Mentionsy Mentionsy
Piekło jest tu
Piekło jest tu

PIEKŁO JEST TU #133. Dobre imię Misjonarza

24.08.2024 ·59 min 35 s

24 marca 2011 roku w Gdańsku Zakoniczynie w służbowym mieszkaniu proboszcz parafii świętego Krzysztofa odnalazł ciało Wikariusza. Śledztwo zaprowadziło funkcjonariuszy prawie 200 kilometrów dalej, w okolice Piły. Kto przyczynił się do śmierci duchownego i jaki był motyw działania sprawcy? Źródła: https://docs.google.com/document/d/1ePa9MhM0XVf6Eta33FbwRrIsoiQNv8SPZWwnKA1_Bns/edit?usp=sharing

Nic więc dziwnego, że śmierć jednego z synów wpędziła ją w długoletnią dysforię i to właśnie jej najmłodszy i zarazem już jedyny syn starał się matkę podtrzymywać na duchu. Sam zresztą też, choć za bardzo się nie uzewnętrzniał, to widać było, że bardzo przeżył śmierć brata, a manifestował to swoim wyglądem. Zaczął bowiem między innymi w tym okresie chwilę po stracie brata łysieć oraz w bardzo krótkim czasie znacznie przybrał na wadze. Jako, że był już wówczas wikariuszem i jego pierwszą parafią była parafia św. Wawrzyńca w Luzinie, Krzysztof namawiał swoich rodziców do przeprowadzki właśnie do tej miejscowości. Chciał mieć ich blisko siebie, zwłaszcza, że widział, że znacznie zaczęli podupadać na zdrowiu psychicznym.

I właśnie w 2000 roku człowiekiem roku w gminie Luzino wybrany został ksiądz Krzysztof, otrzymawszy wcześniej kilkaset głosów od swoich wiernych. Głównie podkreślano jego niezwykłą więź z młodzieżą oraz inicjatywy, którymi wykazywał się podczas służenia swoim parafianom. Dwa lata później kapłan został przeniesiony do parafii w Żukowie, ale tam zagrzał miejsce zaledwie na dwa lata. W 2004 roku trafił do Gdańska, konkretnie do parafii na Zaspie, gdzie służył przez 5 lat do roku 2009. Tam nic nowego, również został bardzo ciepło przyjęty i również przede wszystkim pomagał młodzieży i głównie na jej rzecz działał. Później pozostał nadal w Gdańsku, ale już jako wikariusz w parafii św. Krzysztofa na dopiero co kształtującym się osiedlu świętokrzyskim w Zakoniczynie.

Tam ksiądz Krzysztof trafił jako 37-letni kapłan w lipcu 2009 roku. W parafii św. Krzysztofa, która tak notabene była dopiero co w budowie i msze odprawiane były w niewielkiej kaplicy, służył wraz z proboszczem, księdzem Zdzisławem. Kapłani dzielili też ten sam budynek mieszkalny, który został specjalnie dla nich wynajęty. A właściwie wynajęte były dla nich dwa mieszkania, bo ze źródeł wynika, że w budynku mieszkały także inne rodziny, a nie tylko ci dwaj księża. Był to nowo wybudowany budynek, blok i znajdował się on niemalże w sąsiedztwie parafii, zaledwie 200 metrów dalej. Wikariusz otrzymał prawdopodobnie kawalerkę, która urządzona była skromnie, ale znajdowało się tam na pewno wszystko czego potrzeba do życia.

W tym samym momencie stał się on jedyną opoką dla swojej boleśnie doświadczonej matki, choć równie mocno sam przeżywał śmierć rodzica. Więc w obliczu tego, co stało się zaledwie dwa lata później po śmierci Pana Mariana, trudno nie współczuć Pani Alicji, która na przestrzeni kilkunastu lat została całkowicie sama. Bowiem 24 marca 2011 roku proboszcz parafii św. Krzysztofa w Zakoniczynie jak codzień pojawił się na wieczornej mszy, która była odprawiana o godzinie 19. Ale tego wieczoru nie wszystko było tak jak zwykle. Na mszy bowiem nie pojawił się drugi z kapłanów, ksiądz Krzysztof, który każdego dnia o tej samej porze

Proboszcz parafii św. Krzysztofa z duszą na ramieniu stanął pod drzwiami mieszkania zajmowanego przez swojego podwładnego. Był 24 marca 2011 roku, czwartek, tuż przed godziną 20. Proboszcz ostrożnie otworzył drzwi do mieszkania wikariusza, które okazało się, że były otwarte. Powoli, jakby już przeczuwał, że odkryje coś makabrycznego, szedł do środka. I znalazł ciało księdza Krzysztofa, które leżało na podłodze. Można by pomyśleć, że ksiądz zasłabł, stracił przytomność, a gdy już widać było, że nie żyje, że po prostu zmarł śmiercią naturalną, być może miał atak serca, wylew, udar, cokolwiek.

W piątek 25 marca 2011 roku wierni należący do parafii św. Krzysztofa o godzinie 19 tłumnie zebrali się w niewielkiej kapliczce, gdzie ich proboszcz i prywatnie bardzo dobry znajomy zamordowanego wikariusza odprawiał mszę w jego intencji. Parafianie przybyli tak licznie, że nie mieścili się w świątyni, zatem wielu stało na zewnątrz, pomimo pogody, która tego dnia nie dopisywała. Padał bowiem śnieg z deszczem i było bardzo zimno. Nikt jednak nie narzekał na warunki pogodowe i chcąc wyrazić swój ból, smutek i żal po stracie kapłana, każdy modlił się w skupieniu za jego duszę, nie zważając na żadne utrudnienia.

Ostatnie pożegnanie księdza Krzysztofa zorganizowała w parafii, która była pierwszą, do której został przydzielony. W Luzinie, w miejscu, w którym służył wiernym przez pięć lat, spoczęło jego ciało, a nabożeństwo żałobne odbyło się w parafii, w której wcześniej pełnił posługę kapłańską, w parafii św. Wawrzyńca. Pogrzeb odbył się 30 marca 2011 roku w środę, ale już od niedzieli w tym kościele odbywały się nabożeństwa różańcowe, w których uczestniczyli nie tylko tamtejsi parafianie, ale także osoby, dla których ksiądz Krzysztof za życia był bardzo ważną postacią. Jak pisały media, w świątyni podczas modlitwy za zmarłego gromadziły się prawdziwe tłumy.

Na pogrzebie prowadzący tę uroczystość arcybiskup powiedział Księga życia księdza Krzysztofa zawiera jedynie 39 stron. Tu, w Luzinie, zbierał pierwsze szlify kapłańskie. Mówi się, że pierwsza parafia jest dla księdza jak pierwsza miłość. Zawsze się ją pamięta. I tak było. Ksiądz Krzysztof często tu przyjeżdżał w późniejszych latach, bo i tu pracował, i tu osiadła jego rodzina. Jak napisał św. Paweł, miłość cierpliwa jest łaskawa, nie pamięta złego. Dlatego jesteśmy przekonani, że Pan przyjmie księdza Krzysztofa do swojej chwały. Matkę zmarłego księdza pocieszał podczas uroczystości pogrzebowej ksiądz Zdzisław, który pokrzepiał ją mówiąc m.in., że musi mieć siłę do życia, aby wstawiać się każdego dnia modlitwą u Boga za dusze wszystkich tych, których utraciła.

Pokazano wszystkie 8 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.