Mentionsy Mentionsy
Piekło jest tu
Piekło jest tu

PIEKŁO JEST TU #137. Tamtej nocy poznała zło

21.09.2024 ·59 min 8 s

Było popołudnie, 26 września 2008 roku, gdy nastoletnia mieszkanka Wrocławia wyszła ze swojego domu na koncert. Rodzicom powiedziała, że do domu wróci o 22. Jednak nigdy już się w nim nie pojawiła. Śledzwo wykazało, że pojawiła się w złym miejscu o złym czasie, spotykając tam niewłaściwego człowieka. Chociaż z drugiej strony, jak się okazało, mężczyzna ten tego dnia w ogóle nie powinien być na wolności. Czy więc nastolatka mogła żyć? Kto zawinił w tej sprawie? Kim było zło, które stanęło na jej drodze i dlaczego właściwie stało się złem? ____________________ Źródła: https://docs.google.com/document/d/1vqYwwh_VZipCRfFSNTmEvZQERYrHrAMT3eJ2EtK3KQQ/edit?usp=sharing

Jako że wówczas była to bardzo medialna i głośna sprawa w okolicy, śledczy bali się o bezpieczeństwo zatrzymanego, dlatego prowadząc go do prokuratury, założyli mu kuloodporną kamizelkę. Pod budynkiem pojawiło się także mnóstwo dziennikarzy, Prosząc go o komentarz. Podejrzany nie chciał rozmawiać z mediami. Ukrywał twarz, spuszczając głowę. Wiesław miał 27 lat i pochodził z województwa opolskiego. Przez długi czas mieszkał i wychowywał się, prawdopodobnie, bo inne źródła podają inaczej, w kędzierzynie koźlu. Na początku z rodzicami, wiodąc normalne, spokojne życie. Jego mama zajmowała się domem, a ojciec pracował w kopalni.

Ale jako kilkuletni chłopiec Wiesław stracił matkę. Tak nagle został tylko z ojcem, który szybko znalazł sobie inną kobietę, z którą wziął ślub, a później zostawił ją dla jeszcze innej. Dla tej, którą poznał w pracy, w kopalni. I to właśnie ta ostatnia partnerka jego ojca nie darzyła chłopca sympatią. Był tylko dzieckiem, spragnionym zapewne rodzicielskiej miłości, a zwłaszcza tęskniącym za matką. Ale jego macocha zdecydowanie nie planowała zastępować mu matki. Była wobec niego bardzo surowa, a czasami nawet okrutna. Jej niechęć do chłopaka wyrażała się nie tyle w lekceważeniu go, co traktowaniu go bardzo źle.

Był tzw. chłopcem do bicia. Jednak na osiedlu, na którym się wychowywał, miał jakąś tam paczkę znajomych. Czasami spędzał z nią czas, częściej jednak przepadał gdzieś na długie dni, a gdy wracał, każdy wiedział, co w tym czasie robił. Był bowiem znany z tego, że podróżował pociągami na gapę. Nie tylko pociągami osobowymi, ale także towarowymi. Czasami Skędzierzyna Koźla znikał na długie tygodnie. Wszyscy wiedzieli, że w końcu wróci. Z jednej strony nie było im to na rękę. Z drugiej była to okazja do wymierzenia mu kary. Za chwilę powiem za co. Koledzy, z którymi dorastał na okolicznych blokowiskach, wspominali Wiesława jako bardzo uzależnionego od ćpania.

Odurzał się klejem, rozpuszczalnikiem, wdychał nawet gaz. Pewnego razu odbywało się ognisko nad rzeką. Wiesław nie był jego uczestnikiem, ale pojawił się tam niespodziewanie. I to tylko po to, aby trzymany przez jednego z kolegów gaz przeznaczony do nabijania zapalniczek wyrwać z jego ręki i zacząć go wdychać na jego oczach. Dlatego kolegi był to widok niezrozumiały, dlatego szybko ustawił Wiesława, odbierając przemocą skradziony przez niego gaz. Wiesław miał wtedy powiedzieć, że gdy nie jest odurzony świat wydaje mu się być okrutny. Jeszcze kilka razy znajomi nastoletniego wtedy chłopaka znajdowali go w stanie niemal nieprzytomności. Pewnego razu, również nad rzeką, natknęli się na niego, gdy leżał odurzony rozpuszczalnikiem.

Jeden z chłopaków wylał ten rozpuszczalnik na Wiesława, a później go podpalił. Odzież chłopaka zajął ogień, ale na szczęście nie doszło do poważnych obrażeń, bo ktoś inny kopnął go tak, że wpadł do rzeki i dzięki temu ogień zgasł, zanim zdążył się rozprzestrzenić. Choć raczej uważano Wiesława za niegroźnego i częściej to on był ofiarą przemocy, w okolicy zapamiętano go jako cwaniaka i złodzieja. Wykorzystał kiedyś zaufanie jednego ze swoich znajomych, który na targu powierzył mu stoisko ze sprzedawanymi przez siebie przedmiotami. Spuścił Wiesława z oka zaledwie na kilka minut, a po jego powrocie nie było już śladu ani po wieśku, ani po znacznej części towaru.

Skradzione przez siebie przedmioty sam Wiesław później próbował sprzedać swoim znajomym i mieszkańcom osiedla, na którym się wychowywał. To działanie na szkodę swoich kolegów nigdy nie uchodziło mu płazem. Jeden z mężczyzn, który go znał, wspominał. Ludzie wiedzieli, że osobowy z Opola wraca na przykład o 17 i że najprawdopodobniej będzie tam Wiesiek. Więc szła panda na dworzec, żeby mu sprawić lanie, bo znów coś przeskrobał. W całym mieście ludzie wiedzieli, że to jest taki koleś, któremu zawsze można spuścić manto i że zawsze jest za co. A więc był on bez opieki, nikt się nim nie interesował. Dlatego Wiesław, nie widząc w życiu większych perspektyw, szybko obrał przestępczą ścieżkę, zaczynając właśnie od oszukiwania i okradania własnych kolegów.

Przede wszystkim Wiesław nie miał dokąd wracać. Jego bliscy już dawno o nim zapomnieli. W swoim rodzinnym mieście także nie miał czego szukać. Nie miał ani domu, ani pracy, do której zresztą się też nie garnął. Nie myślał o tym, aby układać sobie życie. Przez prawie rok żył z dnia na dzień, najczęściej podróżując pociągami bez biletu, na który zwyczajnie nie było go stać. Podróżował w ten sposób po całej Polsce. A że był mężczyzną wcale niebrzydkim i w pierwszym kontakcie nawet miłym, to od czasu do czasu udało mu się poznać jakąś kobietę, która pozwalała mu u siebie się zatrzymać. Zawsze jednak wykorzystywał je finansowo, nie wiem czy okradał, ale na pewno żył na ich koszt.

A później znów wsiadał w pociąg i jechał do ostatniej stacji. Tak też było w dniu, w którym poznał Maję. Wsiadł do pociągu zmierzającego z Opola do Wrocławia i tam poznał grupkę ludzi, która przyjęła go do swojego grona. I to właśnie jej członkowie namówili Wiesława do tego, aby poszedł z nimi na koncert do klubu Madnes. Wiesław zgodził się, bo przecież nie miał nic innego do roboty. Zwłaszcza, że towarzystwo było naprawdę miłe, częstowało go alkoholem, od którego ten nie stronił, a wszystko wskazuje też na to, że był od niego uzależniony. Nie gardził też innymi używkami. Podczas tego kursu sam twierdził, że odurzał się albo klejem, albo rozpuszczalnikiem, bo podawał obie te wersje zamiennie.

Gdy wszyscy szczęśliwie dojechali do Wrocławia i stanęli przed klubem, Wiesław do niego nie wszedł. Okazało się bowiem, że był spłukany, a za wejściówkę trzeba było zapłacić i to chyba wcale nie małe pieniądze. Dostrzegł wtedy, że w pobliżu wejścia do lokalu stoi młota dziewczyna i zaczepia przechodzących obok niej ludzi. Okazało się, że zbierała pieniądze na bilet. Zapytała Wiesława, czy może wspomóc ją drobnymi. Ten odmówił, bo sam nie miał grosza przy duszy, ale zaproponował, że dołączy do niej i razem zdobędą te pieniądze. Trudnie poszedł na marne i chwilę później w kieszeniach Maji i Wiesława znalazła się kwota nie tylko na bilet, ale i starczyłoby na coś więcej.

Maja była wyraźnie zadowolona z nadwyżki i chciała za nią kupić sobie coś do picia. Nie w klubie, a w sklepie, który znajdował się nieopodal. Z innego źródła wynika, że była to stacja benzynowa. Gdy powiedziała, że idzie do sklepu, Wiesław zaproponował jej swoje towarzystwo. Sam miał wówczas ochotę napić się piwa. Nastolatka nie miała nic przeciwko temu, aby poszli razem. Do rozpoczęcia koncertu było jeszcze trochę czasu. Parę doskonale zapamiętał sprzedawca, który tamtego wieczoru obsługiwał Wiesława i Maję. Dziewczyna nie wyglądała na wystraszoną, ale mężczyzna zwrócił uwagę na jej t-shirt. O ironio widniał na nim napis HELP ME.

Lista zakupów Wiesława była krótka, kilka browarów. Wcześniej w pociągu wypił dwa i jak sam później przyznał, również się odurzał, był więc nietrzeźwy. Po zrobieniu zakupów namówił nastolatkę, aby oddalili się jeszcze kawałek w ustronne miejsce, usiedli i na spokojnie wypili to, co mieli. Dziewczyna zgodziła się, nie przeczuwając, że coś jej grozi. Usiedli więc na krawężniku, za krzakami, tak, że nie było ich widać z najbliższej drogi. Dalszy przebieg wydarzeń jest dosyć niejasny, bo o ile na wstępnym etapie postępowania Wiesław przyznał się do zabójstwa Maji, o tyle nie był w stanie odtworzyć tragicznych wydarzeń, bo ich po prostu nie pamiętał.

Jedyne co był w stanie potwierdzić, to że w pewnym momencie zbliżył się do nastolatki i próbował ją pocałować, jednocześnie położył dłoń na jej pośladku, a ona wyraźnie tego nie chciała, więc go spoliczkowała. Wiesław był zdziwiony oporem, który stawiała. Dotąd wszystkie poznane przez niego kobiety ulegały mu. Niespecjalnie trzeba było starać się o to, aby pozwoliły na zbliżenie. Nastolatka jednak stawiała silny opór. Nie była zainteresowana bliższym kontaktem, więc stanowczo wyznaczała swoje granice. To był najprawdopodobniej moment, który tak rozzłościł mężczyznę, że zaczął dziewczynę bić, a gdy powalił ją na ziemię, zgwałcił ją. Następnie jeszcze mocniej pobił, a na koniec udusił.

I to w bardzo brutalny sposób, postając nogą na jej szyi i mocno naciskając to miejsce. Siła musiała być potężna, skoro zmiażdżył na 100-latce krtań. Po wszystkim zabrał dziewczynie wszystkie wartościowe rzeczy, które miała przy sobie, w tym pieniądze, które kilkadziesiąt minut wcześniej wspólnie zbierali pod klubem. A następnie uciekł. Po drodze jeszcze wstąpił do toalety na stacji benzynowej, gdzie zmienił ubranie na czyste. To co jest szokujące w tej sprawie i co jasno wskazuje na to, że można było tej tragedii uniknąć, to fakt, że Wiesława w ogóle miało nie być tego dnia na wolności. Mężczyzna przebywał od października 2007 roku na zwolnieniu warunkowym i warunki tego zwolnienia były jasne.

Wiesław miał prowadzić normalne życie w rodzinnym mieście, miał meldować o każdym wyjeździe z miasta, ale również miał zakaz spożywania alkoholu i narzuconą z góry konieczność znalezienia pracy. Był też pod nadzorem kuratora, którego ustanowiono mu na dwa lata. Oczywiście do żadnego z tych nakazów Wiesław się nie zastosował, jednocześnie otwarcie przyznał kuratorowi, że do pracy nie zamierza chodzić i nie zamierza również rejestrować się w urzędzie pracy. Na słowa kuratora o tym, że będzie musiał wrócić do więzienia i odbyć resztę kary, był niewzruszony i stwierdził, że się tego nie obawia. Ale to nie jest najgorsze co zrobił albo czego nie zrobił, bo na jaw wyszedł fakt, że resocjalizacja nie przebiegła pomyślnie.

A zwolniony warunkowo Wiesław po wyjściu na wolność wrócił do dawnych zajęć. I pewnego dnia w listopadzie 2007 roku, czyli nawet nie miesiąc po opuszczeniu więzienia, będąc w Raciborzu postanowił napaść na mężczyznę. W tamtej chwili bezbronnego, bo pod znacznym wpływem alkoholu. Na szczęście nic się temu mężczyźnie nie stało. Zdołał on również ochronić swoją własność, którą Wiesław próbował mu zabrać. Sprawa trafiła na policję, później do sądu w Raciborzu. Okazało się, że niedoszły złodziej właściwie jest złodziejem, bo odsiadywał już wyroki za to przestępstwo, a więc kradzieży próbował dokonać w warunkach recydywy. Wiesław na tyle skutecznie umykał policjantom, że wystawiono za nim list gończy.

Do aresztu doprowadzono go w sierpniu 2008 roku, a następnie, po rozprawie, na której ogłoszono wyrok, wypuszczono go na wolność. Sąd w Gliwicach zdecydował jednak o odwieszeniu warunkowego zwolnienia, kilka miesięcy po popełnionym przestępstwie. Wówczas Wiesław nie stawił się dobrowolnie w areszcie. Nikt go też specjalnie nie poszukiwał aż do dnia prawomocnego wyroku sądu w Raciborzu. A taka decyzja zapadła kilka dni przed zabójstwem Maji i nikt nie zdążył jeszcze Wiesława namierzyć. Mężczyzna został poddany obserwacji psychologiczno-psychiatrycznej, która stwierdziła u niego zaburzenia osobowości. Cechował go egocentryzm i egoizm oraz niski próg wyzwalania agresji.

Nie miał szacunku do ludzi, traktował ich przedmiotowo. Nie był zdolny do współczucia i empatii. Biegli nie stwierdzili u niego stanu niepoczytalności w chwili popełniania czynu. Badania nie potwierdziły też, żeby Wiesław był pod znacznym wpływem substancji odurzających w dniu tragedii. To znaczy, na pewno alkohol znajdował się w jego krwi, ale nie potwierdzono, że jakikolwiek narkotyk mógł wpłynąć na stan jego świadomości. Proces toczył się w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu. Nie znam dokładnej daty jego rozpoczęcia. Prokurator postawił Wiesławowi zarzut zabójstwa na tle seksualnym. Domagał się wymierzenia mu kary dożywotniego pozbawienia wolności. Na sali sądowej oskarżony unikał kontaktu wzrokowego z bliskimi ofiary.

Czasami nawet stał tyłem do zgromadzonych w sądzie. Nie chciał też zabierać głosu. Zdecydował, że będzie odpowiadał tylko na pytania swojego obrońcy. Razem z obrońcą zresztą wystąpił do sądu z wnioskiem o zmianę składu sędziowskiego. Sędzią w jego procesie była kobieta i to właśnie nie odpowiadało oskarżonemu. Wniosek ten jednak został odrzucony. Wiesław zmienił swoje wyjaśnienia i na sali sądowej już nie przyznawał się do winy. Twierdził, że Maję chciał tylko pocałować, ale jej nie zabił i nie zgwałcił. Mówił, że to ona chciała odbyć z nim stosunek seksualny i że do niczego jej nie zmuszał. Gdy od niej odchodził, ona jeszcze żyła, ale za chwilę znowu zmienił swoje wyjaśnienia.

Twierdził, że zgwałcił nastolatkę, ale nadal utrzymywał, że jej nie zabił, jego zdaniem tylko ją pobił. I znów, gdy odchodził, ona żyła. Jego obrońca wnioskował o zmianę kwalifikacji czynu ze zabójstwa na gwałt i pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Sąd jednak odrzucił ten wniosek. Wiesław nie okazał skruchy, a przyczyny swojej brutalności względem Maji doszukiwał się w nieszczęśliwym dzieciństwie i w tym, jak w przeszłości traktowały go wszystkie osoby, które kochał i którym ufał. Skarżył się na własny los, ale nie miał refleksji nad tym, że wyładował całą swoją złość i wszystkie negatywne emocje, które żywił do osób, które go skrzywdziły, na całkowicie niewinnej osobie, która chyba jako jedna z niewielu spotkanych przez niego w życiu osób obdarzyła go zaufaniem i nie traktowała go z góry.

Wszyscy świadkowie ze strony oskarżonego potwierdzali, że miał trudne dzieciństwo. Nikt jednak nie spodziewał się, że on, będący ofiarą społeczeństwa, kiedyś sam stanie się katem. Wiesław wydawał się nieszkodliwy, niezdolny do skrzywdzenia kogoś fizycznie, W pierwszym kontakcie budził nawet sympatię. Nie bez powodu osoby, którego nawet nie znały, przygarnęły go tragicznego dnia do swojej paczki i zaproponowały wspólną zabawę. Ale w procesie zeznawali także byli współosadzeni Wiesława, którego nikt w zakładzie karnym nie szanował i nie lubił i tam też był on ofiarą przemocy. Był bowiem donosicielem. Tam również wyładowywano na nim swoją agresję właśnie z tego między innymi powodu.

Wyrok zapadł w listopadzie 2009 roku. Sąd Okręgowy we Wrocławiu skazał mężczyznę na dożywotnie pozbawienie wolności i orzekł, że o warunkowe zwolnienie będzie mógł starać się po 25 latach odbycia kary. Tak surowy wyrok wynikał z wysokiej szkodliwości czynu. Wiesław pozbawił życia młodą, ambitną dziewczynę, która miała swoje plany na przyszłość, mogła i chciała przysłużyć się społeczeństwu. Była osobą bardzo pomocną, co potwierdzali jej przyjaciele, nigdy nikomu nie odmawiała pomocy, ale niestety była też bardzo ufna, co oskarżony postanowił wykorzystać. Sąd stwierdził, że dotychczasowy pobyt w więzieniu niczego Wiesława nie nauczył.

Niemal od razu po opuszczeniu więziennych murów wrócił do swoich poprzednich nawyków. Nie garnął się do pracy, myśląc, że może żyć na koszt innych jak pasożyt. Sędzia wzięła pod uwagę dzieciństwo Wiesława, które niewątpliwie było dla niego traumatyczne, Ale zdecydowanie nie przyjęła tego jako usprawiedliwienie jego bezwzględności wobec zamordowanej nastolatki. Sąd zdecydował, że Wiesław nie zasługuje na powrót do społeczeństwa, bo jest dla niego wielkim zagrożeniem. Do sądu apelacyjnego odwołał się zarówno obrońca Wiesława, jak i prokurator, według którego kara orzeczona wobec niego nie była wystarczająco surowa. Prokurator przekonywał, że o warunkowe zwolnienie Wiesław powinien móc starać się dopiero po 50 latach.

Obrońca mężczyzny natomiast próbował przekonać sąd drugiej instancji o zmianę kwalifikacji czynu na pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Wiesław bowiem wciąż upierał się, że nie zamierzał zabić Maji. Sąd apelacyjny częściowo zgodził się z prokuratorem, jednak podwyższył możliwość ubiegania się o przedterminowe zwolnienie do 35 lat. Uznał Wiesława za bezwzględnego zabójcę, który działał z premedytacją. Nie było cienia wątpliwości, że dążył on do zamiaru zabójstwa, a obrażenia, których doznała nastolatka jasno wskazywały na brutalność jego działań. Ponadto za tym, że Wiesław był człowiekiem dogłębnie zdemoralizowanym, przemawiały wszystkie dotychczasowe opinie biegłych oraz wychowawców z placówek, w których dotychczas przebywał Wiesław.

Każda z tych opinii była dla niego niekorzystna. Dlatego sąd nie widział innego wyjścia, niż zatrzymać oskarżonego dożywotnią w więzieniu. Sąd zobowiązał skazanego także do wypłacenia rodzinie Maji za dość uczynienia. 120 tysięcy złotych na ręce jej rodziców, 50 tysięcy dla Julii, jej siostry. Odtajnił również nazwisko sprawcy, jak i jego wizerunek. Nazywa się on Wiesław Matusiak, a jeśli chcecie zobaczyć jego twarz, zachęcam do zajrzenia do źródeł. Wszystkie linki umieszczam w jednym linku pod opisem odcinka. Cała rodzina Mai, a zwłaszcza jej mama, bardzo długo dochodziła do siebie po tej tragedii.

Pokazano wszystkie 24 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.