nieuchronnym gwiazdorstwie, pełen taki, wiesz, taki bardzo ojra-bojra, a Wojtek raczej jest człowiekiem wycofanym, wtedy był, mógł sprawiać takie wrażenie, teraz jest gwiazdą w swojej profesji, ale w dalszym ciągu jest wycofanym człowiekiem, raczej ogląda, raczej słucha niż mówi, ale miał taki pomysł, zaproponowali mu, żeby nakręcił właśnie taką Taką jakby zajawkę, takiego dżingla wesołego i on wpadł i mówi, ja im mówię, że potrzebuję, żeby na scenie na białym tle pojawił się żywy dzik. Oni mówią, ale jak to żywy dzik? No mówiliście, że można robić co chce.

Ty bym chciał, żeby to był żywy dzik. A ten człowiek mówi, ale czemu? A ja mu na to, a czemu nie? I pomyślałem sobie tak, to jest dobre stawianie sprawy. I za to, zdałem sobie sprawę, podziwiam najbardziej ludzi realizujących swoje wizje, potrafiących wywołać coś takiego, w efekcie czego kupa ludzi skupi całą swoją energię, żeby moje widzimisię ujrzało światło dzienne w formie zbliżonej do tej, jaką sobie wymyśliłem. To jest coś fantastycznego. Tylko wiesz, on sobie wymyśla wizję, ale to jest film i to są miliony, I on potem idzie do PiS-fu, a PiS mówi, nie, nie, panu to nie damy. I potem trzeba zebrać gdzieś te pieniądze i albo idzie się wtedy, tak jak większość robi, na kompromisy, mówi, dobrze, to my tu z tego zrezygnujemy, z tamtego, ale dostaniemy dofinansowanie dzięki temu.

Albo się mówi, tak jak mówi on, nie, ja z tego nie zrezygnuję, ale i tak to zrobię. I o to chodzi. I o to chodzi. Dlatego on mówi tylko rzeczy, które trzeba powiedzieć. Nie tak jak ja, ja mogę mówić bez przerwy. I w zasadzie, gdybym słuchał tego, co sam mówię, gdybym połowy tego słuchał, to już dawno bym zwariował. A tymczasem Wojtek jest skupiony i to nas różni bardzo, bo to są takie cechy pewnie wrodzone, to ja nad tym nie mam kontroli i on też się nie zmieni na użytek potrzeb nawet filmowych. Gaduły by chyba nie chciał zagrać i ma od tego ludzi może wynająć. A powiedz mi, co cię łączy z zupełnie innymi filmowcami, bo nie od fabuły, tylko od dokumentu, z Sokielskimi?

Bo ich twórczość, wiem, że robi na tobie silne wrażenie. Robi i też sprawiła, że... No też lektura ich filmów sprawiła, że w krótkim czasie napisałem kolejną piosenkę poświęconą tej samej tematyce, tymczasem nie do swojej muzyki. Tego pierwszego filmu? Tak. O tym, jak księża uwodzą po barkach. Tylko nie mów nikomu, tak? I wiesz co, powiem ci, to było tym silniejsze, że okazało się, że przy okazji lektury tego filmu ja się zorientowałem, że jeden z tych panów przebranych w strój z firanki, grający, nie grający w tym filmie, po prostu pokazany w tym filmie, zasiadał w komisji tłumaczącej ofiarom gwałtów, że tym ofiarom się wydawało.

Wiąże się z ich paniką, bo oto żyjący autor przyjeżdża i będzie słuchał, jak oni śpiewają jego piosenki. W życiu nie myślałem o sobie, znaczy jako o żyjącym, tak, ale żebym budził taką grozę wśród dorosłych, podziwianych przeze mnie artystów. Ja nie zakładałem, że oni mają tremę, a się okazuje, że... Że mają, że ona ich gdzieś tam ostatecznie organizuje, ale tak naprawdę wywołuje burzę. No, bardzośmy się zaprzyjaźnili, to było, nie wiem, z dziesięć lat temu, może więcej i od tamtej pory mamy ze sobą kontakt i nawet teraz przy okazji tam wielolecia mojego rymotwórstwa taki spektakl. O, widzisz, graliśmy w kinie.

Bo nasze żony, które zdążyły się polubić wzajemnie i nas chyba też trochę lubią, bo nas znoszą, uznają, że nasze poczucie humoru jest godne co najwyżej koszar. I to w jakiejś zapadłej mieście. Nie, nie, nie. Te dowcipy, które nam najbardziej przypadają do gustu, one zbywają takim kwaśnym uśmiechem. Inne poczucie humoru mają chłopcy i dziewczęta, nas bawi taka odrobina rubaszności gdzieś tam, ale powiem Ci tak, nasze spotkanie było czymś dla mnie już zaskakującym, bo ja Wojciecha Mana oczywiście lubiłem i kochałem, ale jak wszyscy, jak większość mieszkańców naszego prężnie rozwijającego się mocarstwa, po prostu słuchając go w radiu, którego...

Nie jesteśmy w stanie odżałować, a które nas ukształtowało przecież. Ja nigdy nie myślałem, że tam się znajdę, wiesz, mieszkając gdzieś tam, w swoich stronach. Pamiętam, jak na takim magnetofonie z magicznym okiem, to ZK 120. Ty miałeś 120, a ja miałem 140T. Na tranzystorach, a ty miałeś lampowy jeszcze. Tak, ja miałem jeszcze lampowy i miał magiczne oko, to było coś fantastycznego, to był świat. To pamiętam jak nagrywałem... Zupełnie w starym stylu. Pierwszy raz słyszałem Pink Floydów, kompletnie nie wiedząc, że w szkole nie było angielskiego, o czym tam śpiewa ta kapela, to był pierwszy zespół, który robił na mnie... Naprawdę wrażenie. Ale wiesz, że muzyka na taśmie z tych szpulowych magnetofonów świetnie brzmiała. No pewnie, że tak. Pewnie, że tak. I byłem dumnym mieszkańcem miasta, w którym te nasze taśmy produkowano.

No prawda, z Filon Gorzów, tak. Tam przecież oni współpracowali i z BSF, i z AKWO, więc to bardzo często były... Zachodnie taśmy. Tak, takie czarno-czerwone, skośne linie, paseczki na pudełkach. Tam są nawet takie kluby, które nazywają się od nazw produktów, tam C60 na przykład. Tak, no tak, C60 to 60 minut miała ta kaseta, dwa razy po 30. Zgrałem już w tym klubie lata po tym, jak zakład przestał zajmować się tą produkcją. Nie wiem, co robi. Wiesz co, ale tam jest muzeum, bo tam był Dom Kultury i ja niedawno w tym muzeum się znalazłem, bo to jest muzeum Władysława Hasiora, wyobraź sobie.

Oni rozmawiali o rzeczach bardzo mało interesujących, a na koniec Krzysiek powiedział, a teraz tutaj jest gość, co napisał takie różne dziwne piosenki, żeby to skomentował jakoś. Ja coś tam powiedziałem, ja byłem przerażony, a on potem, pamiętam, że powiedział, o super, właśnie o to chodziło, Dałem do zrozumienia, że panowie, jedyną panowni umiejętnością jest możliwość zabijania ciszy przez 40 minut. Nikt nie wyniesie z tego ani słowa, ale wychodzimy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. No to mniej więcej, teraz konfabuluje, bo przecież nie pamiętam tego dokładnie. Ale kiedy spotkałem Wojtka, kiedy zadzwoniłem do tego dyrektora, to ja nie pamiętałem, że to ten sam gość. Bo wiesz, takie krótkotrwałe historie wiążą się też ze swego rodzaju szokiem, kiedy stajesz w obliczu nowych okoliczności i wychodzisz jak po starciu bokserskim.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.