Mentionsy Mentionsy
Studio Dynks
Studio Dynks

Open Mike (11) Rozmowa z Michałem Łaszewiczem, kierownikiem Katedry Musicalu na Akademii Muzycznej w Poznaniu

28.03.2026 ·56 min 41 s · 1 rozdział · 1 sponsor

Open Mike to autorski podcast o życiu kulturalnym i społecznym Poznania. O ludziach, miejscach, wydarzeniach i zjawiskach. Jesteśmy częścią Dynksa, poznańskiego magazynu kulturalnego dynks.poznań.pl, którego wydawcą jest Estrada Poznańska. Zapraszam do czytania, oglądania i słuchania. Mike Urbaniak. Ja jestem mężczyzna pracujący, żadnej pracy się nie boję, mógłby z całą pewnością powiedzieć mój dzisiejszy gość. Musiałby tylko dodać, żadnej pracy muzycznej. Jest bowiem bardzo zajętym kompozytorem, aranżerem, dyrygentem, chórmistrzem i nauczycielem akademickim, krążącym między Poznańską Akademią Muzyczną, Teatrem Muzycznym i wieloma innymi miejscami. Mało tego, znajduje jeszcze czas, by prowadzić na Facebooku stronę Ciekawostki Poznańskie.

Ale słuchaj, może to jest związane z tym, że nie potrafisz odmawiać. Wiele na ten temat myślałem i do tej pory myślę, że coś w tym jest. Zaprosiłeś mnie tutaj, to jest najlepszy dowód na to. No właśnie, to zrobimy w klipie promocyjnym. Ja zaprosiłem cię, żeby porozmawiać o twoich muzycznych aktywnościach, bo ich jest bardzo dużo. Tak mnie natchnęła... Skandaliza niedawna w Teatrze Polskim w Poznaniu, gdzie maczałeś oczywiście swoje palce muzycznie i siedziałeś tam też za pianinem, zresztą nie pierwszy raz, bo wiele edycji, ekstrawaganzy, to jest też coś, w czym bierzesz udział.

I jakiś czas temu, jeszcze do tego wrócimy, była premiera dyplomu, spektaklu dyplomowego, prawda, twoich studentów. Jeszcze o tym porozmawiamy na Akademii Muzycznej, musicalowa premiera. I tak jakoś właśnie mnie, słuchaj, natchnęło to, że to jest może czas, żebyśmy sobie usiedli, porozmawiali o tym właściwie, jak znajdujesz czas, dlaczego zajmujesz się tym, czym się zajmujesz i właściwie jak wygląda to twoje muzyczne życie. Wszystko wspomniałeś o moim związku z teatrem muzycznym w Poznaniu. Nie jestem już etatowym pracownikiem teatru od 3 lat, natomiast całe moje dorosłe życie to był teatr muzyczny i to uważam za wielkie szczęście. Zacząłem pracę na etacie w teatrze mając 19 lat i tydzień dokładnie.

Także jako dorosła osoba nie znałem świata poza teatrem muzycznym w Poznaniu konkretnie, ale też równolegle pracowałem już w uczelni, bo ja tam też się zajmuję nagraniami w studio. Teraz zbudowaliśmy studio telewizyjne, także też się dzieje. No a po latach jako osoba Można powiedzieć, że spełniona teatralnie, jeżeli chodzi o teatr muzyczny. Otworzyły się jakieś tam możliwości, bo za rok obchodzimy dziesięciolecie istnienia specjalności musical, która tam się na początku inaczej nazywało, ale zostałem wówczas zaproszony, jak ona powstała, do pracy przy Tym czym się zajmowałem najwięcej w teatrze, czyli do kierowania zespołem wokalnym i to są moje podstawowe zajęcia pedagogiczne w uczelni w tej chwili.

Od tego roku otwieramy też studia drugiego stopnia, więc będzie można z dyploma magistra Akademii Muzycznej w Poznaniu musicalu kończyć już za dwa lata. I okazało się, że mam w sobie tego belfra, no bo wiadomo, przez lata w teatrze ja miałem tu wielkie szczęście przejścia. Tej drabinki od szeregowego artysty chóru, wtedy to się tak nazywało, w latach głęboko operetkowych jeszcze, za dyrekcji Daniela Kustosika, ale też w którymś tam momencie dałem się poznać jako aranżer, kompozytor. Też prowadziłem orkiestrę, byłem kierownikiem muzycznym bardzo wielu spektakli. A ekstrafaganza, o której wspomniałeś, rzeczywiście jestem takim, nie wiem, to się mówi, współojcem, jeżeli Drozda jest współmatką.

Zostałem rzeczywiście zaproszony przez Macieja Nowaka już 10 lat temu i od pierwszej ekstrafaganzy tam sobie grzeszymy muzycznie i nie tylko w piwnicy Teatru Polskiego. Oprócz tego, ja wszystkim młodym ludziom, którzy dołączają do ekipy ekstrawaganskiej i przechodzą taki, nie wiem jak to nazwać, inicjację drozdową, bo to trzeba w ten świat wejść. Ale trzeba w niego wejść profesjonalnie. Ja pamiętam własne pokusy, bo się okazało, a robimy taki pojechany teatr, puszczamy oko, tam no oczywiście górnolotnie mówiliśmy, że do berlińskiego kabaretu, ale tak naprawdę zrobiło się wesoło, ale Joanna też bardzo szybko nad tym zapanowała i przypomniała nam wszystkim, że

To, że to ma taki wymiar to jedno, ale my jesteśmy zawodowcami i robimy to najlepiej jak potrafimy. Dlatego teraz w skandalizie spotykam się z naszymi za chwilę absolwentami, a jeszcze studentami, którzy oczywiście w pełni świadomie podjęli się Ale może nie oczywistym dla młodego adepta sztuki i myślę, że dobrze im zrobiła taka rozmowa właśnie przez pryzmat tego, co ja robię, bo ja również prowadzę męski kameralny zespół śpiewu cerkiewnego. Jako kierownik muzyczny skandalisty, ale nie przez ten pryzmat i uważam, że zupełnie. Ja nie czuję tutaj jakiejś sprzeczności, po prostu staram się to robić z serca.

Ja jeszcze do tego wszystkiego chcę wrócić, ale pomyślałem sobie, że wykorzystam te okazje, gdy się spotykamy, żeby właśnie trochę zapytać cię też o ten początek, bo... Ty się urodziłeś, wychowałeś w Białymstoku, w którym zresztą ja oglądałem w naszym wspólnym rodzinnym mieście musical w białostockim Teatrze Lalek, zresztą musical Hotel Ritz, który zresztą był jakimś hitem absolutnym, znaczy pewnie dalej jest grany. Tak, mamy to szczęście, że on cały czas jest. Jak mnie mam. Tak, naprawdę fantastyczny. Muszę powiedzieć, mogłem go w BTL-u zobaczyć. Ale to jest początek twojej drogi. Rozumiem, tam chodziłeś w Białymstoku do szkół muzycznych. Byłeś takim dzieciakiem, który od małego gra na instrumencie i jest katowany. Albo może inaczej, właśnie to uwielbia i chodzi do tej szkoły muzycznej.

To jest ta ścieżka? Ja nie wiem, czego to jest syndrom, ale mi nie pozostawiono wyboru, bo babcia wyciągała mnie za ucho z przedszkola jako pięciolatka. Wszyscy dalej sobie grali w piłę, a ja byłem prowadzony do przedszkola muzycznego. No i potem... Czyli od przedszkola, nawet nie od szkoły, ale od przedszkola. Tak, tak, tak. Więc wtedy pamiętam, że mnie to bardzo uwierało, bo ja musiałem tam grać na jakimś tamburynku i robić jakieś ćwiczenia, przebierać się wtedy obciachowe strasznie te stroje do rytmiki. Pamiętam. Tak. I zawsze się zastanawiałem, jak dziewczynki ten taki jednoczęściowy zakładają, skoro tam nie ma żadnego rozporka ani guzików. To jest ta magia. To jest właśnie, to jest magia.

No i potem jakby tak już awansem z automatu trafiłem do podstawowej szkoły muzycznej, do klasy fortepianu, który mi szedł nieźle, ale Tyle samo zawdzięczam mojej Pani Profesor, którą serdecznie pozdrawiam, bo ona mnie na Facebooku śledzi, ale Pani Profesor, pamięta Pani, jak od Pani dostałem linijką po łapach za granie nie z nut, że był zakaz grania czegoś tam z głowy i od siebie, bo były takie czasy, że trzeba było przez tę podstawówkę przejść bardzo tak w sposób uporządkowany, a porządek był jedynie w nutach. Dzięki czemu stwierdziłem, rodzice przymusili mnie, aby dokończyć tę podstawówkę i powiedziałem, że koniec, trzeba się czymś sensownym zająć.

I przeżył tę wspaniałą przygodę. Zostaje w nim ta muzyka jakoś na długo. A to były takie chóry akademickie czy na przykład też właśnie prawosławne? No bo nawiązuje do tej cerkiewnej muzyki, którą dzisiaj się zajmujesz również. W jakiej formie to było? To równolegle, bo mówię, że z mlekiem babci mam ten śpiew cerkiewny. Jak to często w tamtych latach bywało, moi rodzice nie byli jakoś religijnie zaangażowani wręcz zupełnie, a w tamtym czasie babcia mnie tam z załucho i na siłę w zasadzie na początku mutacji jeszcze zaciągnęła do chóru cerkiewnego i to był właśnie ten okres, kiedy ja już powiedziałem, że nie będę muzykiem, że koniec z tym. Nie uświadomiłem sobie, jak mi brakowało jednak tej muzyki, ale ja miałem w ogóle problemy z głosem w podstawówce muzycznej i byłem zwolniony z chóru.

Który prowadziła wtedy obecna wciąż jeszcze Pani Dyrektor Opery i Filharmonii Podlaskiej, Wioleta Bielecka. No i tam przyjęła to zaświadczenie od foniatry, więc ja nie chodziłem na ten chór. No po czym tak się wkręciłem w to cerkiewne śpiewanie. To w ogóle zjawisko wymagające oczywiście omówienia, ale poznałem tam ludzi w wieku moich dziadków, którzy Names mentioned. I naprawdę ci chórzyści, no dzisiaj już ta sytuacja się zmieniła, bo jest coraz więcej ludzi z wykształceniem muzycznym, ale wtedy byli to amatorzy, którzy całe życie śpiewając w chórze cerkiewnym nabyli nieprawdopodobne umiejętności śpiewania w harmonii, zupełnie bez nut, to się mówi na głaz, są takie właśnie formaty wywodząc się jeszcze z bizantyjskiej.

No i strasznie to we mnie wybuchło. Za chwilę właśnie z tym kolegą, o którym mówiłem, założyliśmy jakiś już młodzieżowy zespół, a jednocześnie pani profesor Bielecka zaproponowała mi śpiewanie w ówczesnym chórze, który był przy filii Uwczesnej Akademii Warszawskiej, Cantique Academus, który przerodził się de facto w dzisiejszy chór Opery i Filharmonii Podlaskiej. Także miałem przyjemność takie lata, wydaje mi się kluczowe dla rozwoju muzycznego, spędzić w tym chórze, objechać z nim kawał świata i jeszcze nawet tutaj po przeprowadzce do Poznania jeszcze brałem udział w projektach jakichś białostackich.

A dlaczego ta przeprowadzka tak cię przerzuciło z jednego krańca Polski na drugi? Bo no właśnie wspomniałeś nawet o tym w Białymstoku. Nie wiem jak jest dzisiaj, czy to dalej jest filia Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Dalej jest to filia, więc jest, ale można się kształcić. Poza tym, no właśnie, ta Warszawa jest jeszcze bliżej na przykład. Z jakiego powodu tak cię przerzuciło z jednego krańca na drugi i wybrałeś studia w Poznaniu? To był kolejny przypadek, ponieważ za moją ówczesną licealną dziewczyną chciałem się znaleźć w Warszawie, ale nie dostałem się na Wydział Wokalny Operowy Klasyczny, wtedy innego nie było. I moja pani profesor od śpiewu w jakimś tam sensie, która pracowała i tu i tu, uważała, że może ona tam jakoś polityczną miała, jak to się mówi, podpadziochę, w każdym razie czuła się

W pewnym sensie za mnie odpowiedzialna, a znała się z ówczesnym dyrektorem Teatru Muzycznego w Poznaniu. Wysłała mu wideo z mojego dyplomu i swoim zwyczajem zadzwoniła do mnie w pół do piątej rano. Jak dziś pamiętam. Chcesz pracować w Teatrze Muzycznym w Poznaniu? A ja w ogóle nie wiedziałem, gdzie jestem, kto tu dzwoni i tak mówię, za wszelką cenę chciałem, żeby mi dano już spać dalej. Mówię, tak, to jutro tam jedź, masz spotkanie z dyrektorem. No i rzeczywiście wsiadłem w pociąg, no bo to był ten moment, kiedy już jeszcze wtedy dowoja przecież brali, myśleli, co ja tu zrobię, nie dostałem się na studia. No i rzeczywiście spotkałem się z dyrektorem Kustosikiem. Który to był rok? To był rok 96. Także jako taki świeży maturzysta zapamiętałem, bo wtedy jeszcze przed wakacjami, kiedy byłem na spotkaniu z dyrektorem, były takie aluminiowe, oryginalne drzwi w Teatrze Muzycznym przy Niezłomnych, które już potem tylko na archiwalnych zdjęciach widziałem.

Dyrektor dał mi trochę czasu do namysłu, czy chcę pracować w teatrze. No totalnie mnie to zastrzeliło, bo ja o tym nie myślałem, że na tym etapie życia jest to możliwe, ale okazało się, że moje dyspozycje i umiejętności naówczas były wystarczające, żeby w tym chórze rozpocząć pracę. A okazało się też, że była jeszcze dodatkowa rekrutacja do Akademii Muzycznej w Poznaniu, także nie straciłem roku. Ale najpierw był teatr, także zacząłem pracę we wrześniu i jakoś pod koniec września zdałem egzaminy wstępne z powodzeniem do Poznania. Na śpiew? Nie, zacząłem studiować. To był wtedy początek podziału dawnego Wydziału Wychowania Muzycznego i byłem pierwszym rocznikiem, który się już załapał na specjalność Dyrygentura Choralna i to zacząłem studiować.

Dzięki temu też po, jakoś mi się tam nudziło na studiach, udało mi się zrobić trzeci rok i czwarty równolegle pracując w teatrze, także w wieku 23 lat już byłem po studiach z tytułem magistra, chórmistrza i akurat Po roku był wakat w Teatrze Muzycznym, zaproponowałem dyrektorowi, czy nie chciałby mnie wypróbować tak bez żadnej umowy, bez zobowiązań, gdyby coś miało pójść nie tak, bo w sumie mam papiery kierunkowe, a już kilka lat w tym teatrze pracowałem na scenie. No i tak już i tak minęło kolejne 20 lat. No nadaktywny, mówiłem, że nadaktywny. Ale to teraz tak sobie myślę, słuchaj, 30, 96 rok, no to ta trzydziesteczka już równiutko poszła w Poznaniu.

Tak, pyk, 1 września będzie. 1 września, 30 lat, będziesz obchodził jakoś ten jubileusz. Właśnie, nawet wiesz, nie, że przygotowując się do tej rozmowy, ale się nad tym zastanawiałem, od którego momentu w ogóle w życiu się liczy ten debiut, bo to się mówi od pierwszego profesjonalnego występu. No ja założyłem w Białymstoku ten zespół cerkiewny i w Filharmonii wystąpiłem jako dyrygent mając lat 16, no to może się liczy, no to już strasznie stary jestem w takim razie, to już 40-lecie pracy za chwilkę. Ale rzeczywiście, jeżeli chodzi o tę domenę teatru muzycznego i tu chciałem odczarować, bo Poznański Teatr Muzyczny wcale nie był taki operet kowy do szpiku kości, jakby się mogło wydawać. Bo to szczególnie, no, złota dekada to były lata dyrekcji Stanisława Ręca, kiedy wiemy, że dziękuję ci Ewo.

To jest ewenement do dzisiaj niepowtórzony przez żaden musical ten nowoczesny. Wtedy chyba dyrektor Ręca nazywał operetko, komedia, musiałbym zobaczyć, bo mam fotokopię wyciągu pierwszego. Natomiast to było grane we wszystkich polskich teatrach muzycznych, oprócz Gliwic, ale to... Nie będę myśli prezesa Jarosława rozwijał. I rzeczywiście ostatnia inscenizacja jeszcze we Wrocławiu pod koniec lat 80-tych była. Także absolutnie był to specyficzny, też autorski musical. I potem przez lata, no rzeczywiście, nie ma co zaklinać rzeczywistości, zespół był o autoramencie absolutnie klasycznym i do dzisiaj Wielu kolegów odnalazło się w świecie musicalu i świetnie sobie w nim radzi.

Natomiast była też ta operetka nazywana klasyką dzisiaj, żeby nie było wstyd. Wszystko to traktowałem jako lekcję, ale miałem przyjemność właśnie jako dyrygent prowadzić My Fair Lady, prowadzić Kiss Me Kate. Ostatnio jeszcze Rodziny Adamsów. Z tych już nowszych rzeczy asystowałem w bardzo wielkiej ilości spektakli. Cieszę się, bo też musical, który przez kilka lat graliśmy, Królowa Śniegu, który był autorskim musicalem Artura Romańskiego i moim, był wydaje mi się takim pierwszym nowoczesnego typu. Bo już wtedy, jak sprzedałem monitor od mojego komputera, I próbowałem trochę schudnąć, to odłożyłem na pierwszy wyjazd do Londynu w 2005 roku i wtedy mi się strasznie odpaliła korba, bo zobaczyłem jak można robić scenę muzyczną i gdzie my wtedy byliśmy w Poznaniu.

No daleko byliśmy, niż by długość geograficzna wskazywała. No niemniej za chwilę już dobiegło końca, kadencja dyrektora Kustosika, coś tam się jakby trochę działo, ale to jest chyba tak, że każdy ma swój czas i dyrektor w czasie swojej świetności coś tam zrobił wtedy na pewno dobrego dla teatru muzycznego, a no dzisiaj to wszystko rozgrywa się zupełnie inaczej. No niemniej ja jeszcze przez kolejną dekadę też pracowałem z Przemkiem Kieliszewskim. I miałem tam jakieś swoje poletko przez niego wyznaczone. Czuję się spełniony w tym wszystkim. Później jakby też otworzyła się ta

Ta możliwość podzielenia się z przyszłymi pokoleniami artystów musicalowych, tym czego się nauczyłem przez 26 ponad sezonów w teatrze, pełniąc właśnie rozmaite funkcje. No i tak się stało, że zdecydowałem, że jeszcze jest ten ostatni moment, żeby się trochę kopnąć. I zakończyłem pracę etatową w Teatrze Muzycznym, aczkolwiek oczywiście trudno nie być w relacjach dalej. Cieszę się, że trochę bywamy wzajemnie na swoich eventach, bo dla naszych absolwentów jest to absolutnie kluczowe w świetle szczególnie budowy nowej siedziby Teatru Muzycznego.

Na razie oby wojny nie było u naszych wrót, bo to wszystko wygląda bardzo dobrze. Jestem w tej chwili zaangażowany w zespole projektowym dotyczącym, w zespole konsultacyjnym dotyczącym Olimpii, czyli budynku, który powstanie po zburzeniu tej starej Olimpii na rogu Grunwaldzkiej i Matejki, bo tam powstanie pełnowymiarowy teatr muzyczny akademicki z widownią na 400 miejsc, doskonale wyposażony. Więc to będzie kolejny rozdział. Mam nadzieję, że będę miał przyjemność w tym uczestniczyć. No i wspaniale, że Poznań będzie miał kolejną scenę muzyczną, akademicką, ale stałą. Zapytam cię jeszcze, bo to mnie bardzo interesuje ta edukacyjna działalność musicalowa i to jak to dzisiaj wygląda, ale chciałem zatrzymać się jeszcze na chwilę w muzycznym teatrze.

Nawet tutaj użyłeś słowa wstyd. Mimo operetce, prawda? Bo jest, myślę, jakiś taki no właśnie ciężar, prawda? Gdzieś ciążący. Może już dzisiaj go nie ma, ale chociaż, wiesz, ja mam wrażenie w dalszym ciągu, że dla jakichś osób musical jest jakoś taką, wiesz... Drugiej klasy, wiesz, formą muzyczną. Nawet obstawiam, że w środowisku muzycznym jednak bycie, nie wiem, dyrygentem, zajmując się muzyką symfoniczną, to jest ta musical, to jest jakaś druga klasa, to jest w ogóle mniej ważne. Wiesz, jest jakieś takie deprecjonowanie tego. Mam takie poczucie, możesz jako tutaj specjalista Nie zapomnijcie zasubskrybować oraz zafollowować mnie na Facebooku!

W stosunku do oczywiście wyższych, wielkich i wspaniałych, którymi mógłbyś. Czy ty to odczuwasz w ogóle w zajmowaniu się musicalem, w pracy musicalu? Czy na przykład obserwowałeś jakąś ewolucję też na przykład, zmianę postrzegania w ogóle musicalu, teatru muzycznego w Polsce? Ciekawi mnie bardzo to twoje spojrzenie z lotu ptaka z tym doświadczeniem na to. Absolutnie, to z dwóch stron jest takie wzajemne przekonanie o niedoskonałości, bo ja przez lata pracowałem tak naprawdę w technicznym dziale Akademii Muzycznej, pracując normalnie jako artysta w Teatrze Muzycznym. No niemniej mój były wydział tak kokietowałem, czy by mnie do czegoś tam nie potrzebowali, bo Wydaje mi się, że w okresie, kiedy ja kończyłem studia, była pewna luka pokoleniowa, że nie było asystentów w moim wieku, że byli ci profesorowie nobliwi, zasłużeni i potem długo, długo nic.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.