Wakacyjne opowieści grozy #9 FINAŁ
Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.Ostatni, dziewiąty odcinek wakacyjnej serii opowiadań grozy przy ognisku. W każdą środę przez całe wakacje usłyszysz krótkie, autorskie historie.
Ośrodek kolonijny Sosnowy Brzeg. Dwanaście drewnianych domków. Stołówka z wielkim kominkiem. Boisko do siatkówki, gdzie piasek mieszał się z igliwiem sosen. Pomosty wbijające się w czarną wodę zalewu, jak drewniane języki próbujące posmakować jego tajemnic. Przyjeżdżały tam autobusy pełne nastolatków z całej południowej Polski. Śmiech niósł się echem po lesie, a nocami przy ogniskach śpiewano piosenki. Wszystko zmieniło się jednej nocy w lipcu 1997 roku, podczas ostatniego turnusu wakacji, gdy dwadzieścioro siedemnastolatków z krakowskich liceów postanowiło nie iść spać. Chcieli zrobić coś, co wydawało się niewinną zabawą. Wszystko zaczęło się, gdy Piotr przyniósł jeden przedmiot.
A najgorsze jest to, że wyglądają identycznie jak wszystkie inne. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, o czym mówi. Myślałem, że to jakaś filozoficzna metafora, sposób na poradzenie sobie z tym, co widział. Teraz, gdy znam całą historię, rozumiem, że próbował mi wyjaśnić naturę tego, z czym mieli do czynienia tamtej nocy. Bo tablica Ouija, którą Piotr przyniósł do domku numer 7, nie była narzędziem zabawy czy komunikacji. Ona była kluczem. Marek powiedział mi, że przez lata zastanawiał się, czy to był przypadek. To, że akurat ta grupa tej nocy i w tym miejscu zdecydowała się sięgnąć po tablicy Witcha. Czy też może było czymś, co musiało się wydarzyć. Być może to coś wiedziało, że są idealni.
W siódemce też. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że dobrze wyglądają. Opaleni, wypoczęci, szczęśliwi. Zajrzałem przez okno. Siedzieli w kręgu na podłodze. Gadali, jedli ostatnie zapasy słodyczy. Piotr gestykulował, opowiadając jakąś historię. Ania szkicowała coś w notesie. Tomek chyba próbował żonglować mandarynkami. A Marta patrzyła przez okno prosto na jezioro. Marek robił kolejne obchody co godzinę. Od dwudziestej trzeciej aż do drugiej. Za każdym razem wszystko wydawało się w początku. Światła w innych domkach gasły stopniowo, ale w siódemce wciąż paliły się świece, bo o północy wyłączono prąd w całym ośrodku. Normalnie Marek kazałby im je zgasić, ale to była ostatnia noc. Co mogło się złego stać?
O drugiej trzydzieści sprawdziłem ich po raz ostatni przed tym jak... Marek urwał. Jego dłonie znów zaczęły drżeć. Widziałem przez okno, że wciąż siedzą w kręgu, ale teraz między nimi było coś jeszcze. Przedmiot, którego wcześniej tam nie było. Z literami i cyframi. I szklanym kółkiem po środku. Marek nie wiedział wtedy, co to jest. Nigdy wcześniej nie widział tablicy Witcha. Myślał, że to jakaś gra planszowa, może jakaś wersja eurobiznesu. Na pewno coś niewinnego. Piotr trzymał pudełko. Stare, zniszczone z odchodzącym lakierem. Wyglądało, jakby miało więcej lat niż cały ośrodek. Gdybym wtedy wkroczył, zabrał im to, wyrzucił dowody. Ale skąd mogłem wiedzieć? Skąd miałem wiedzieć, że Piotr nie przywiózł tej tablicy z Krakowa?
Zataczała kręgi, przeskakiwała między literami, zatrzymywała się na ułamki sekund, aby ruszyć dalej. Widziałem ich twarze w poświecie księżyca. Marek przełknął ślinę. Dwadzieścioro twarzy oświetlonych tylko przez blaskę zza okna. Wszyscy mieli oczy szeroko otwarte, ale nie mrugali ani razu. Patrzyli na tablicę z taką intensywnością, jakby ich życie od tego zależało. A może już wtedy zależało? Piotr siedział naprzeciwko Marty. Ich palce ledwo dotykały wskazówki, która poruszała się między nimi jak żywa istota. Tomek, zazwyczaj niemogący usiedzieć w miejscu dłużej niż minutę, był sztywny jak deska. Ania miała łzy spływające po policzkach, ale się nie poruszała, nie ocierała ich. Jakby była w jakimś transie.
Zajęło mi to może ze dwie, trzy minuty. Trzy minuty, podczas których oni zadali pytanie, które zmieniło wszystko. Gdy wróciłem, usłyszałem je wyraźnie. Piotr spytał, czy jesteśmy sami? Wskazówka zatrzymała się. Po raz pierwszy, od kiedy Marek zaczął to obserwować. Przestała się poruszać. Zawisła w martwym punkcie pośrodku tablicy. Jakby cokolwiek nią kierowało, zastanawiało się chwilę nad odpowiedzią. Albo cieszyło się, że w końcu ktoś zadał to pytanie. Po chwili ruszyła, powoli, celowo, literka po literce. Teraz nie. W momencie, gdy wskaźnik dotykał ostatniej litery, wszystkie świece w domu zapaliły się jednocześnie. Nie zostały zapalone, zapaliły się same, wysokim, niebieskim płomieniem, który nie dawał ciepła, tylko więcej tego lodowatego światła.
Jedna z niewielu osób, która zachowywała względną kontrolę. Krzyknęła, że muszą to przerwać, muszą przestać zadawać takie pytania. Próbowała fizycznie oderwać ręce od wskazówki. Ta zaczęła się poruszać z taką siłą, że ciągnęła ich ręce za sobą. Jakby nie oni nią kierowali, ale ona nimi. Piotr, który przyniósł tablicę, był w najgorszym stanie. Jego oczy wywróciły się do góry, pokazując tylko białka, a z ust zaczęła wypływać ślina. Mówił głosem, który zdecydowanie nie należał do niego. Niskim, chrapliwym, jakby jego gardło było uszkodzone albo martwe od bardzo dawna. Piotr, a raczej to, co przez niego mówiło, wypowiedziało coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Marek wziął głęboki oddech. Powiedział.
Niektórzy uwierzyli, że cokolwiek ich więziło, nagle odeszło. Że są wreszcie wolni. Tomek nawet zaśmiał się nerwowo i powiedział coś o tym, że to był najbardziej pojebany żart, jaki kiedykolwiek wymyślił Piotr. Ale potem wskazówka znów ruszyła. Powoli, celowo, z namysłem. Literowała odpowiedź, która sprawiła, że nawet Marta pobladła jak ściana. Nie jeden, wszyscy, albo wystarczająco wielu, aby otworzyć piekielne wrota na oścież. Marek wciąż próbował wyważyć drzwi łomem, gdy usłyszał jak Piotr, który przed chwilą mówił cudzym głosem. Nagle odzyskał kontrolę nad sobą. Jego krzyk był pełen paniki, ale to był jego własny głos. Zrozumiał, do czego doprowadził swoją głupią zabawą.
Piotr krzyczał, że muszą zadać właściwe pytanie. Marek mówił teraz szybko, jakby sam był w panice. Że czytał o tym, iż podczas każdej sesji z tablicą Ouija ten moment jest krytyczny. Pytanie, które albo kończy kontakt, albo otwiera coś, czego nie da się zamknąć. Nastolatkowie zaczęli się kłócić. Tomek chciał zapytać, jak się uwolnić. Ania błagała, żeby zapytać, czy mogą odejść. Ktoś inny proponował, żeby spróbować pożegnać się z duchem. Klasyczne żegnaj miało zakończyć sesję. Musimy wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Tak brzmiały słowa Marty według Marka. Nie możemy walczyć z czymś, czego nie rozumiemy i nie znamy. Musimy zadać podstawowe pytanie. I wtedy Piotr, może przez głupotę albo rozpacz, zadał to pytanie.
Zrozumiałem wtedy, co Ania miała na myśli. Marek patrzył mi teraz prosto w oczy. Sataniści z Niemiec otworzyli bramę, ale nie przeszli przez nią. Zostali martwymi strasznikami. Nie mogli kontrolować tego, co przechodziło. mogli tylko istnieć tam, jako kotwice, punkt odniesienia dla czegoś, co czekało po drugiej stronie. Marek wyjaśnił im wtedy swoją teorię. Cokolwiek było po drugiej stronie, duchy czy demony, to coś potrzebowało żywych strażników. I wtedy po latach przyszła grupa Marty i Piotra. Marek zacisnął dłonie w pięści. Młodzi, inteligentni, silni psychicznie, idealni kandydaci. Marek nalał sobie wodę z drżącą ręką. Po długiej chwili kontynuował, a jego głos stał się bardziej napięty.
Byli strażnikami, zanim się narodzili. Marek wziął głęboki oddech, jakby następna część historii wymagała od niego szczególnej odwagi. Spojrzał na swój zegarek, ten sam, który nosił tamtej nocy. I kontynuował, głosem, który stawał się coraz bardziej napięty. Było w pół do szóstej, gdy wszystko zaczęło się walić, powiedział. Cokolwiek Marta wynegocjowała, przestało obowiązywać. Pierwsze oznaki były subtelne. Drzwi domku, które wcześniej nie dawały się otworzyć, teraz trzaskały na wietrze, którego nie było. Otwierały się i zamykały w rytmie, który przypominał oddech. Za każdym razem, gdy się otwierały, do środka wpadało więcej tajemniczej ciemności. Piotr był pierwszym, który się zmienił. Marek zacisnął zęby.
Rozumiecie, co to oznacza? Marta nie zamierzała ich uratować. Chciała uczynić ich częścią siebie. Częścią żywej bramy między światami. Następne minuty były najdłuższymi w moim życiu, kontynuował Marek. Pamiętam, jak Ania zapytała przez łzy. A co z naszymi rodzicami? Co im powiedzą? Że utonęliśmy? Zginęliśmy? Marta milczała długo, zanim odpowiedziała. Powiedzą, że to był wypadek. Że tablica Ouija to niebezpieczna zabawka. Że nie powinno się bawić w rzeczy, których się nie rozumie. Piotr, który przyniósł tablicę, który rozpoczął cały ten koszmar, siedział skulony w kącie. Mamrotał coś, powtarzał, że nie wiedział, że to tylko miała być zabawa. Ale gdy podniósł głowę, Marek zobaczył w jego oczach coś więcej niż winę.
Tomek, Ania, Piotr i siedmiu innych miało zostać. Reszta miała szansę. Ci, którzy zostali wybrani na kotwice, przyjęli to z godnością, która łamała serce. Wszyscy wyszli z domku w procesji. Marta na przedzie z tablicą Ouija, za nią dziesięcioro wybranych na kotwice, a potem reszta. Marek szedł na końcu, obserwując to wszystko. Gdy dotarliśmy na brzeg, była ósma. Marek sprawdził zegarek, jakby wciąż odmierzał ten czas. Słońce już prawie wzeszło. Niebo było jasne. To był moment między nocą a dniem, gdy świat jest najbardziej podatny na zmiany. Dziesięcioro wybranych ustawiło się w półkolu na brzegu, trzymając się za ręce. Pozostali stali za nimi. Niektórzy zaczęli znowu płakać. Marta obróciła się do nich twarzą, uniosła tablicę nad głowę i zaczęła mówić w dziwnym, starożytnym języku.
Pokazano wszystkie 13 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.
Ostatni, dziewiąty odcinek wakacyjnej serii opowiadań grozy przy ognisku. W każdą środę przez całe wakacje usłyszysz krótkie, autorskie historie.