08: Kate Bush – Hounds of Love
W ósmym Płytkaście rzucamy się na głęboką wodę, by popłynąć z jej aktualnym prądem - Kate Bush i jej piąta płyta "Hounds of Love" wiosną 2022 roku przeżywają swój wielki renesans popularności dzięki zaistnieniu "Running Up That Hill" w serialu "Stranger Things" (i tym samym na listach przebojów). Ponieważ każdy z nas ma trwającą od dzieciństwa relację z dorobkiem tej artystki, bierzemy na warsztat jej najlepiej znane, flagowe dzieło, które jednak obok parady przebojowych singli zawiera też porcję charakterystycznych dla niej dziwactw, odjazdów i introspekcji. W katalogu Kate Bush "Hounds of Love" jest też albumem pod wieloma względami albumem specyficznym i przełomowym. Wyjaśniamy dlaczego. 00:31:00 Running Up That Hill (A Deal With God) 00:48:45 Hounds of Love 01:00:45 The Big Sky 01:09:15 Mother Stands for Comfort 01:18:00 Cloudbusting 01:32:00 And Dream of Sheep 01:39:25 Under Ice 01:45:35 Waking the Witch 01:52:40 Watching You Without Me 01:58:45 Jig of Life 02:03:20 Hello Earth 02:09:20 The Morning Fog ------------ Grafika: Jacek Ambrożewski (https://www.facebook.com/ambrozewski) Nasze profile w social mediach: Płytkast: https://www.facebook.com/plytkast Ambrocore (Kuba): https://www.facebook.com/ambrocore Substance Only (Borys): https://www.facebook.com/substanceonly Muzyczny blog Glebogryzarki ztj. Afrojax (Michał): https://www.facebook.com/glebogryzarkamusic
Nie przypominam sobie żadnego innego artysty, z którym byłbym tak zrośnięty od tak wczesnego okresu w życiu, bo moi rodzice, opowiadałem już tę historię, ale powiem ją jeszcze raz, mieli na szpulach dwie płyty, które zdaje się są w ogóle z tego samego roku co ja, czyli z 1978. To były Kick Inside i The Wall. I ja te płyty znam z kołyski po prostu. One latały i wbiły mi się w pamięć mocno, a jeszcze dodatkowo, szczególnie właśnie utwory z Hounds of Love, pamiętam doskonale z listy przebojów trójki. Chodziłem do pierwszej klasy podstawówki i jarałem się Running Up That Hill, więc bardzo się cieszę, że dzieci, które teraz są w pierwszej klasie podstawówki, również mają szansę zajarać się Running Up That Hill.
Centralnie mi wisi w jaki sposób, dlaczego to się dzieje. Serial nawet znam, oglądałem pierwszy sezon i mi się podobał, drugi już mniej. Troszkę przyspieszyłeś premierę płyty The Wall tutaj. Wprawdzie ja wiem, że oni bardzo długo się zmagali tam z nagraniami, produkcją, kłócili się, ale jednak ona wyszła pod koniec siedemdziesiątego dziewiątego. Tak na przełomie dekad wyszła. Oni by chcieli pewnie, żeby wyszła wcześniej, bo mieli straszne długi wtedy i musieli spłacić tam jakieś wille, kredyty i tak dalej. Jachty. To jest inny wątek. Natomiast, no tak, każdy ma swoją historię, jak poznał. Ja akurat łączę też z Pink Floyd Kate Bush, bo ja pierwszy raz zobaczyłem tę artystkę i osłyszałem jednocześnie z teledysku Babuszka, który był dograny na VHS-ie do filmu The Wall, którymi rodzice pozwolili i uważam, że to była bardzo odważna decyzja, bo ja byłem dosyć młody wtedy, ale bardzo chciałem, bo już lubiłem Pink Floyd.
A czy już po pewnym uproszczeniu Formuły, tak. I artystka też absolutnie zasiliła taki panteon w swoim czasie gwiazd popkultury i trafiała do takiego absolutnie mainstreamu, co jest też zdarzeniem wyjątkowym, to jest ewenement. Takich artystów było niewielu, ale już ich niektórych omawialiśmy w naszym cyklu, tak, poczynając od The Beatles właśnie, a Kate Bush jest jednym z kolejnych przykładów na to. Czy jeszcze coś mamy do powiedzenia konkretnie o tym albumie? Ja jeszcze mam dużo do powiedzenia. Myślę, że o tym albumie możemy powiedzieć dużo, ale może powiedzmy o tym, co było wcześniej. Trochę, żeby uporządkować dla państwa, którzy może nie przestudiowali Wikipedii przed naszym odcinkiem. Bo tak jak powiedzieliście Kate Bush się pojawia na scenie brytyjskiej gdzieś w połowie lat 70-tych i jest odkryta przez gitarzystę, wokalistę Pink Floyd Davida Gilmora, który zapłacił zdaje się za wyprodukowanie takiego pierwszego profesjonalnego demo jej i zaprowadził ją z tym demo pod drzwi wytwórni EMI, która ochoczo podpisała z nią kontrakt, ale
No ale ja oczywiście nie mogę być tutaj obiektywny w żaden sposób, tak jak powiedziałem, no jest to w pewnym sensie moja muzyczna mama, kiedy w 2005 roku usłyszałem, że wraca i bodajże Piotrek Stelmach puścił mi dopiero co ujawniony w BBC nowy singiel King of the Mountain, to czego się zupełnie nie spodziewałem, prawie się rozpłakałem, po prostu pojawiły mi się łzy w oczach, że o, moja muzyczna mama wraca i jest w zajebistej formie, nie? To jest też przy Kate Bush i w ogóle przy tej płycie też myślę ważny wątek, bo do momentu tej płyty jej twórczość to jest taka esencjonalnie brytyjska artystka. To jest jedna z artystek, które definiują taką angielskość w muzyce. Polecamy z fasolą. W tym sensie też, że to jest jednocześnie coś, co jest bardzo serio, ale też bardzo nie na serio.
Ale może brytyjska w taki bardziej przystępny, uniwersalny sposób, innymi środkami. Ja akurat to czuję. Ale też zwróćcie uwagę, należy podkreślić, że po prostu była pierwszą kobietą, która wprowadziła do mainstreamu muzycznego taką demonstracyjną dziwność, taki rodzaj ekscentryzmu. Który, jeżeli wcześniej się pojawiał, też najczęściej u Brytyjczyków, to jednak mężczyzna. Ja sobie nie przypominam wcześniej kobiety, która by w ekspresji swojej właśnie tej takiej przerysowanej, pretensjonalnej, teatralnej, patowała tym bardzo i udało jej się stać jakby gwiazdą, tak? Dużymi singlami, samą swoją postacią, która... ...magnetyzowała odbiorców. To jest moment historyczny w ogóle. Myśmy musieli dużo rzeczy wyjaśnić, bo ja też nie zrozumiałem twojej uwagi, Borys, o tym, że to jest pierwsza modernistyczna jej płyta, kiedy moim zdaniem pierwszą modernistyczną jest The Dreaming.
I to zdecydowanie, bo ona sięgnęła po takie środki wyrazu, które wtedy w osiemdziesiątym tam bodajże drugim były naprawdę totalnie... Tak, pod względem brzmieniowym wiadomo wiem o czym mówisz, natomiast bardziej mi chodziło o to, że ten modernizm stał się przyswajalny w taki popowy sposób dzięki stronie Hounds of Love, że to już nie był to tylko kącik konesera. Mimo wszystko, jak dla mnie, sierot po progroku, bo jakby The Dreaming to jest muzyka podobnie jak, nie wiem, Discipline King Crimson, dla ludzi, którzy cały czas żyli tym progrokiem, pewnymi komplikacjami muzykologicznymi, ale już nie chcieli po raz kolejny słyszeć solówki w 20-minutowy i jakby były nowe narzędzia do tego, tak? A Hounds of Love to już jest jednak pop. Nie mówię o przystępnej brytyjskości, a mówię o pozbyciu się pewnej dziwnej brytyjskości z jej głównie songwritingu.
Tutaj, jak dla mnie, jakby odwracam o 90 stopni, mówię trochę to samo, ale chciałem zwrócić uwagę, na co innego w ogóle kładzie akcent już na tym etapie, nie? To są bardziej niekonwencjonalne soundy, to jest zadłużenie właśnie w world music, o czym wspominajesz, jakby szersza paleta inspiracji. To jest fascynacja samą technologią produkcji, tak? Gdzie jakby te pierwsze jej płyty to można było sprowadzić mimo wszystko do fortepianówek Zajksowskich i to hulało jak 1500. Ale tutaj o co innego chodzi pewnie historycznie w takiej płycie jak Hounds of Love. Nagle była w tej awangardzie również od takiej strony właśnie soundowej i tego state of the art rewolwerowego, o którym zaczęliśmy w pierwszym odcinku Płytkastu. Ale te utwory też można wprowadzić do fortepianówek, tylko to będą fortepianówki być może bez oznaczenia akordów nad pięciolinią, bo to jest komponowanie takie impresjonistyczne, rezygnujące z pojęcia akordu.
To byłaby de facto kolejna płyta Kate Bush, gdzie jest trochę utworów przebojowych, trochę utworów dziwnych, trochę jakiejś takiej narracji, która między nimi się dzieje, ale niekoniecznie musiało to tak wyglądać, jak ona to ostatecznie zrobiła. Też spróbuję później przy stronie B, jak będziemy omawiać, trochę zdemitolegizować stereotypy dotyczące strony B, bo uważam, że one są gdzieś tam zapisane na stałe z głoskami w historii popu, a trochę nie do końca tak to wygląda, jak niektórzy by to upraszczali. Właśnie, jeżeli ktoś słuchał takich płyt jak Never Forever, jak The Dreaming, to niekoniecznie to wejście na stronę B musi być odznaczone takim szlabanem, że tam to już się dzieją tak pojebane rzeczy, że nawet nie próbujcie tego słuchać, bo to jest po prostu jakiś jeden wielki gąszcz dziwnych pomysłów. Ja jestem zdania, że tam się dzieją rzeczy bardzo różne i też rzeczy, które niekoniecznie muszą być jakimś ekstremum, jeżeli chodzi o tę artystkę.
Nie czuję też fenomenu Fiona Apple, chociaż na przykład słuchając Fiona Apple, dużo słyszę w niej Kate Bush, tak, więc jakby tak się to gdzieś tam zapętla, a tych dosłownych następczyń byłoby sporo, pewnie moglibyśmy wyjść od Tori Amos, poczynając tak przez Nie wiem, Saint Vincent, Florence and the Machine i tak dalej. Tak, Julia Holter, tak, też, no ta wspomniana Lana Del Rey też jakby z postaci z poziomu... Ale Kate Bush nie była naśladow... No, u nas tak, ale nie była taką naśladowczynią nikogo, prawda? Więc to musiałby być ktoś, jakaś kobieta, która sama wymyśliła jakiś własny w tym wszystkim język. No to tak pozostawiam też słuchaczom do przemyślenia, bo... I słuchaczkom. I słuchaczkom najbardziej, przede wszystkim słuchaczkom do takiej rozkminy. To co? Przechodzimy? Tak.
Proszę, symbolicznie napocząłeś te dyskusje Michale, więc proponuję, żebyś również zaczął od pierwszego utworu. Running up that hill, a deal with God. Ja straciłem głos ze wzruszenia w międzyczasie, ale spróbuję się przez to przebić. Zacznijmy od tego. Płyta Hounds of Love dla mnie jest popową wersją płyty The Dreaming, która została niedobrze przyjęta i się nie sprzedała, a Kate mimo to z wielką pewnością siebie pozostawiła technologię, kierunek, sound z tamtej płyty. Ale perfekcyjnie doanalizowała się, co w The Dreaming było takiego niestrawnego i usunęła to z mieszanki.
Się na tej płycie w charakterystyczny sposób jakoś materializuje i tak jak sobie myślę o Never Forever, to tak jak powiedziałeś, to jest ta najbardziej taka stricte, piosenkowa, no i tam jest babuszka. Na The Dreaming jest Sat in Your Lap, jeżeli dobrze pamiętam, i to jest to plemienne bębnienie, darcie mordy, asymetryczna figura, szamaństwo i to szaleństwo i tak dalej. I taka jest też ta płyta. Tutaj ta zmiana się na tej płycie łączyła z nowym studiem, nowym w ogóle podejściem do tworzenia, produkowania muzyki przez Kate Bush. I to powitanie na tej płycie Running Up That Hill jest właśnie ujawnieniem tej nowej twarzy, że ta muzyka będzie od tej pory o wiele bardziej
Nie wiem, czy mi się przyśniło, czy padł tam jakiś wielki bęben. Jeżeli tak, to mi się kojarzy z Ulyssesem Joyce'a, bo kiedyś Słomczyński napisał taki artykuł o tym, jak długo szukał, co to jest ten bęben i że to nie chodziło o bęben, tylko o bęben. A ładnie się to rymuje z monologiem Molly w The Sensual World, ale to później nastąpiło, jeśli chodzi o Kate Bush. Co do samej piosenki, no wspomniany Fairlight, Fairlight CMI, czyli komputerowa stacja robocza, czyli komputerowa sieć internet, jak to ktoś kiedyś powiedział. Pytanie, czy decyduje o sposobie
Teraz tak, ciekawa jest w ogóle konstrukcja, że jakby zwrotki, prehorusy, refreny, umownie części są poskładane tak naprawdę z tych samych klocków domina, tylko one są poprzesuwane inaczej względem siebie. Czyli ja to od tej strony odbieram, Michoto ujął innymi słowami, ale podejrzewam, że idzie nam trochę o to samo, że Kate Bush przestała komponować w takim numerze jak Running Up The Hill w taki sposób, że Zwrotka, teraz uwaga, podprowadzenie będzie pod refren i wchodzi refren. Nie, tu jest jakby, że ona ciągle jakby śpiewa to samo i to trochę przesuwa. Zwróćmy uwagę na minimalizm i to taki dosłownie minimalizm nowojorski, ten klasyczny, korzenny, zenny typu właśnie Reich.
To jest rzecz, która akurat przyprawia mi o leki cringe, jak pojawił się ten hype cały na Running Up Dead Hill, że co któryś tam komentarz był A ja wolę wersję Placebo. A to jest... A to ja poznałem... Okej, to że ktoś poznał wersję Placebo, to spoko. Po prostu to, że ktoś woli wersję Placebo, to też spoko, ale kompletnie tego nie kumam. Placebo. A jestem tutaj pewnie osobą, która mogłaby przyznać się pewnie do lubienia jakiejś tam pewnie niewielkiej, ale mimo wszystko części katalogu Placebo, ale na poziomie tego coveru Kate Bush to już Jest coś, co mnie mega odrzuca, ale przy Hounds of Love mamy wątek innego coveru, coveru zrobionego przez The Future Heads, wydanego na singlu, zresztą w bardzo podobnym okresie co cover Placebo.
W sensie, wiesz, nie zrozumię źle, ale to jest tak jakby na przykład są fajne piosenki i my wiemy, bo lubimy piosenkę jako kategorię, nie myślimy o aranżu, tylko lubimy. Gadaliśmy o tym kiedyś. Na przykład są uważane za obciachowe, ale jak ktoś zrobi tam na rockową wersję, ja wiem, że to nie jest To nie jest ten case, ale włącza mi się taka czerwonatka. To jest wprowadzenie do punkowego, do indie, rockowego świata postaci, która nie do końca jakby tam była być może dla części odbiorców wcześniej. Wiesz, w sensie oni wiesz, mogli zrobić cover The Clash i pewnie na tym lepiej wyjść, a jednak tutaj było jakieś ryzyko też mierzenia się z legendarną postacią, legendarną płytą, więc wydaje mi się, że ja to postrzegam jako jakiś taki akt odwagi, a nie do końca pójście na łatwiznę. Łatwiznę nie, ale jakby no sprowadziliśmy do formatu... Nasz ten cover nie jest jeden do jednego zagrany tak jak oryginał. Nie, tak się chciałem podroczyć, ale oczywiście sympatyzuję.
Natomiast, co ja najbardziej lubię w tej piosence? Wszystko. Chodzi o to, że te mechaniczne, plastikowo, tempo zaprogramowane bębny, taka syntetyczna ich suchość jakby w soundzie, to jest dla mnie mega klasyk. W sensie to jest coś, co mi definiuje epokę pewnego rodzaju myślenie o brzmieniu i jednocześnie ona W kontrapunkcie do tego wchodzi z kapitalną interpretacją wokalną. Chociażby ta słynna linijka Take my shoes off and throw em in the lake. To są kompletne ciarki.
To wszystko może prokurować wybitne dzieła, tak jak Running Up That Hill i może prokurować Rzeczy, których ja nie rozumiem, takich jak Hounds of Love. Metoda jest taka sama w zasadzie, ale są drobne różnice. To znaczy, na przykład, tutaj bębny brzmią jak kupa gówna. O ile w Running Up The Hill był ten wspaniały beat, czy to był koń, czy to był pociąg, to być może koń i pociąg jednocześnie. Koń pociągowy. Tutaj jest to... Tutaj jest to kopanie w karton, żadnej innej metafory nie jestem w stanie odnaleźć. Do tego mamy tym razem prawdziwą wiolonczelę, tym razem nie ma cello tu, jest prawdziwa wiolonczela, na której stakatowo dopierdala Jonathan Williams, co dla mnie jakby już stanowi odejście od tego, że stawiamy na jednoznaczny flavor, ten taki fairlightowy.
Nie, tutaj łączymy jakby Żywe granie, żeby był jakiś element feelingu z tą maszyną i to kurwa nie wychodzi. Moim zdaniem ten numer, wy mówicie, że jedzie, to jest numer, który jest rozjechany, rozwalony jakby tak, no nie wiem, no chyba, że ktoś lubi jakieś takie, nie wiem, no dążące donikąd kombinacje z synkopami. Nie dziwię się, że on był coverowany na rockowo, ponieważ to jest kawałek, który jest gotowy do coverowania na rockowo. To, co tu się dzieje, cała warstwa muzyczna, to są plamy syntezatorowe plus ta staccatowa wiolonczela, która tam se ósemkami piłuje w tle. Przecież to jakby... Ja od razu dokonuję translacji tego na rockowe trio i wychodzi mi coś w rodzaju takiego ostrzegającego The Police albo coś może Elvis Costello, jakby w tym kierunku.
A jak, kurwa? Dobrze, to teraz pan zabierze głos i prosimy o wypowiedź o The Big Sky. Słuchajcie, będziemy trochę, przynajmniej każdy we własnym zakresie i na własny rachunek, bo musimy wziąć odpowiedzialność indywidualną za nasze słowa, Będziemy troszkę chyba też demitologizować pewne takie utarte, schematyczne, obiegowe mądrości na temat tej płyty. Jedna z nich, z którą się spotykam od lat, to jest, że pierwsza strona to są po prostu same kapitalne cudeńka popowe, gotowe w ogóle, żeby je zerwać, pożreć i się zachwycić. A druga strona to jest takie zamulanie, tam ambitne oczywiście, poetyckie coś, ale tam raczej muzyka filmowa i... I trochę, trochę nuda.
Nie do końca tak jest, chociaż jakieś ziarnko prawdy, ale dla mnie The Big Sky, czyli trzeci numer na tym albumie, to jest jak na tę pierwszą stronę, która faktycznie jest pełna takich kapitalnych strzałów, to jest lekko przereklamowany kawałek. Nijaki youth, czyli Martin Glover z formacji Killing Joke, tutaj Na basie zapyla i dodaje jakby żywego feelingu. Ja, nawiasem mówiąc, w ogóle gość miał też duet, zespół, projekt kiedyś z McCartneyem, Fireman, ale to jest fajny, fajny w ogóle wpis do CV tak mieć, nie? Co zrobił w życiu? No miał zespół z McCartneyem. I teraz tak, uwielbiam start tej piosenki.
Może, wiem, może dlatego jestem trochę rozgoryczony, jak ona się rozwija, bo uwielbiam to, They look down at the ground. I to jest tak super. Jakieś takie dziwne, krzywe akordy, zejścia, takie trochę dla mnie antycypujące. Stereolab moje ukochane. I już chcę tego słuchać. I czemu to kurwa nie podłożyło tą drogą? Bo za chwilę jest... Look at the big sky... Tak do końca. Jakby, no tam okej, upraszczam skrót myślowy, ale trochę jest do końca. Mamy dwa akordy i świetny wykon ekspresyjny z różnymi melizmatami, które można oczywiście rozdrabniać sobie tam na czynniki pierwsze. Jest taki gęsty, szpilkowy, polirytmiczny aranż ala, nie wiem, Talking Heads jakby w pewnym sensie, że tak się to wszystko zazębia i są różne wzory jakby rytmiczne nachodzące na siebie, jest to bardzo wypełnione wszystko.
Może jakiś kierunek, ja wiem, dla Soul Petera Gebreyna, jakoś tak mi się kojarzy, że coś tam pewnie tych artystów łączyło. Nawet sporo. Pamiętasz, że na płycie są... Żartem tak to trochę mówię? Ale na płycie Peter Gabriel też zaśpiewał. Natomiast... Tak, Peter Gabriel 3. Też płycie, o której powinniśmy wspomnieć w kontekście tego albumu, przepraszam. Oczywiście. Naturalnie. Naturalnie. Natomiast kurczę, no nie czuję, dla mnie to jest trochę już zbytło patologiczne i teraz jestem rozdarty, bo imponuję ten numer na poziomie pewnego właśnie rozmachu opracowania, aranżu wokalnie, ale żałuję, że ten początek nie ma później swojej jakby kontynuacji jakiejś, więc daję osiem, a to jest, jak na tę płytę, to wcale nie jest wysoko, bo tutaj wysokie raczej oceny i miejsce siódme dla mnie The Big Sky.
Ale jest zajebista gitara na Malana Murphy. Ciekawa bardzo postać, nie? On tam gra właściwie jedno wielkie solo, które trwa dwie minuty, nie? Także no niby super, ale nic tu nie jedzie jak dla mnie. To jest kawałek zdecydowanie z pierwszej strony najgorszy. Obok oczywiście Hounds of Love, tylko że tam jakby mogłem to atrybuować jakby swojemu gustowi tylko i wyłącznie, bo wy ten kawałek oceniacie mocno, a tutaj proszę bardzo, już druga osoba się wypowiada i druga mówi, że Big Sky nie. No, ja tak to chyba zostawię, że Big Sky po prostu nie. Tylko chciałem jeszcze powiedzieć, że ten kawałek brzmi jak blueprint przede wszystkim nie dla płyty Soul, tylko jak dla kolejnej płyty Kate Bush, nie? Że ta Sensual World, połowa numerów brzmi jak warianty The Big Sky, tylko że na szczęście znacznie ciekawszy. Troszkę tak. Słusznie.
Nie podałeś miejsca jeszcze i... Aaa, nie myślałem, że zostanie oczywiste, że 08. Aha. Ja tak ad vocem odnośnie tego, co mówiliście o tym, że nie wiecie, czym się różni ten utwór od Rani na Beth Hill. Moim zdaniem różni się... Na poziomie takim fundamentalnym linią melodyczną, atrakcyjnością linii melodycznej. Tam mamy po prostu w pewnym sensie porywający refren. To jest wiecie, to jest epickie, nie? A tu jest I'm looking at the big sky. I jeszcze poprzesuwane frazowo, tak jak mówiłem, tak? To jest stadion piekarski bardziej niż porywająca muzyka pop. Ja mówiłem wcześniej o tym, że to jest płyta w trendach i jakby jednym z tych wątków, z tych trendów, które ja słyszę na tej płycie, które wy możecie mniej trochę słyszeć, bo może też mniej poświęcaliście, więcej słyszycie, ale mniej poświęcaliście w swoim życiu uwagi tej
Tej części historii muzyki jest taki odłam muzyki rockowej z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych głównie, która czasem nazywana jest big music. I to są zespoły, najpopularniejszym, ale chyba nie najbardziej znamiennym z nich jest U2. Ale to są takie zespoły, które trochę właśnie czerpią z takich elementów, no nie world music, ale z takich trochę wątków jakichś celtyckich, jakiegoś folku irlandzkiego, ale robią to wszystko używając do tego takich bardzo, kurwa, dużych, epickich środków, takiego wiecie, walenia po prostu na wielkiej górze, walenia w gong, śpiewania o wodospadach, o wielkich szczytach, o niebie, o gwiazdach i tak dalej. To są zespoły w rodzaju Waterboys, Zespół Big Country, zespół też trochę Echo and the Bunnymen, chociaż nie do końca zawsze oraz taki zespół Simple Minds.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Podstawowe informacje o gościach i temacie odcinka, a także omówienie albumu Hounds of Love.
Debaty o tym, czy zgodność z popkulturą jest dobrym kontekstem do odkrywania artystów.
Opowieść o poznaniu Kate Bush przez Dela Palmera i jego rodziców.
Przedstawienie premiery albumu Hounds of Love i jej kontekstu.
Opis historii artystki od pojawienia się na scenie do jej debiutu z albumem Hounds of Love.
Analiza stylu i wpływów artystki, a także jej roli w muzyce pop.
Analiza modernizmu w muzyce Hounds of Love i jej wpływ na mainstream.
Opis zmian w stylu artystki od pierwszych albumów do Hounds of Love.
Analiza kompozycji i technologii produkcji na płycie Hounds of Love.
Analiza technologii produkcji, takich jak Fairlight CMI, oraz nowej struktury albumu Hounds of Love, porównanie z poprzednim albumem The Dreaming.
Analiza utworów z płyty Hounds of Love, w tym Big Sky, Cloudbusting i And Dream of Sheep, z uwzględnieniem ich miejsca w rankingu i porównanie z innymi utworami Kate Bush.
Analiza utworów drugiej strony albumu, skupienie na ich miejsca w rankingu i ocenie przez słuchaczy.
Komentarze na temat rankingu utworów albumu Hounds of Love, oceny i ulubione piosenki.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
W ósmym Płytkaście rzucamy się na głęboką wodę, by popłynąć z jej aktualnym prądem - Kate Bush i jej piąta płyta "Hounds of Love" wiosną 2022 roku przeżywają swój wielki renesans popularności dzięki zaistnieniu "Running Up That Hill" w serialu "Stranger Things" (i tym samym na listach przebojów). Ponieważ każdy z nas ma trwającą od dzieciństwa relację z dorobkiem tej artystki, bierzemy na warsztat jej najlepiej znane, flagowe dzieło, które jednak obok parady przebojowych singli zawiera też porcję charakterystycznych dla niej dziwactw, odjazdów i introspekcji. W katalogu Kate Bush "Hounds of Love" jest też albumem pod wieloma względami albumem specyficznym i przełomowym. Wyjaśniamy dlaczego.
Running Up That Hill (A Deal With God)
Hounds of Love
The Big Sky
Mother Stands for Comfort
Cloudbusting
And Dream of Sheep
Under Ice
Waking the Witch
Watching You Without Me
Jig of Life
Hello Earth
The Morning Fog
------------
Grafika: Jacek Ambrożewski (https://www.facebook.com/ambrozewski)
Nasze profile w social mediach:
Płytkast: https://www.facebook.com/plytkast
Ambrocore (Kuba): https://www.facebook.com/ambrocore
Substance Only (Borys): https://www.facebook.com/substanceonly
Muzyczny blog Glebogryzarki ztj. Afrojax (Michał): https://www.facebook.com/glebogryzarkamusic