TUSK W PRZYSZŁOŚCI ODC. 1 (audiobook sci-fi)
Dzień dobry Państwu, nagrałem pierwszy odcinek nowej serii o Tusku w przyszłości. Generalnie Tusk tak się wściekł, że pękła mu żyłka, lekarze nie potrafili go odratować, zahibernowali go i obudził się w Polsce przyszłości. Jak zwykle proszę o szery, lajki, suby i komentarze
W roku 2000 którymś tam którym Tusk się strasznie wściekł. Bardziej niż zwykle. Najpierw poitrytowało go to, że Borys Bułka prowadził jakąś żywą konwersację z Agnieszką Dziemieniowicz-Bąk. Zaśmiewali się, klaskali w dłonie, byli strasznie wyluzowani. Coś za wesoło widzę, myślał sobie Tusk. Chyba, Borys, trzeba cię trochę przytemperować. Tylko do czego się tutaj przyczepić? Długo jednak poszukiwanie powody mu nie zajęło, bo jak każdy szef miał w mózgu specjalny ośrodek. Nukleus przypierdolens odpowiedzialny tylko i wyłącznie za funkcję. Do czego by się tu dowalić?
Podszedł do ministra i powiedział do niego cichym, z pozoru uprzejmym głosem, w którym dało się jednak wyraźnie usłyszeć nutkę niezadowolenia. – Borys, czy mogę cię prosić na chwilę? Gdy się oddalili, Tusk dobrał tak głośność swych pretensji, żeby Agnieszka Dziemieniowicz-Bąk wszystko słyszała. Borys, kolejny raz Cię widzę z nierówno zapiętym krawatem. To nie może się powtarzać! Reprezentujesz rząd PO! Nie możesz chodzić jak flejtuch! Borys Bułka zrobił potulną minę, co już poprawiło Dolanowi humor, po czym zaczął się kajać. Dolan, ja cię bardzo przepraszam.
Ja naprawdę się staram jak najlepiej reprezentować nasz rząd, ale ja nie mogę równo wiązać krawata, bo to po zobacz. I Borys wskazał palcem na dolny guzik swojej marynarki. Tusk się pochylił, żeby zobaczyć, o cóż może tu chodzić. I wtedy Borys Bułka pstrychnął go w nos, a Dziemieniowicz Bong nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Tuska zamurował. Co, co, co? Ale że bułka, Borys, tak? Takie nic? Takie popychadło? Do mnie tak? Ale jak? Jak do mnie tak?
Takie nic? Na twarzy robił się coraz bardziej czerwony i już był na granicy największego wybuchu wściekłości od dawna. Gdy? Pękła mu żyłka. W tych czasach syndrom pękniętej żyłki był nieuleczalny. Lekarze nie potrafili go odratować, więc poddano go hibernacji. Obudzić się miał w zupełnie innej Polsce. Przebudzenie. Najpierw pojawiło się światło, a nad nim stała jakaś sylwetka.
Nie trafiło jeszcze do niego, kim jest. Był tylko tym widzeniem światła, potrzebą ciała do poruszenia się i dopiero zawiązywały się łańcuchy myśli, z których zrodzić by się mogły jakieś pytania. Stała nad nim jakaś zdawałoby się kobieta w szarym uniformie o dziwnym kroju, TUSK W PRZYSŁOŚCI Zorro to pierwsze, bardziej osadzone, niecielesne, zmysłowe pojęcie, które pojawiło się ze świata jego pamięci. A drugie, że jest premierem.
Wstał gwałtownie, chwiał się na nogach, zaczął się rozglądać, ale niewiele w pokoju był w stanie rozpoznać, wszystko było rozmyte. Bądź pozdrowiony, panie Donaldzie Tusku, powiedziała kobieta. Proszę się postarać uspokoić i usiąść. Tusk spojrzał się na nią drapieżnie i nagle sobie przypomniał. Borys Bułka wyrzucił z siebie ze złością i zacisnął pięść. Kobieta nagle zakryła usta i nos i na jej oczach pojawiło się pewne zakłopotania. Tusk po chwili spojrzał w dół i zauważył, że... Defekował w spodnie. Wrzasnął i zacisnął pięści na jakimś przedmiocie. Nie był ani trochę zawstydzony, był wściekły.
Znowu Borys Bułka go upokorzył. To przez niego narżnął w gacie na oczach jakiejś kobiety. Za chwilę jednak wściekłość została zastąpiona przez przerażenie, bo przez nogawki zaczął mu wlatywać rój jak i żyjątek. Wrzasnął drugi raz. Tym razem nie z wściekłości, a ze strachu. Panie Donaldzie, ale proszę się nie obawiać. To tylko bociki sanitarne. One oczyszczą. Wrzasnął Tusk z jeszcze większym przerażeniem. Zaczął się miotać. Próbował strząsnąć bociki nogami. Potknął się i wypadł przez coś, co chyba było otwartym oknem. A! Wrzeszczał przerażony, spadał i strach został przytłumiony.
Organizm włączył modus. Co ma być, to będzie. I wtedy, kiedy w każdej chwili oczekiwał końca, poczuł miękkie lądowanie. Rozejrzał się i opadał teraz powoli na jakimś pojeździe. Gdy był już blisko gruntu, zeskoczył z dziwnego płaskiego drona w kształcie dysku, który od razu odleciał. A to, co miał przed sobą, Było ogromne, gigantyczny budynek przypominający architekturę ofkar buzierowskie czy też socjalistyczne bloki, ale dużo większy niż cokolwiek podobnego w swoim życiu widział. Miał chyba z kilkaset, no ale przynajmniej dwieście Metr w wysokości, jeśli nie więcej, ale nie tylko wysokość decydowała o jego ogromie.
Składał się z rozpostartych, stosunkowo cienkich skrzydeł, które wychodząc ze środka sięgały bardzo daleko. Odwrócił się oszołomiony i teraz miał przed sobą las. Las, ale pośród drzew wyzierały zarysy jakichś budynków, a w oddali przysiąkły, że z nad linii drzew widział iglicę jakiegoś drapacza chmur. Obrócił się jeszcze raz i zobaczył, że drogą biegnącą wzdłuż gigantycznej budowli zbliża się do niego jakiś człowiek w azjatyckim, słomkowym kapeluszu. Tak mu się wydawało, że człowiek. Ale gdy był już zupełnie blisko, okazało się, że to raczej robot. Android.
Wyglądał dosłownie jak niebiesko-srebrna marionetka. Spod ronda kapelusza wyzierały światełka czegoś, co było zapewne obczami, a co układało się w kształt przypominający okulary. Na wietrze wywiaływały włosy czy raczej niebieskie wąskie pasma jakiegoś zwiewnego materiału. Najbardziej jednak zszokował Tuska Ruch tej postaci, w ogóle nierobotyczny, miał w sobie grację, która nie jest chyba osiągalna nawet dla żadnego człowieka. Donald Tusk znowu wrzasnął z przerażeniem i odskoczył. Panie hibernancie, proszę się nie obawiać, powiedział robot aksamitnym, melodyjnym, zupełnie nierobotycznym głosem,
Który jednak nie wydobywał się z ust, bo takowich robot marionetka nie biał. Radziłbym panu wrócić do Arkologii Wesoła. No i jeśli mógłby pan jednak założyć spodnie. Tusk dopiero teraz zorientował się, że jak wypadł z okna najwidaczniej zwiało mu spodnie. — Jestem premierem! — krzyknął wściekły. — Jeśli chcę chodzić bez spodni, to będę chodził bez spodni! — rzucił w robota kamieniem i uciekł drogą w głąb lasu. Nagle znowu zdębiał, bo coś, co wydawało mu się sporym czarnym ptakiem siedzącym na gałęzi, zamiast głowy miało jakąś kulę. Z trzema wielkimi, zielono lśniącymi się wizorami.
Ale panie hibernacie, wydobył się ten sam melodyjny głos, co zrobo marionetki. Po co od razu rzucać we mnie kamieniami, wystarczyłoby po prostu wyjaśnić. Dolan Tusk nie zamierzał tego słuchać i ponownie wziął kamień, tym razem większy i cisnął nim w ornito robota. Widocznie po hibernacji w pełni nie wróciło mu czucie i kontrola nad wszystkimi mięśniami, bo wysiłek włożony w rzut kamieniem sprawił, że znowu pod siebie zdefekował. I znowu oblazły go sanitarne bociki, tym razem jednak ich nie strząsał, pozwolił wykonać im swoją robotę, a nawet zauważył, że czuł przy tym takie przyjemne mrowienie.
W lesie niedaleko drogi spoza drzew wyzierały jakieś budynki. Usłyszał krzyki i zawołania, dobywające się właśnie z tej strony. Gdy się zbliżył, okazało się, że kompleks budynków przypominał typową PRL-owską szkołę. W zasadzie był niemal identyczny. Nie zdawał sobie jeszcze z tego w pełni sprawy, ale to znajome wśród nieznanego urochomiło w nim uczucia, takie jak bociany u Mickiewicza w Afryce. Znaczy, u Słowackiego, bo Norwid to w przytułku chyba. Smutno bi Boże generalnie. Po podwórku biegały dwie osoby trzymające w ręku repliki jakichś karabinów, które wyglądały na plastikowe.
Nagle z drzwi szkoły wybiegły kolejne dwie osoby z podobnymi atrapami broń, pociągnęły nimi w lewo i w prawo, po czym dwie osoby na podwórku padły i zaczęły tarzać się w konwulcjach, a po chwili wstały i udały się w stronę ławki, gdzie siedziała już inna osoba. Bawią się w wojnę, zdziwił się Tusk. Dorośli ludzie bawią się w wojnę, jak szczeniaki? To społeczeństwo już całkowicie dziedzinnieje psy i koty. Zamiast dzieci bawią się w wojnę. Pewnie jeszcze niebinarni pomyślał ze wzgardą. I psy też pewnie niebinarne, albo identyfikują się jako kot. I zaśmiał się sam do siebie.
Dumny ze swojego wybitnego żartu. Postanowił się rozejrzeć, wkroczył na teren owej szkoły dziarskim. Zdecydowanym krokiem w końcu był premierem. Ludzie na podwórku śledzili go wzrokiem z pewnym takim cielęcym zdziwieniem w oczach. Ubrani byli w podobne szare uniformy co kobieta, którą jako pierwszą zobaczył po przebudzeniu. Mieli też podobne diademy na głowach. Przekroczył duże drzwi i wewnątrz też wszystko przypominało szkołę. Pustą szkołę. Uczucia jeszcze bardziej zbrały i w pełni wyszły na powierzchnię. Uruchomiły myśli i obrazy. Usiadł na schodach między jednym piętrem a drugim i owładnęły go wspomnienia lat szkolnych, gdy na podwórku grali w piłkę, a po korytarzach na przerwie biegali i owszem, bawili się w wojnę.
Rudy, ale ty nie upadasz! Jakie to wszystko było cielesne, konkretne. Było się tu i teraz. Apolityka, chwile triumfu, momenty, a głównie gula w gardle i wściekłość. I zawsze dziesięć kroków do przodu, nigdy tu i teraz. Myśli wśród tego, co jeszcze nie istnieje i okazuje się, że nigdy nie zaistnieje takim, jakim było w myślach. Tu i teraz przynajmniej istniało, tu i teraz przynajmniej w ogóle istniało. Ech, schował twarz w dłonie i prawie zapłakał. Ale usłyszał kroki i gdy znowu spojrzał przed siebie, na niższym piętrze patrzyło na niego sześć osób.
Trudno byłoby mu rozróżnić, kto był kobietą, a kto mężczyzną. Żałosne pomyślą. Patrzyli na niego tymi dobrotliwym, cielęcym spojrzeniem, w którym było jednak także pewne zaciekawienie. Panie hibernacie, rzekł do niego chyba mężczyzna bardzo przyjaznym i przyjemnym głosem. Proszę nie czuć się zawstydzonym, ale nie ma pan spodni. No i co, że nie mam spodni, powiedział zawadiacko Tusk z szelmowskim uśmieszkiem. Jestem premierem, jeśli nie chce chodzić bez spodni. To mogę chodzić bez spodni i zaczął podskakiwać na schodach machając swoim kutasem.
Jedna osoba się lekko zaśmiała, część na twarzy zawitał uśmiech będący mieszanką rozbawienia z pewnym politowaniem, a część była po prostu zaskoczona. Panie hibernancie, ale proszę uwzględnić, że w tym lesie mogą spacerować także dzieci, odparła ta sama osoba. Dzieci, dzieci, odpowiedział z nieskrywaną pogardą Tusk. Wy jesteście jak dzieci. Już nawet wzrok macie tych kotków, które przeglądacie w telefonach. I co? Zareagujecie w ogóle? Nie, dalej tylko ten wzrok. Ale o co chodzi? Co się dzieje? Czy w ogóle jeszcze coś czujecie? Tusk zrobił krótszą pauzę, po czym ryknął jak dzikie zwierzę, skoczył i uderzył kutasem po twarzy swego uprzedniego rozmówcę.
Wtedy wzrok wszystkich zmienił się momentalnie z cielęcego w drapieżny. — Tak kutasem po twarzy — powiedział ktoś, a źrenice wszystkich zawężone w czarne, złowrogie punkty. — Kutasem po twarzy? To niedopuszczalne! — Aaa, czyli jednak są tam jakieś emocje, tak? — rzucił Tusk z uśmieszkiem, podczas gdy osoby wokół Niego wymieniły złowrogie spojrzenia, potem każda z nich zrobiła tajemniczy gest palcem prawej dłoni, po którym wszyscy zwrócili się z wzrokiem drapieżnych ptaków w stronę Tuska. Wyciągnęli z kieszeń krążki przypominającej joja i kilka z nich cisnęło tym ustrojstwem na lince wdolana.
Jasne, jasne, wszystko wiem, ale sami widzicie, że mamy trudnego hibernanta, odparł Raiden. Przecież on pójdzie do podziemi, rzuciła kolejna osoba. Ach, towarzysze, może pójdzie, może nie pójdzie, odpowiedział fluternie Raiden, po czym wyprowadził kuśtykającego Tuska ze szkoły i znowu starał się do niego dotrzeć. Panie hibernancie, proszę mnie posłuchać. Musi pan wrócić do arkologii. Do jakiej znowu arkologii? Odpowiedział Tusk zachrypniętym głosem. Co tu się w ogóle dzieje? Co to za dzicz? Ja jestem premierem. Byłem przewodniczącym rady europejskiej. No tak, przewodniczącym rady, premierem, ale proszę zrozumieć.
Nie słyszysz, że on nie chce nigdzie z tobą lecieć? Nagle ktoś za ich plecami przemówił kobiecym głosem. Raiden głęboko westchnął i rzucił z irytacją. Eliza. Eliza! Eliza, to ty? Tusk odwrócił się i nie miał już wątpliwości. To była Eliza Michałek. Rozpromieniał, pokuśtykał w jej stronę i jak nie zaczęli się obściskiwać oboje, mając łzy w oczach. Ale, ale jak to? pytał Tusk przez ły. Jak to możliwe? A co myślałeś premierze, mój król Europy? odpowiedziała Eliza. Że my tak bez ciebie tak moglibyśmy? Niby jak. Jak tylko usłyszeliśmy, że ci żyłka pękła, od razu żeśmy się poddali hibernacji.
I Tomek Lisek, i Roman Giejtrych. O Boże, wyrzucił z siebie Raiden głosem pełnym rozżaleń. I będziesz go teraz ciągnąć do tej dziury? Dlaczego Nefta nie powiedziała? Tak, żebyś wiedział, Raiden, odpowiedziała energicznie Eliza. Nie po to Dolan dzielnie walczył z komunizmem, żeby teraz do was komuchów. Ależ, panie Elizo, przecież chciał wytłumaczyć Raiden, ale Eliza mu nie pozwoliła. Chodź, Dolan, nie słuchaj się go, chodź, chodź, już niedługo będziesz wśród swoich i Tomek jest, i Roman, i... I Eliza prowadziła Tuska ścieżynką odchodzącą do leśnej drogi, na której byli. W końcu zadać musiała to trudne pytanie.
A, Dolan, dlaczego ty nie masz spodni? Nie chcę spodni, dobrze mi bez spodni, odpowiedział były przewodniczący Rady Europy. Dobrze Dolan, jak chcesz chodzić bez spodni, to chodź bez spodni. Wkrótce ukazała się im taka jakby duża, zatopiona do połowy w ziemi, wznosząca się nad nią na cztery metry rura szarego koloru nieznanego imienia. I widzisz, Dolan zaczęła tłumaczyć Eliza, tą rurą płyną wszystkie towary i inne rzeczy do tej arkologii. Do czego? No tak nazywa ją ten gigantyczny blok, znaczy ten typ budynku, ten konkretny nazywa się Arkologia Wesoła. Wiele tam mnie nie było, bo zwiałam razem z Tomkiem i Romanem, kiedy się zorientowaliśmy, że znowu komuna rządzi.
Dolan, te szczury są jakieś dziwne, mówiła Eliza. I one, zresztą potem ci powiem, no ale komuchy rządzą, to nie dziwne, że takie rzeczy. Kontynuowała, prowadząc go wzdłuż korytarza, a szczury śledziły ich wzrokiem. Ale jak nas poprowadzisz, to obalimy reżim. Na pewno w ludziach jest jeszcze ta iskierka wolności, czy ta lawa, co wewnątrz skorupa, a wewnątrz sto lat się tli, O, choć tutaj po lewej są drzwiczki, całkiem niezły pokój, chyba trzymają to je jako schrony albo coś, nie wiem. Po tak dłuższej przechadzce w mroku Tuska oślepiło światło. – Roman, wstawaj – usłyszał głos Elizy. – Nie musisz udawać nieprzytomnego.
– Nie, nie, ja tylko drzemałem – odparł Giejtrych. Gdy wzrok Tuska przyzwyczaił się do światła, ukazało mu się wnętrze dużego pomieszczenia, a na środku niego Stara kompania, wszyscy ze łzami w oczach. Tusk kolejno obściskiwał każdego, aż w końcu miał podać rękę komuś, kogo z początku nie rozpoznał. Dziwny, pokurczony starzec, niezbyt powarszczony, ale tym bardziej wyglądający dziwnie. W końcu Dolan wyrzucił z siebie z niedowierzaniem. Bułka? Borys Bułka? Witaj stary druhu, Borys podał mu rękę. Ale wszyscy wyglądają młodziej niż jak ich pamiętam, a ty... Bo Borys, wytłumaczyła Eliza, nie hibernował się wraz z nami.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Tusk zazdrosny z Borysa Bulki i Agnieszki Dziemieniowicz-Bąk, którzy się śmieją. Tusk krytyczny z Borysa, który nie może poprawnie zapiąć krawata.
Tusk próbuje uniknąć kontaktu z robotem, który go zmusza do złożenia spodni. Spotyka dzieci bawiące się w wojnę.
Tusk atakuje robot i dzieci, którzy zaczynają atakować go z użyciem jojów. Robot zaczyna go chronić.
Tusk próbuje zrozumieć, co się dzieje, a robot sugeruje mu wrócić do arkologii, ale Tusk odmawia.
Tusk spotyka Elizę i opowiada o swoim hibernacyjnym doświadczeniu. Eliza wyjaśnia, że hibernacja została zakończona i Tusk jest teraz w Arkologii Wesołej.
Kaczyński odkrywa, że jest prefektem Arkologii Wesołej i zaczyna się przyzwyczajać do nowego świata, w tym do technologii i nowych realiów.
Podsumowanie odcinka i prośba o komentarze, suby, share'y i zapatronowanie na Patronite.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.