Wakacyjne opowieści grozy #9 FINAŁ
Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.Ostatni, dziewiąty odcinek wakacyjnej serii opowiadań grozy przy ognisku. W każdą środę przez całe wakacje usłyszysz krótkie, autorskie historie.
Marek wymieniał ich imiona, jakby odmawiał jakąś litanię. Każde wypowiedziane nazwisko było formą chyba przeprosin za to, że nie zdołał ich uratować. Marta Kowalska, przewodnicząca samorządu, laureatka olimpiady matematycznej. Chciała studiować psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Tomek Nowicki. Klasowy błazen, ale też geniusz informatyki. Pisał programy zanim to się stało modne. Ania Wiśniewska. Artystyczna dusza. malowała obrazy, które nauczyciele nazywali wyjątkowo dojszałymi. Był też Piotrek Zalewski, urodzony lider, piłkarz młodzieżowych drużyn piłkarskich, syn znanego dziennikarza. Wszyscy się znali, kontynuował Marek. Niektórzy już od podstawówki. To nie była przypadkowa grupa.
W siódemce też. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że dobrze wyglądają. Opaleni, wypoczęci, szczęśliwi. Zajrzałem przez okno. Siedzieli w kręgu na podłodze. Gadali, jedli ostatnie zapasy słodyczy. Piotr gestykulował, opowiadając jakąś historię. Ania szkicowała coś w notesie. Tomek chyba próbował żonglować mandarynkami. A Marta patrzyła przez okno prosto na jezioro. Marek robił kolejne obchody co godzinę. Od dwudziestej trzeciej aż do drugiej. Za każdym razem wszystko wydawało się w początku. Światła w innych domkach gasły stopniowo, ale w siódemce wciąż paliły się świece, bo o północy wyłączono prąd w całym ośrodku. Normalnie Marek kazałby im je zgasić, ale to była ostatnia noc. Co mogło się złego stać?
Zataczała kręgi, przeskakiwała między literami, zatrzymywała się na ułamki sekund, aby ruszyć dalej. Widziałem ich twarze w poświecie księżyca. Marek przełknął ślinę. Dwadzieścioro twarzy oświetlonych tylko przez blaskę zza okna. Wszyscy mieli oczy szeroko otwarte, ale nie mrugali ani razu. Patrzyli na tablicę z taką intensywnością, jakby ich życie od tego zależało. A może już wtedy zależało? Piotr siedział naprzeciwko Marty. Ich palce ledwo dotykały wskazówki, która poruszała się między nimi jak żywa istota. Tomek, zazwyczaj niemogący usiedzieć w miejscu dłużej niż minutę, był sztywny jak deska. Ania miała łzy spływające po policzkach, ale się nie poruszała, nie ocierała ich. Jakby była w jakimś transie.
I w tym świetle Marek zobaczył coś, co sprawiło, że upuścił łom z dłoni. W lustrze wiszącym na ścianie odbijało się wnętrze domku, ale w odbiciu byli nie tylko nastolatkowie. Były też inne sylwetki. Dziesiątki sylwetek. Może setki stłoczone w przestrzeni, która w rzeczywistości mogła pomieścić maksymalnie trzydzieści osób. Wszystkie patrzyły w stronę lustra. W moją stronę, jakby wiedziały, że na nie patrzę. Marek cofnął się o krok i potknął. Spojrzał w dół. Na ziemi, w idealnym kręgu wokół domu numer siedem, leżały martwe ptaki. Dziesiątki martwych ptaków, które jeszcze pół godziny temu spały spokojnie na drzewach. A z wnętrza domku dobiegł kolejny głos. Tym razem pojedynczy. Dziewczęcy, należące do Marty.
Tomek, zwykle sceptyczny, upierał się, że to psychoza zbiorowa, że ktoś, być może Piotrek, podłożył im coś do picia, jakieś narkotyki i teraz mają wspólny trip. Jego głos był wysoki, prawie historyczny, gdy tłumaczył, że temperatura nie mogła spaść, że to tylko sugestia, że wszystko da się wyjaśnić naukowo. Ale Ania mówiła o rzeczach, których nie mogła wiedzieć. Wymieniała imiona ludzi, którzy utonęli w zbiorniku przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Daty, okoliczności, ostatnie słowa. Mówiła o jakimś chłopcu, który w siedemdziesiątym trzecim roku krzyczał o północy, że widzi swoją matkę idącą po wodzie. O dziewczynie, która twierdziła, że zbiornik soku ją woła. Wtedy Marta przerwała jej w półsłowa. Marek zacisnął pięści.
Szukaliśmy was tak długo, młodych, silnych, pełnych życia. Takich, którzy wytrzymają przejście. Którzy nie zwariują od razu, gdy zrozumieją, czym się stają. Wtedy cała grupa naprawdę zaczęła panikować. Niektórzy płakali, inni krzyczeli, jeszcze inni. Modlili się. Próbowali wszystkiego. Marek pokręcił głową. Odmawiali modlitwy. Rzucali solą. Nie wiązł, skąd ją wzięli. Próbowali zniszczyć tablicę, ale gdy Tomek uniósł krzesło, żeby rozbić nim drewnianą deskę, jego ręce zamarły w powietrzu. Dosłownie zamarły. Pokryły się lodem, a on krzyczał, że pali go żywym ogniem. Marta się opierała zbiorowemu szaleństwu. Być może dlatego, że chciała studiować psychologię, a może dlatego, że była po prostu silniejsza od innych.
zaczęła zadawać metodyczne pytania bytowi, który się z nimi komunikował. Kim jesteś? Czego chcesz? Jak możemy to zakończyć? Odpowiedzi były coraz bardziej niepokojące. To nie był jeden byt. Było ich całe mnóstwo. Uwięzionych w przestrzeni między światami. Miejscu, które istniało i jednocześnie go nie było. Te byty potrzebowały zakotwiczenia w naszej rzeczywistości. Potrzebowali przewodników. Wtedy Marta zadała pytanie, które wszystko zmieniło. Marek spojrzał mi prosto w oczy, a w jego wzroku zobaczyłem coś, czego nigdy nie zapomnę. Absolutne przerażenie pomieszane z podziwem. Zapytała, a jeśli jeden z nas zostanie, czy wypuścicie resztę? Wskazówka zatrzymała się.
Niektórzy uwierzyli, że cokolwiek ich więziło, nagle odeszło. Że są wreszcie wolni. Tomek nawet zaśmiał się nerwowo i powiedział coś o tym, że to był najbardziej pojebany żart, jaki kiedykolwiek wymyślił Piotr. Ale potem wskazówka znów ruszyła. Powoli, celowo, z namysłem. Literowała odpowiedź, która sprawiła, że nawet Marta pobladła jak ściana. Nie jeden, wszyscy, albo wystarczająco wielu, aby otworzyć piekielne wrota na oścież. Marek wciąż próbował wyważyć drzwi łomem, gdy usłyszał jak Piotr, który przed chwilą mówił cudzym głosem. Nagle odzyskał kontrolę nad sobą. Jego krzyk był pełen paniki, ale to był jego własny głos. Zrozumiał, do czego doprowadził swoją głupią zabawą.
Piotr krzyczał, że muszą zadać właściwe pytanie. Marek mówił teraz szybko, jakby sam był w panice. Że czytał o tym, iż podczas każdej sesji z tablicą Ouija ten moment jest krytyczny. Pytanie, które albo kończy kontakt, albo otwiera coś, czego nie da się zamknąć. Nastolatkowie zaczęli się kłócić. Tomek chciał zapytać, jak się uwolnić. Ania błagała, żeby zapytać, czy mogą odejść. Ktoś inny proponował, żeby spróbować pożegnać się z duchem. Klasyczne żegnaj miało zakończyć sesję. Musimy wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Tak brzmiały słowa Marty według Marka. Nie możemy walczyć z czymś, czego nie rozumiemy i nie znamy. Musimy zadać podstawowe pytanie. I wtedy Piotr, może przez głupotę albo rozpacz, zadał to pytanie.
Zrozumiałem wtedy, co Ania miała na myśli. Marek patrzył mi teraz prosto w oczy. Sataniści z Niemiec otworzyli bramę, ale nie przeszli przez nią. Zostali martwymi strasznikami. Nie mogli kontrolować tego, co przechodziło. mogli tylko istnieć tam, jako kotwice, punkt odniesienia dla czegoś, co czekało po drugiej stronie. Marek wyjaśnił im wtedy swoją teorię. Cokolwiek było po drugiej stronie, duchy czy demony, to coś potrzebowało żywych strażników. I wtedy po latach przyszła grupa Marty i Piotra. Marek zacisnął dłonie w pięści. Młodzi, inteligentni, silni psychicznie, idealni kandydaci. Marek nalał sobie wodę z drżącą ręką. Po długiej chwili kontynuował, a jego głos stał się bardziej napięty.
W jednej chwili było tak zimno, że woda w szklankach przymarzała, a następnie tak gorąco, że pot spływał strumieniami. Światła, choć prąd był wyłączony, zaczęły migać. To nie żarówki, samo powietrze jakby pulsowało światłem, które nie miało źródła. Nagle wskazówka tablicy Ouija, która od dłuższego czasu poruszała się chaotycznie, stanęła. Wskazała na słowo tak i zamarła. Marta otworzyła oczy, które były całkowicie czarne. Bez białek, bez tęczówek, jak dwa okna zaglądające w pustkę. I powiedziała głosem, który był jej, ale brzmiał bardzo tajemniczo. Przyjmuję warunki, ale mam swoje żądania. Po słowach Marty w domku zapadła cisza.
Marek obserwował, jak wszyscy członkowie grupy wstrzymują oddech, jakby najmniejszy dźwięk mógł zepsuć cokolwiek. Lewitujące przedmioty opadły na podłogę. Przez moment uwierzyłem, że Marta nagle znalazła rozwiązanie. Marek przetarł oczy, jakby wciąż nie mógł uwierzyć we własne wspomnienia. Że jej cicha i tajemnicza rozmowa z tym czymś i jej negocjacje przynosiły efekt. Widziałem, jak napięcie opuszcza ich twarze i zaczynają oddychać spokojniej. Tomek był pierwszym, który odważył się przemówić. Zapytał Martę, co uzgodniła, jakie były warunki, ale ona tylko pokręciła głową. Powiedziała tylko, że mają czas do świtu, że muszą znaleźć sposób, żeby zakończyć sesję przed wschodem słońca. Sprawdziłem zegarek. Marek pokazał mi swój stary czasomierz, jakby to był dowód w tej sprawie.
Była piąta dziesięć. Do świtu pozostawały w zasadzie minuty. Wydawało się, że jest to możliwe, że uda im się przetrwać. Część grupy wyszła zbierać drewno. Chcieli spalić tablicę Witcha. Marta siedziała osobno, pisząc coś w swoim notatniku. Marek widział, jak jej ręka drży, jak co chwilę przerywa i patrzy w stronę jeziora, jakby nasłuchiwała czegoś, co tylko ona mogła usłyszeć. Nagle ktoś znalazł stary dziennik, a w nim było napisane... Próbowaliśmy spalić tablicę. Ogień zgasł trzy razy. Za czwartym razem zapalił się domek. Straciliśmy kasię. Zalew zabrał ją, choć woda była sto metrów od brzegu. Okazało się, że ktoś przed nimi kilka lat wcześniej również spotkał się z tymi bytami i próbował zniszczyć tak samo tabliczkę Witcha.
Nastolatkowie wpadli w panikę. Niektórzy chcieli mimo wszystko spróbować ją podpalić. Inni szukali alternatywy. Kłócili się, krzyczeli, oskarżali nawzajem. Chaos, który zapanował, był prawie gorszy niż te nadnaturalne wydarzenia sprzed godziny. Bo teraz nie mieli już nadziei. Nie mieli żadnego planu. Wtedy Marta wstała. Marek mówił teraz bardzo cicho. Podeszła do tablicy, położyła na niej ręce i powiedziała coś, czego nigdy już nie zapomnę. Powiedziała, jest inny sposób, sposób, który oni mi pokazali, ale wymaga poświęcenia, nie śmierci, czegoś gorszego. Wyjaśniła, że brama pomiędzy światami potrzebuje strażnika. Marek zacisnął pięści. Kogoś, kto będzie stał wiecznie na progu, nie pozwalając jej się otworzyć do końca.
Marta twierdziła, że może zostać takim strażnikiem. Że może wejść do jeziora o świcie w momencie przejścia między nocą a dniem, aby zapieczętować bramę sobą. Oczywiście wszyscy protestowali. Piotrek krzyczał, że to szaleństwo. Tomek zaś próbował wyrwać jej tablicę. Wtedy Marek zauważył coś, co wcześniej umknęło jego uwadze. Na nadgarstku Marty pojawił się symbol, ten sam, który widział na pękniętym lustrze, który był wypalony na tablicy harceszy, jakby wypłynął spod jej skóry, zawsze będąc tam, czekając tylko na odpowiedni moment. Zapytałem ją przez rozbitą szybę, skąd ten znak. Marta powiedziała mi prosto w oczy. Nie wybrali nas przypadkiem. Niektórzy z nas urodzili się już na znaczeni.
Byli strażnikami, zanim się narodzili. Marek wziął głęboki oddech, jakby następna część historii wymagała od niego szczególnej odwagi. Spojrzał na swój zegarek, ten sam, który nosił tamtej nocy. I kontynuował, głosem, który stawał się coraz bardziej napięty. Było w pół do szóstej, gdy wszystko zaczęło się walić, powiedział. Cokolwiek Marta wynegocjowała, przestało obowiązywać. Pierwsze oznaki były subtelne. Drzwi domku, które wcześniej nie dawały się otworzyć, teraz trzaskały na wietrze, którego nie było. Otwierały się i zamykały w rytmie, który przypominał oddech. Za każdym razem, gdy się otwierały, do środka wpadało więcej tajemniczej ciemności. Piotr był pierwszym, który się zmienił. Marek zacisnął zęby.
Nie odwracał się. Szedł tyłem. Wyglądało to, jakby ktoś przewijał kasetę wideo. Gdy chłopiec wrócił do domku, usiadł dokładnie w tym samym miejscu i tej samej pozycji. Ale jego oczy były teraz zupełnie białe. Powiedział nagle. Umowa została zawarta. Strażnik został wybrany. Marta dargnęła, jakby ktoś ją uderzył. Spojrzała na chłopca, a potem na resztę grupy. Zapytała wtedy. Marek ścisnął pięści tak mocno, że aż mu pobielały. Ilu strażników potrzebujecie? Nie potrzebujemy strażników, powiedział Byt mówiąc przez nastolatka. Potrzebujemy przewodników. Dla tych, którzy przyjdą po was. Dla tych, którzy otworzą całą bramę. Jeden strażnik to za mało. Marek umilkł na chwilę, jakby następne słowa wymagały zebrania jeszcze większej ilości odwagi.
Widziałem, jak jego dłonie zaciskają się na kubku. Kiedy w końcu przemówił, jego głos był ledwie słyszalnym szeptem. Szósta piętnaście zaczął. Słońce powinno już dawno świecić nad ośrodkiem, ale tak się nie działo. Pamiętam dokładnie, bo sprawdzałem zegarek co kilka sekund, licząc, że gdy wzejdzie słońce, ten koszmar się skończy. Myliłem się. Nagle Marta upadła na kolana. Symbol na jej nadgarstku płonął jasnym białym światłem, rozchodząc się jak sieć świetlistych szył po całej ręce. Wtedy Marek zobaczył coś, co sprawiło, że przestał wierzyć w możliwość ocalenia. Spojrzał na wodę i zobaczył to. Setki postaci stojących w wodzie. Nie na powierzchni, ale na wodzie. Stali w rzędach jak armia czekająca na rozkaz.
Ktoś z grupy, Marek nie zapamiętał kto, wziął nóż z kuchni i próbował przecień sobie żyły. Ale ostrze nie przecinało nawet skóry. Wszyscy byli uwięzieni. O 6.35 Marta przestała krzyczeć. Marek mówił teraz bardzo wolno, ważąc każde słowo. Wstała, otrzepała kolana, jakby nic się nie stało. Podeszła do tablicy Ouija, która leżała pośrodku kręgu i podniosła ją. Spojrzała na każdego nastolatka, spojrzała na każdego nastolatka, zatrzymując wzrok na sekundę. Później prosto na Marka i powiedziała coś, co sprawiło, że poczuł, jakby ktoś wbił mu nóż w serce. Jeśli stanę się bramą, będę potrzebowała kotwic. Dziewiętnastu kotwic, które będą mnie trzymać, żebym nie została wciągnięta całkowicie na drugą stronę.
Rozumiecie, co to oznacza? Marta nie zamierzała ich uratować. Chciała uczynić ich częścią siebie. Częścią żywej bramy między światami. Następne minuty były najdłuższymi w moim życiu, kontynuował Marek. Pamiętam, jak Ania zapytała przez łzy. A co z naszymi rodzicami? Co im powiedzą? Że utonęliśmy? Zginęliśmy? Marta milczała długo, zanim odpowiedziała. Powiedzą, że to był wypadek. Że tablica Ouija to niebezpieczna zabawka. Że nie powinno się bawić w rzeczy, których się nie rozumie. Piotr, który przyniósł tablicę, który rozpoczął cały ten koszmar, siedział skulony w kącie. Mamrotał coś, powtarzał, że nie wiedział, że to tylko miała być zabawa. Ale gdy podniósł głowę, Marek zobaczył w jego oczach coś więcej niż winę.
Zobaczył akceptację. Wszyscy zaczęli godzić się ze swoim losem, powiedział Marek i przełknął ślinę. Widziałem, jak kolejne osoby kiwały głowami. Chwilę przed siódmą Marta poprosiła wszystkich o ustawienie się w kolejny krąg. Dwadzieścia osób trzymających się za ręce, z tablicą Ouija w centrum. Marek obserwował to dalej przez okno, jak powoli. niechętnie, ale posłusznie wszyscy wykonują jej polecenia. I wtedy Marta znowu wszystkich zaskoczyła. Powiedziała, jest jeszcze jedna możliwość. Jeśli ktoś z zewnątrz, ktoś, kto nie jest częścią kręgu, zgodzi się być świadkiem i zgodzi się zapamiętać i opowiadać tę historię, dopóki będzie żył, wtedy może uda się ocalić przynajmniej część z nas.
I wtedy wszyscy spojrzeli przez okno, prosto na Marka. Mark przez długą chwilę patrzył w swoją filiżankę, jakby szukał w niej odpowiedzi na pytanie, którego nie zadałem. Gdy ponownie się odezwał, jego głos był inny, twardszy i bardziej zdecydowany. Siódma rano zaczął. Pierwsza poświata świtu nareszcie pojawiła się na wschodzie. I wtedy zrozumiałem, że Marta nie prosi. Ona mi mówi, co muszę zrobić, jeśli chce, żeby choć część z nich przeżyła. Bez wahania Marek wszedł przez rozbite okno do domu. W momencie, gdy przekroczył próg, poczuł to. Ciężar obecności bytów z drugiej strony. Nacisk na czaszkę, jakby jego mózg próbował przetworzyć rzeczywistość. Marta spojrzała na niego i skinała głową.
Nie z wdzięcznością czy ulgą. To było raczej uznanie dla kogoś, kto podjął właściwą decyzję. W ułamku sekundy zobaczyłem wszystko. Marek znów dotknął swojego czoła. Plan Marty, prawdziwą naturę bytów po drugiej stronie, cenę, którą wszyscy zapłacimy. Ale też zobaczyłem nadzieję. Maleńką, kruchą jak płomień świecy na fietrze. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Dziewięciu z nich może zachować wystarczająco dużo siebie, żeby kiedyś odnaleźć drogę powrotną do naszego świata. Marta wyjaśniła wszystkim, że wejdzie do zalewu, stanie się żywą bramą. Dziesięć kolejnych zostanie jej kotwicami. Nie dziewiętnastu, jak wcześniej mówiła. Dziesięciu wystarczy, bo Marek zgodził się być zewnętrznym punktem odniesienia. Wybór był okrutny.
Tomek, Ania, Piotr i siedmiu innych miało zostać. Reszta miała szansę. Ci, którzy zostali wybrani na kotwice, przyjęli to z godnością, która łamała serce. Wszyscy wyszli z domku w procesji. Marta na przedzie z tablicą Ouija, za nią dziesięcioro wybranych na kotwice, a potem reszta. Marek szedł na końcu, obserwując to wszystko. Gdy dotarliśmy na brzeg, była ósma. Marek sprawdził zegarek, jakby wciąż odmierzał ten czas. Słońce już prawie wzeszło. Niebo było jasne. To był moment między nocą a dniem, gdy świat jest najbardziej podatny na zmiany. Dziesięcioro wybranych ustawiło się w półkolu na brzegu, trzymając się za ręce. Pozostali stali za nimi. Niektórzy zaczęli znowu płakać. Marta obróciła się do nich twarzą, uniosła tablicę nad głowę i zaczęła mówić w dziwnym, starożytnym języku.
Woda wokół jej nóg zaczęła wirować, tworząc idealny krąg. Tablica witcha w jej rękach zaczęła świecić. A potem Marta zrobiła kolejny krok. W głąbi jeziora. I wtedy zobaczyłem ich wszystkich. Marek przełknął śliny. Tysiące postaci w wodzie, ale nie stali już w rzędach jak armia. Klęczeli. Wszyscy klęczeli, jakby witali swoją królową. Jakby Marta, wchodząc do jeziora, stawała się kimś więcej niż człowiekiem. Gdy woda sięgnęła jej pasa, dziewczyna zatrzymała się. Obróciła, spojrzała na pozostałych, w końcu na Marka. Uśmiechnęła się, jakby wiedziała coś, czego oni nie wiedzieli. Jej ostatnie słowa, zanim zanurzyła się, całkowicie brzmiały. Marek zawiesił głos. Pamiętajcie, każda brama działa w obie strony.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.
Ostatni, dziewiąty odcinek wakacyjnej serii opowiadań grozy przy ognisku. W każdą środę przez całe wakacje usłyszysz krótkie, autorskie historie.