Mentionsy Mentionsy
Krzyk Horror Podcast
Krzyk Horror Podcast

Wakacyjne opowieści grozy #9 FINAŁ

27.08.2025 ·48 min 54 s

Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.Ostatni, dziewiąty odcinek wakacyjnej serii opowiadań grozy przy ognisku. W każdą środę przez całe wakacje usłyszysz krótkie, autorskie historie.

Marek wymieniał ich imiona, jakby odmawiał jakąś litanię. Każde wypowiedziane nazwisko było formą chyba przeprosin za to, że nie zdołał ich uratować. Marta Kowalska, przewodnicząca samorządu, laureatka olimpiady matematycznej. Chciała studiować psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Tomek Nowicki. Klasowy błazen, ale też geniusz informatyki. Pisał programy zanim to się stało modne. Ania Wiśniewska. Artystyczna dusza. malowała obrazy, które nauczyciele nazywali wyjątkowo dojszałymi. Był też Piotrek Zalewski, urodzony lider, piłkarz młodzieżowych drużyn piłkarskich, syn znanego dziennikarza. Wszyscy się znali, kontynuował Marek. Niektórzy już od podstawówki. To nie była przypadkowa grupa.

W siódemce też. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że dobrze wyglądają. Opaleni, wypoczęci, szczęśliwi. Zajrzałem przez okno. Siedzieli w kręgu na podłodze. Gadali, jedli ostatnie zapasy słodyczy. Piotr gestykulował, opowiadając jakąś historię. Ania szkicowała coś w notesie. Tomek chyba próbował żonglować mandarynkami. A Marta patrzyła przez okno prosto na jezioro. Marek robił kolejne obchody co godzinę. Od dwudziestej trzeciej aż do drugiej. Za każdym razem wszystko wydawało się w początku. Światła w innych domkach gasły stopniowo, ale w siódemce wciąż paliły się świece, bo o północy wyłączono prąd w całym ośrodku. Normalnie Marek kazałby im je zgasić, ale to była ostatnia noc. Co mogło się złego stać?

Zataczała kręgi, przeskakiwała między literami, zatrzymywała się na ułamki sekund, aby ruszyć dalej. Widziałem ich twarze w poświecie księżyca. Marek przełknął ślinę. Dwadzieścioro twarzy oświetlonych tylko przez blaskę zza okna. Wszyscy mieli oczy szeroko otwarte, ale nie mrugali ani razu. Patrzyli na tablicę z taką intensywnością, jakby ich życie od tego zależało. A może już wtedy zależało? Piotr siedział naprzeciwko Marty. Ich palce ledwo dotykały wskazówki, która poruszała się między nimi jak żywa istota. Tomek, zazwyczaj niemogący usiedzieć w miejscu dłużej niż minutę, był sztywny jak deska. Ania miała łzy spływające po policzkach, ale się nie poruszała, nie ocierała ich. Jakby była w jakimś transie.

Tomek, zwykle sceptyczny, upierał się, że to psychoza zbiorowa, że ktoś, być może Piotrek, podłożył im coś do picia, jakieś narkotyki i teraz mają wspólny trip. Jego głos był wysoki, prawie historyczny, gdy tłumaczył, że temperatura nie mogła spaść, że to tylko sugestia, że wszystko da się wyjaśnić naukowo. Ale Ania mówiła o rzeczach, których nie mogła wiedzieć. Wymieniała imiona ludzi, którzy utonęli w zbiorniku przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Daty, okoliczności, ostatnie słowa. Mówiła o jakimś chłopcu, który w siedemdziesiątym trzecim roku krzyczał o północy, że widzi swoją matkę idącą po wodzie. O dziewczynie, która twierdziła, że zbiornik soku ją woła. Wtedy Marta przerwała jej w półsłowa. Marek zacisnął pięści.

Piotr krzyczał, że muszą zadać właściwe pytanie. Marek mówił teraz szybko, jakby sam był w panice. Że czytał o tym, iż podczas każdej sesji z tablicą Ouija ten moment jest krytyczny. Pytanie, które albo kończy kontakt, albo otwiera coś, czego nie da się zamknąć. Nastolatkowie zaczęli się kłócić. Tomek chciał zapytać, jak się uwolnić. Ania błagała, żeby zapytać, czy mogą odejść. Ktoś inny proponował, żeby spróbować pożegnać się z duchem. Klasyczne żegnaj miało zakończyć sesję. Musimy wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Tak brzmiały słowa Marty według Marka. Nie możemy walczyć z czymś, czego nie rozumiemy i nie znamy. Musimy zadać podstawowe pytanie. I wtedy Piotr, może przez głupotę albo rozpacz, zadał to pytanie.

Wybierzcie strażnika, albo wszyscy nim zostaniecie. Marek przerwał swoją opowieść i sięgnął po telefon. Przez moment przewieł zdjęcia, aż znalazł to, czego szukał. Stare, czarno-białe fotografie zeskanowane z jakiegoś archiwum. Pokazał mi pierwszą. Grupa wysoko postawionych hitlerowców pod tym samym domkiem numer 7. Uśmiechnięci, dumni w swoich mundurach. Rok 1940. Widniał na białym marginesie zdjęcia. Po tym, co Ania powiedziała o satanistach, wiedziałem, że muszę dowiedzieć się więcej. Marek mówił cicho, jakby bał się, że ktoś ich podsłuchuje. Następnego dnia, gdy już część z nich ewakuowano do szpitala, pojechałem do archiwum w miejscowej bibliotece.

Zrozumiałem wtedy, co Ania miała na myśli. Marek patrzył mi teraz prosto w oczy. Sataniści z Niemiec otworzyli bramę, ale nie przeszli przez nią. Zostali martwymi strasznikami. Nie mogli kontrolować tego, co przechodziło. mogli tylko istnieć tam, jako kotwice, punkt odniesienia dla czegoś, co czekało po drugiej stronie. Marek wyjaśnił im wtedy swoją teorię. Cokolwiek było po drugiej stronie, duchy czy demony, to coś potrzebowało żywych strażników. I wtedy po latach przyszła grupa Marty i Piotra. Marek zacisnął dłonie w pięści. Młodzi, inteligentni, silni psychicznie, idealni kandydaci. Marek nalał sobie wodę z drżącą ręką. Po długiej chwili kontynuował, a jego głos stał się bardziej napięty.

Po prostu pojawiały się. Jakby zawsze tam były, tylko teraz stawały się widoczne. Były to różne słowa w różnych językach. Rozpoznałem jedno. Zostańcie. A wtedy Ania zaczęła mówić nie swoim głosem. Marek aż zadrżał. Jej twarz wyrażała absolutne przerażenie, jakby ktoś inny używał jej jak telefonu. A kiedy skończyła, upadła i zaczęła wymiotować wodą. To była woda z jeziora, choć nie wychodziła z domku od kilku godzin. Lustro w łazience pękło samo, ale nie rozbiło się. Pęknięcia utworzyły mapę, dokładną mapę zalewu z zaznaczonym miejscem, którego nie powinno tam być. Jakby pod wodą było coś wielkiego. Temperatura w domku spadała i rosła chaotycznie.

Przestał mrugać. Zupełnie. Stał przy oknie, patrząc na jezioro. Potem zaczął chodzić po pokoju, rysując palcem niewidzialne znaki w powietrzu. Gdy ktoś próbował go zatrzymać, odpychał tę osobę z ogromną siłą. Ania zaczęła płakać krwią. Marek dotknął swego policzka, jakby sprawdzał, czy sam nie płacze. Nie zdawała sobie z tego sprawy. Gdy ktoś jej o tym powiedział, tylko wzruszyła ramionami i powiedziała. To nie moja krew. Rzeczy, które wcześniej lewitowały, zaczęły się zmieniać. Kubek z herbatą zamienił się w kubek pełnej czarnej, gęstej substancji, która pachniała jak woda z sokoła. Jedna z książek otworzyła się sama, a jej strony zaczęły się przepisywać na oczach wszystkich. To były opisy śmierci każdego z obecnych nastolatków, napisane w czasie przeszłym.

Rozumiecie, co to oznacza? Marta nie zamierzała ich uratować. Chciała uczynić ich częścią siebie. Częścią żywej bramy między światami. Następne minuty były najdłuższymi w moim życiu, kontynuował Marek. Pamiętam, jak Ania zapytała przez łzy. A co z naszymi rodzicami? Co im powiedzą? Że utonęliśmy? Zginęliśmy? Marta milczała długo, zanim odpowiedziała. Powiedzą, że to był wypadek. Że tablica Ouija to niebezpieczna zabawka. Że nie powinno się bawić w rzeczy, których się nie rozumie. Piotr, który przyniósł tablicę, który rozpoczął cały ten koszmar, siedział skulony w kącie. Mamrotał coś, powtarzał, że nie wiedział, że to tylko miała być zabawa. Ale gdy podniósł głowę, Marek zobaczył w jego oczach coś więcej niż winę.

Tomek, Ania, Piotr i siedmiu innych miało zostać. Reszta miała szansę. Ci, którzy zostali wybrani na kotwice, przyjęli to z godnością, która łamała serce. Wszyscy wyszli z domku w procesji. Marta na przedzie z tablicą Ouija, za nią dziesięcioro wybranych na kotwice, a potem reszta. Marek szedł na końcu, obserwując to wszystko. Gdy dotarliśmy na brzeg, była ósma. Marek sprawdził zegarek, jakby wciąż odmierzał ten czas. Słońce już prawie wzeszło. Niebo było jasne. To był moment między nocą a dniem, gdy świat jest najbardziej podatny na zmiany. Dziesięcioro wybranych ustawiło się w półkolu na brzegu, trzymając się za ręce. Pozostali stali za nimi. Niektórzy zaczęli znowu płakać. Marta obróciła się do nich twarzą, uniosła tablicę nad głowę i zaczęła mówić w dziwnym, starożytnym języku.

Marek przerwał i napił się wody. Tablica Ouija, która wciąż unosiła się na wodzie, nagle zapłonęła. Nie normalnym ogniem, ale płomieniem, który był jednocześnie gorący i zimny, a także ciemny. Palił się, ale nie pochłaniał drewna. W płomieniach pojawiły się obrazy. Marek widział przyszłość. Dziewięcioro wracających do domu, próbujących żyć normalnie. Widział, jak jeden po drugim w ciągu roku znajdują swoją drogę do wody. Tomek w górskim potoku, Ania w wannie, kolejni w basenach, rzekach, nad morzem. Ale potem zobaczyłem coś jeszcze. Marek zbladł na to wspomnienie. Zobaczyłem siebie, nieznajomego, siedzącego w cieniu przy ognisku, opowiadającego tę historię. Widziałem też siebie, jak chwilę przed tym rozmawiałem z tą osobą, która miała tablisy Ouija w plecaku.

Osobę, która planowała pojechać nad zalew Sokół. Płomienie nagle zgasły, a tablica rozpadła się na kawałki, które zatonęły w przezroczystej wodzie. Chotwice puściły swoje ręce. Usiedli na brzegu. Wyczerpani. Marek! Tomek zwrócił się do niego bezpośrednio. Musisz opowiedzieć tę historię, ale musisz być ostrożny, bo każdy, kto ją usłyszy i uwierzy, staje się potencjalnym kandydatem, a Marta wciąż potrzebuje więcej kotwic. I wtedy Marek zrozumiał najgorszy aspekt swojej roli świadka. Nie tylko opowiadał tę historię, był również rekruterem. Zanim odeszliśmy od jeziora, Marek spojrzał mi prosto w oczy. Ania powiedziała mi coś, co sprawia do dziś, że nie mogę spać. Powiedziała... Marta nie poświęciła się dla nas.

Pokazano wszystkie 13 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.