Wakacyjne opowieści grozy #9 FINAŁ
Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.Ostatni, dziewiąty odcinek wakacyjnej serii opowiadań grozy przy ognisku. W każdą środę przez całe wakacje usłyszysz krótkie, autorskie historie.
Od tamtej nocy ośrodek stoi pusty. Oficjalnie zamknięty na czas remontu, który nigdy się nawet nie rozpoczął. Nieoficjalnie. No cóż, nieoficjalnie istnieją powody, dla których nikt nie chce kupić tej ziemi. Choć cena spadła do symbolicznej złotówki. Istnieją także powody, dla których ptaki omijają szerokim łukiem przestrzeń nad tym zbiornikiem. O całej tej sprawie usłyszałem od człowieka, który twierdził, że był świadkiem. Nie jako uczestnik kolonii, ale jako ratownik, 22-letni student AWF-u, dorabiający sobie w czasie wakacji. Nazywał się Marek Kowalczyk i gdy mi to opowiadał, jego ręce trzęsły się tak mocno, że rozlał kawę na blat stolika. Pamiętam, jak przepraszał.
Nerwowo wycierał plamę serwetką, jak jego oczy błądziły po pomieszczeniu, jakby szukał czegoś albo sprawdzał, czy coś go nie śledziło. Najbardziej szokujące jednak nastąpiło kilka dni po naszym spotkaniu, a dokładniej tydzień po nim Marek utonął w wannie w swoim mieszkaniu na trzecim piętrze w bloku, 30 kilometrów od najbliższego naturalnego zbiornika wodnego. Policja uznała to za nieszczęśliwy wypadek. Miał zasnąć w wodzie po pijaku. ale dowiedziałem się też o notatce, którą zostawił. Cztery słowa napisane drżącą ręką. Przyszła wreszcie po mnie. Zanim Marek zaczął swoją opowieść, zapytał mnie o coś dziwnego. Chciał wiedzieć, czy wierzę w istnienie rzeczy i zjawisk nieodwracalnych.
A najgorsze jest to, że wyglądają identycznie jak wszystkie inne. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, o czym mówi. Myślałem, że to jakaś filozoficzna metafora, sposób na poradzenie sobie z tym, co widział. Teraz, gdy znam całą historię, rozumiem, że próbował mi wyjaśnić naturę tego, z czym mieli do czynienia tamtej nocy. Bo tablica Ouija, którą Piotr przyniósł do domku numer 7, nie była narzędziem zabawy czy komunikacji. Ona była kluczem. Marek powiedział mi, że przez lata zastanawiał się, czy to był przypadek. To, że akurat ta grupa tej nocy i w tym miejscu zdecydowała się sięgnąć po tablicy Witcha. Czy też może było czymś, co musiało się wydarzyć. Być może to coś wiedziało, że są idealni.
Młodzi, silni, pełni energii życiowej, której to coś potrzebowało. — Opowiem ci wszystko — powiedział w końcu Marek, prostując się na krześle. — Ale musisz mi obiecać jedną rzecz. Nieważne, jak bardzo będziesz ciekawy, jak bardzo będziesz chciał sprawdzić, czy to prawda, nigdy, przenigdy nie pojedziesz nad Zalew Sokuł. Bo jeśli pojedziesz, staniesz na brzegu i spojrzysz w tę nieprzeniknioną czernię, możesz zobaczyć coś, co sprawi, że zrozumiesz, dlaczego niektórzy wolą skończyć ze sobą, niż doczekać momentu, gdy to coś przyjdzie. Zgodziłem się wtedy. To była tylko moja obietnica złożona przerażonemu człowiekowi w kawiarni. Teraz, gdy znam całą historię i wiem, co dokładnie wydarzyło się w domku numer siedem, obietnica to jest dla mnie nie do zniesienia.
Marek wytarł rozlaną kawę i przez moment zbierał myśli, jakby układał w głowie wydarzenia w odpowiedniej kolejności. Potem zaczął mówić od początku. Od tego, kim byli ci młodzi ludzie, zanim stali się częścią czegoś, czego nikt nie potrafił do końca zrozumieć. To był drugi turnus, lipiec 97. Zaczął, a jego głos stał się bardziej rzeczowy, jakby wracał do roli ratownika składającego raport. Dwadzieścioro siedemnastolatków, głównie z dwóch krakowskich liceów. Młoda elita, rozumiesz? Ci, którzy wygrywali olimpiady, mieli iść na medycynę, prawo czy politechnikę krakowską. Rodzice wysłali ich na zbiornik soku, bo ośrodek miał opinię ekskluzywnego. Mniejsze grupy, lepsze warunki, możliwość nauki języka angielskiego, cisza i spokój do nauki, nawet w czasie wakacji.
Marek wymieniał ich imiona, jakby odmawiał jakąś litanię. Każde wypowiedziane nazwisko było formą chyba przeprosin za to, że nie zdołał ich uratować. Marta Kowalska, przewodnicząca samorządu, laureatka olimpiady matematycznej. Chciała studiować psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Tomek Nowicki. Klasowy błazen, ale też geniusz informatyki. Pisał programy zanim to się stało modne. Ania Wiśniewska. Artystyczna dusza. malowała obrazy, które nauczyciele nazywali wyjątkowo dojszałymi. Był też Piotrek Zalewski, urodzony lider, piłkarz młodzieżowych drużyn piłkarskich, syn znanego dziennikarza. Wszyscy się znali, kontynuował Marek. Niektórzy już od podstawówki. To nie była przypadkowa grupa.
Młodzi przyjaciele, pierwszy skład tej dziwnej krakowskiej młodzieżowej elity, która miała zmieniać Polskę na lepsze. Śmiali się z tego, nazywali się klubem przyszłych prezesów. Żartowali, że za 20 lat będą rządzić krajem. Ośrodek Sosnowy Brzeg był ich miejscem od kilku lat. Znali każdą ścieżkę, tajemne miejsce czy też skróty przez las. Ratownicy i wychowawcy traktowali ich jak swoich. Pozwalali im na więcej. Ufali, że są odpowiedzialni. Dlatego nikt nie zareagował, gdy ostatniej nocy postanowili urządzić sobie prywatne pożegnanie w domku numer 7. Ten domek był położony najdalej. Marek wskazał na serwetkę, szkicując nieporadnie plan ośrodka. Stał na niewielkim zniesieniu z bezpośrednim widokiem na wodę.
To był jedyny domek, w którym okna sypialni wychodziły właśnie w tę stronę. Reszta była odwrócona w stronę lasu. Ale siódemka, siódemka była wyjątkowa. Ostatnia noc turnusu miała swoje tradycje. Oficjalne ognisko kończyło się o 22. Potem cisza nocna. Ale wszyscy wiedzieli, że nastolatkowie z Krakowa i tak nie pójdą spać. Będą szeptać, śmiać się, wspominać ostatnie dwa tygodnie wakacji. Marek jako ratownik miał tylko sprawdzać, czy nie piją alkoholu i czy nie wychodzą poza tereno środka. O dwudziestej trzeciej zrobiłem obchód, kontynuował mój rozmówca. Wszystko wyglądało normalnie. W większości domków wciąż paliły się światła, słychać było rozmowy, czasem wybuchy śmiechu.
W siódemce też. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że dobrze wyglądają. Opaleni, wypoczęci, szczęśliwi. Zajrzałem przez okno. Siedzieli w kręgu na podłodze. Gadali, jedli ostatnie zapasy słodyczy. Piotr gestykulował, opowiadając jakąś historię. Ania szkicowała coś w notesie. Tomek chyba próbował żonglować mandarynkami. A Marta patrzyła przez okno prosto na jezioro. Marek robił kolejne obchody co godzinę. Od dwudziestej trzeciej aż do drugiej. Za każdym razem wszystko wydawało się w początku. Światła w innych domkach gasły stopniowo, ale w siódemce wciąż paliły się świece, bo o północy wyłączono prąd w całym ośrodku. Normalnie Marek kazałby im je zgasić, ale to była ostatnia noc. Co mogło się złego stać?
O drugiej trzydzieści sprawdziłem ich po raz ostatni przed tym jak... Marek urwał. Jego dłonie znów zaczęły drżeć. Widziałem przez okno, że wciąż siedzą w kręgu, ale teraz między nimi było coś jeszcze. Przedmiot, którego wcześniej tam nie było. Z literami i cyframi. I szklanym kółkiem po środku. Marek nie wiedział wtedy, co to jest. Nigdy wcześniej nie widział tablicy Witcha. Myślał, że to jakaś gra planszowa, może jakaś wersja eurobiznesu. Na pewno coś niewinnego. Piotr trzymał pudełko. Stare, zniszczone z odchodzącym lakierem. Wyglądało, jakby miało więcej lat niż cały ośrodek. Gdybym wtedy wkroczył, zabrał im to, wyrzucił dowody. Ale skąd mogłem wiedzieć? Skąd miałem wiedzieć, że Piotr nie przywiózł tej tablicy z Krakowa?
że znalazł ją tego popołudnia w starej szopie za kuchnią, w skrzyni ze starymi rzeczami. Skąd mogłem wiedzieć, że ta konkretna tablica była już używana? Że została tutaj zostawiona celowo? O 3.47 Marek zapamiętał dokładnie godzinę. Bo spojrzał na zegarek, gdy poczuł ten dziwny dreszcz. Temperatura spadła gwałtownie. W środku lata, w ciepłą, duszną noc nagle zrobiło się tak zimno, że widział swój własny oddech. I wtedy zobaczył, jak w domku numer siedem gasną wszystkie świece jednocześnie. A potem, w absolutnej ciszy, usłyszał pierwszy krzyk. Marek zaczął tam biec, ale zatrzymał się w półkroku. Krzyk ucichł tak nagle, jak się pojawił, zastąpiony przez ciszę tak głęboką, że słyszał bicie własnego serca.
Stanął przed oknem, próbując zajrzeć do środka. W ciemności widział tylko niewyraźne sylwetki, nieruchome jak posągi. Przez sekundę myślałem, że to żart. Kontynuował Marek, a jego głos stał się bardziej napięty. Znasz to uczucie, gdy mózg próbuje racjonalizować coś, co nie pasuje do rzeczywistości? Pomyślałem po prostu, że się za mnie nabijają, że zobaczyli mnie przez okno i postanowili zrobić sobie jaja z ratownika. Ale wtedy zobaczyłem też szron na szybie. Szron w lipcu pokrywał szyby od wewnątrz, tworząc fantazyjne wzory, które wyglądały prawie jak litery. Marek przyłożył twarz do zimnego szkła i wtedy to zobaczył. Wskazówkę tablicy Ouija, małe szklane kółko z dziurką po środku, poruszające się po desce z prędkością, której ludzkie ręce nie byłyby w stanie utrzymać.
Zataczała kręgi, przeskakiwała między literami, zatrzymywała się na ułamki sekund, aby ruszyć dalej. Widziałem ich twarze w poświecie księżyca. Marek przełknął ślinę. Dwadzieścioro twarzy oświetlonych tylko przez blaskę zza okna. Wszyscy mieli oczy szeroko otwarte, ale nie mrugali ani razu. Patrzyli na tablicę z taką intensywnością, jakby ich życie od tego zależało. A może już wtedy zależało? Piotr siedział naprzeciwko Marty. Ich palce ledwo dotykały wskazówki, która poruszała się między nimi jak żywa istota. Tomek, zazwyczaj niemogący usiedzieć w miejscu dłużej niż minutę, był sztywny jak deska. Ania miała łzy spływające po policzkach, ale się nie poruszała, nie ocierała ich. Jakby była w jakimś transie.
I wtedy usłyszałem głos. Marek zawahał się, jakby następne słowa miały moc przywołania czegoś, czego nie chciał przywoływać. Ale to nie był głos żadnego z nich. Jakby ktoś mówił wszystkimi ich ustami jednocześnie. Ale każde wypowiadało inne słowo, a razem tworzyły zdanie. Rozumiesz? Dwadzieścia głosów, jedna wiadomość. Pierwsze zdanie, jakie usłyszał, brzmiało, jesteśmy przyjacielem. Nie jestem, ale jesteśmy. Marek próbował otworzyć drzwi, ale klamka się zacięła. Okna też nie dały się otworzyć. Zaczął walić w szybę, krzyczeć, próbować zwrócić na siebie uwagę, ale oni go nie słyszeli. Albo słyszeli, ale nie mogli zareagować. Pobiegłem po łą do szopy, kontynuował Marek.
Zajęło mi to może ze dwie, trzy minuty. Trzy minuty, podczas których oni zadali pytanie, które zmieniło wszystko. Gdy wróciłem, usłyszałem je wyraźnie. Piotr spytał, czy jesteśmy sami? Wskazówka zatrzymała się. Po raz pierwszy, od kiedy Marek zaczął to obserwować. Przestała się poruszać. Zawisła w martwym punkcie pośrodku tablicy. Jakby cokolwiek nią kierowało, zastanawiało się chwilę nad odpowiedzią. Albo cieszyło się, że w końcu ktoś zadał to pytanie. Po chwili ruszyła, powoli, celowo, literka po literce. Teraz nie. W momencie, gdy wskaźnik dotykał ostatniej litery, wszystkie świece w domu zapaliły się jednocześnie. Nie zostały zapalone, zapaliły się same, wysokim, niebieskim płomieniem, który nie dawał ciepła, tylko więcej tego lodowatego światła.
I w tym świetle Marek zobaczył coś, co sprawiło, że upuścił łom z dłoni. W lustrze wiszącym na ścianie odbijało się wnętrze domku, ale w odbiciu byli nie tylko nastolatkowie. Były też inne sylwetki. Dziesiątki sylwetek. Może setki stłoczone w przestrzeni, która w rzeczywistości mogła pomieścić maksymalnie trzydzieści osób. Wszystkie patrzyły w stronę lustra. W moją stronę, jakby wiedziały, że na nie patrzę. Marek cofnął się o krok i potknął. Spojrzał w dół. Na ziemi, w idealnym kręgu wokół domu numer siedem, leżały martwe ptaki. Dziesiątki martwych ptaków, które jeszcze pół godziny temu spały spokojnie na drzewach. A z wnętrza domku dobiegł kolejny głos. Tym razem pojedynczy. Dziewczęcy, należące do Marty.
Przepraszamy, że otwarliśmy portal, ale jest za późno, żeby go zamknąć. Marek stał sparaliżowany strachem, patrząc na krąg martwych ptaków wokół domku. W środku grupa nastolatków wciąż siedziała w kręgu, a wskazówka tablicy Ouija poruszała się metodycznie, literując kolejne wiadomości. Przez szybę Marek widział, jak niektórzy próbują zebrać ręce z planszy, ale ich palce przyległy do niej, jakby były przyklejone. To, co wydarzyło się przez następną godzinę, było walką. To była walka o zachowanie zdrowego rozsądku, znalezienie racjonalnego wyjaśnienia i przekonanie samego siebie, że to, co się dzieje, nie dzieje się naprawdę. Przez ledwo uchylone okno, jedyne, którego nie pokrywał szron, Mark słyszał ich rozmowę.
Tomek, zwykle sceptyczny, upierał się, że to psychoza zbiorowa, że ktoś, być może Piotrek, podłożył im coś do picia, jakieś narkotyki i teraz mają wspólny trip. Jego głos był wysoki, prawie historyczny, gdy tłumaczył, że temperatura nie mogła spaść, że to tylko sugestia, że wszystko da się wyjaśnić naukowo. Ale Ania mówiła o rzeczach, których nie mogła wiedzieć. Wymieniała imiona ludzi, którzy utonęli w zbiorniku przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Daty, okoliczności, ostatnie słowa. Mówiła o jakimś chłopcu, który w siedemdziesiątym trzecim roku krzyczał o północy, że widzi swoją matkę idącą po wodzie. O dziewczynie, która twierdziła, że zbiornik soku ją woła. Wtedy Marta przerwała jej w półsłowa. Marek zacisnął pięści.
Jedna z niewielu osób, która zachowywała względną kontrolę. Krzyknęła, że muszą to przerwać, muszą przestać zadawać takie pytania. Próbowała fizycznie oderwać ręce od wskazówki. Ta zaczęła się poruszać z taką siłą, że ciągnęła ich ręce za sobą. Jakby nie oni nią kierowali, ale ona nimi. Piotr, który przyniósł tablicę, był w najgorszym stanie. Jego oczy wywróciły się do góry, pokazując tylko białka, a z ust zaczęła wypływać ślina. Mówił głosem, który zdecydowanie nie należał do niego. Niskim, chrapliwym, jakby jego gardło było uszkodzone albo martwe od bardzo dawna. Piotr, a raczej to, co przez niego mówiło, wypowiedziało coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Marek wziął głęboki oddech. Powiedział.
Szukaliśmy was tak długo, młodych, silnych, pełnych życia. Takich, którzy wytrzymają przejście. Którzy nie zwariują od razu, gdy zrozumieją, czym się stają. Wtedy cała grupa naprawdę zaczęła panikować. Niektórzy płakali, inni krzyczeli, jeszcze inni. Modlili się. Próbowali wszystkiego. Marek pokręcił głową. Odmawiali modlitwy. Rzucali solą. Nie wiązł, skąd ją wzięli. Próbowali zniszczyć tablicę, ale gdy Tomek uniósł krzesło, żeby rozbić nim drewnianą deskę, jego ręce zamarły w powietrzu. Dosłownie zamarły. Pokryły się lodem, a on krzyczał, że pali go żywym ogniem. Marta się opierała zbiorowemu szaleństwu. Być może dlatego, że chciała studiować psychologię, a może dlatego, że była po prostu silniejsza od innych.
zaczęła zadawać metodyczne pytania bytowi, który się z nimi komunikował. Kim jesteś? Czego chcesz? Jak możemy to zakończyć? Odpowiedzi były coraz bardziej niepokojące. To nie był jeden byt. Było ich całe mnóstwo. Uwięzionych w przestrzeni między światami. Miejscu, które istniało i jednocześnie go nie było. Te byty potrzebowały zakotwiczenia w naszej rzeczywistości. Potrzebowali przewodników. Wtedy Marta zadała pytanie, które wszystko zmieniło. Marek spojrzał mi prosto w oczy, a w jego wzroku zobaczyłem coś, czego nigdy nie zapomnę. Absolutne przerażenie pomieszane z podziwem. Zapytała, a jeśli jeden z nas zostanie, czy wypuścicie resztę? Wskazówka zatrzymała się.
Niektórzy uwierzyli, że cokolwiek ich więziło, nagle odeszło. Że są wreszcie wolni. Tomek nawet zaśmiał się nerwowo i powiedział coś o tym, że to był najbardziej pojebany żart, jaki kiedykolwiek wymyślił Piotr. Ale potem wskazówka znów ruszyła. Powoli, celowo, z namysłem. Literowała odpowiedź, która sprawiła, że nawet Marta pobladła jak ściana. Nie jeden, wszyscy, albo wystarczająco wielu, aby otworzyć piekielne wrota na oścież. Marek wciąż próbował wyważyć drzwi łomem, gdy usłyszał jak Piotr, który przed chwilą mówił cudzym głosem. Nagle odzyskał kontrolę nad sobą. Jego krzyk był pełen paniki, ale to był jego własny głos. Zrozumiał, do czego doprowadził swoją głupią zabawą.
Piotr krzyczał, że muszą zadać właściwe pytanie. Marek mówił teraz szybko, jakby sam był w panice. Że czytał o tym, iż podczas każdej sesji z tablicą Ouija ten moment jest krytyczny. Pytanie, które albo kończy kontakt, albo otwiera coś, czego nie da się zamknąć. Nastolatkowie zaczęli się kłócić. Tomek chciał zapytać, jak się uwolnić. Ania błagała, żeby zapytać, czy mogą odejść. Ktoś inny proponował, żeby spróbować pożegnać się z duchem. Klasyczne żegnaj miało zakończyć sesję. Musimy wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Tak brzmiały słowa Marty według Marka. Nie możemy walczyć z czymś, czego nie rozumiemy i nie znamy. Musimy zadać podstawowe pytanie. I wtedy Piotr, może przez głupotę albo rozpacz, zadał to pytanie.
Jedno, fatalne, które Marek słyszał wyraźnie przez uchylone okno. Czy wszyscy przeżyjemy? Wskazówka znów zamarła w miejscu. Absolutnie znieruchomiała, jakby cały wszechświat wstrzymało oddech. Marek poczuł, jak włosy stają mu dęba na karku. jak każda komórka ciała krzyczy, żeby uciekał, ale jego nogi były jak z ołowiu. W domku grupa nastolatków siedziała równie nieruchomo, a ich oczy były utkwione w tablicy. A potem wskazówka ruszyła. Szybko, gwałtownie, jakby cokolwiek nią kierowało, nie mogło się doczekać, żeby odpowiedzieć. Kiedy Marek w końcu zdołał rozbić szybę łomem, zobaczył ich. Wciąż siedzieli w kręgu, ale teraz nie byli sami. W pokoju było coś jeszcze.
Nie widział tego dokładnie. To było bardziej wrażenie ruchu kątem oka. Marek dotknął swojego czoła, jakby wciąż czuł ból głowy po tamtej nocy. Powiedziała spokojnym, rzeczowym tonem, jakby stwierdzała oczywisty fakt. Oni już tu są. Przeszli przez bramę, którą otworzyliśmy. Przestraszony Tomek zapytał. Ilu was przeszło? Ilu czekało po drugiej stronie? A wskazówka zaczęła literować odpowiedź. Tylko, że tym razem nie używała słów. Wymieniała liczby. Długie ciągi liczb, które nie miały końca. Setki. Tysiące. Zdecydowanie więcej. Wskazówka poruszała się tak szybko, że stała się niemal niewidoczna, a oni wszyscy patrzyli na nią jak zahipnotyzowani. I wtedy zobaczyłem Anię. Marek zamknął oczy.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.
Ostatni, dziewiąty odcinek wakacyjnej serii opowiadań grozy przy ognisku. W każdą środę przez całe wakacje usłyszysz krótkie, autorskie historie.