Hrabia Monte Christo. 112. Przeszłość
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
112. Przeszłość. Hrabia opuścił dom z ciężkim sercem. Widział Mercedes być może już po raz ostatni. Od śmierci Edwardka Monte Christo ogromnie się zmienił. Ku zemście prowadziła go długa i kręta ścieżka. Gdy dotarł do szczytu, ujrzał po drugiej stronie przepaść wątpliwości. Nie koniec na tym. Rozmowa z Mercedeso budziła w jego sercu wspomnienia, z którymi musiał teraz walczyć. Ale człowiek pokroju hrabiego nie mógł długo poddawać się melancholii. Duszą pospolitym nadaje ona pozór oryginalności, lecz dusze wyjątkowe zabija. Ją więc sobie powtarzać, że skoro sam siebie zaczyna już potępiać, widocznie jakiś błąd musiał wkraść się w jego rozumowanie.
Dalej więc, człowieku odrodzony, bogaty oryginale, czujny marzycielu, śmiało niepokonany milionerze, spojrzyj jeszcze raz z perspektywy na tę nędzną, posępną przeszłość. Przemierz raz jeszcze tę drogę, na którą pchnął cię przeklęty los i gdzie czekała na ciebie jedynie rozpacz. W lustrze, w którym Monte Christo ogląda Dantesa, leśni dziś za dużo diamentów, złota i szczęścia. Schowaj diamenty, zbrukaj złoto, zetrzyj blask. Jesteś bogaty, odnajdź biedaka z przeszłości. Jesteś wolny, odszukaj w sobie więźnia. Jesteś wskrzeszony, odgrzeb trupa. Dumając tak, Monte Christo szedł ulicą de la Cassière, tą samą, którą przed dwudziestu czterema laty wiodła go milcząca straż.
Mijał domy, dziś ożywione i wesołe, owej nocy tak ponure, milczące i głuche. — A przecież to te same domy! — szepnął do siebie Monte Christo. — Tyle że wówczas była noc, a dziś środek dnia. To tylko słońce rozjaśnia wszystko i nadaje temu pogodny wyraz. Ulicą Saint-Laurent zszedł na wybrzeże i skierował się ku komorze celnej. To tutaj wsadzono go niegdyś do łodzi. Teraz przepływał tędy jakiś stateczek spacerowy z płóciennym baldachimem. Monte Christo zawołał do właściciela, a ów natychmiast podpłynął ku niemu, wyczuwając nadarzającą się okazję. Pogoda była prześliczna, wprost wymarzona do przejażdżki. Czerwone, płomienne słońce schodziło coraz niżej ku falom, żarzącym się w blasku jego promieni.
— Przybijamy do brzegu, proszę pana. Monte Christo przypomniał sobie, że w tym miejscu i na tej samej skale strażnicy wywlekli go brutalnie z łodzi i zmusili go, by szedł w drogę, dźgając go w krzyż bagnetem. Droga, niegdyś tak długa dla Dantesa, Monte Christowi wydała się dziś krótka. Wiosła rozpryskiwały fale, unosząc w powietrze wodny pył i rozniecając w nim jakby tysiące myśli i wspomnień. Od rewolucji lipcowej nie było już więzienia w Zamku Iw. Znajdował się tu jedynie posterunek straży celnej. Przy bramie dawnego więzienia na ciekawych czekał odźwierny, by pokazać im w środku ten przybytek grozy, który dziś był już tylko zwykłą osobliwością.
Choć tam otwór zamurowano, fragment muru, gdzie kiedyś się znajdował, wciąż się wyróżniał. Kamienie miały tu inny kolor. Pod hrabią ugięły się nogi. Przysiadł na zydlu. Krążą może jakieś opowieści o tym zamku? Poza tą o uwięzieniu Mirebo? – zapytał. Jakieś historie związane z tymi ponurymi miejscami? Aż trudno uwierzyć, że ludzie mogli kiedykolwiek zamykać tu bliźnich. – Tak, proszę pana – rzekł odzwierny. – I do zerca Antonio powiedział mi nawet jedną historię o tej właśnie celi. Monte Christo zadrżał. Antoni był jego dozorcą. Hrabia prawie zapomniał, jak wyglądał i jak się nazywał, ale samo brzmienie tego imienia wystarczyło, by ujrzał go jak żywego.
Twarz obrośnięta brodą, ciemna bluza, pęk kluczy. Niemal słyszał, jak brzęczą. Odwrócił się i wydało mu się, że widzi go w mroku zalegającym w korytarzu, spotęgowanym jeszcze przez światło pochodni, którą odźwierny trzymał w ręku. – Chce pan posłuchać tej historii? – zapytał odźwierny. – Tak, mówcie – rzekł Monte Christo. I przerażony, że ma usłyszeć o własnych dziejach, przyłożył rękę do piersi, by powstrzymać gwałtowne bicie serca. Bardzo dawno temu w celi tej osadzono pewnego bardzo niebezpiecznego więźnia. Tym niebezpieczniejszego, że, jak powiadają, człowiek ten był niezwykle przemyślny.
W tym samym czasie przybywał tu także drugi więzień. Ten to wcale nie był zły, po prostu biedny, obłąkany ksiądz. Obłąkany, powtórzył Monte Christo. A na czym to szaleństwo polegało? Ofiarował miliony, gdyby ktoś zechciał go stąd wypuścić. Monte Christo wzniósł oczy ku górze, ale nie dojrzał tam nieba, bo dzieliła go od niego kamienna zasłona sklepienia. Pomyślał, że równie nieprzenikniony kamień zasłaniał oczy tym, którym ksiądz Faria składał swoje propozycje. – Czy więźniowie mogli się widywać? – zapytał Monte Christo. – Ależ skąd? Było to surowo zabronione. Ale oni ominęlił w zakaz, drążąc w ścianie korytarz, który łączył obie cele. A który wpadł na pomysł, by wydrążyć ten korytarz?
Na pewno ten młody. Był przemyślny i silny, a biedny ksiądz stary i słaby. No i jeszcze zbyt nie domagał na umyśle, by mógł doprowadzić do końca jakikolwiek plan. — Ślepcy — szepnął do siebie Monte Christo. — W każdym razie — ciągnął odźwierny — młodszy wydrążył podkop. — Jak? Tego nie wiadomo. — Dość, że to zrobił, czego dowodem może być ślad, który ciągle jeszcze widać. O, tu, proszę spojrzeć. I zbliżył pochodnie do muru. — Rzeczywiście — rzekł hrabia głosem przytłumionym z wzruszenia. No i obaj więźniowie mogli się widywać. Jak długo to trwało, także nie wiadomo. Pewnego dnia staruszek zachorował i umarł.
Zgadnij pan, co zrobił młodszy. O, powiedzcie. Przeniósł trupa do własnej celi. Położył go w łóżku, twarzą do ściany. Sam zaś wrócił do pustej celi, zakrył dziurę i wsunął się do worka przeznaczonego dla zmarłego. No i co? Słyszał pan kiedyś o czymś podobnym? Monte Christo przymknął oczy i raz jeszcze poczuł wszystko to, czego doświadczył, gdy jego twarz zetknęła się z szorstkim płótnem przenikniętym zimnem trupa. Odźwierdy mówił dalej. No, a zamiar miał taki. Sądził, że w zamku Iw umarłych się grzebie w ziemi. Dobrze się domyślał, że nikt by się nie wykosztowywał na trumny i więźnia i liczył, że uda mi się własnymi rękoma odwalić ziemię.
— O, Prawdo! — szepnął hrabia. — Bóg cię stworzył, abyś ulatywała ponad fale i płomienie. Tak więc biedny marynarz żyje jeszcze w pamięciu kilku gawędziarzy. Powtarzają jego straszliwą historię wieczorem przy kominku i dreszcz przejmuje słuchaczy w chwili, gdy nieszczęsny spada w dół i zakrywają go fale. — A nie wiadomo, jak się nazywał? — zapytał głośno. – Ech, skąd byśmy to mieli wiedzieć? – odparł odźwierny. – Znaliśmy go tylko jako numer trzydzieści cztery. – Vilfor, Vilfor – wyszeptał Monte Christo. – Musiałeś to sobie nieraz powtarzać, gdy moje widmo niepokoiło cię w bezsenne noce. – Właśnie pan nie chciałby jeszcze odwiedzić innych lochów?
– zapytał odźwierny. – O tak, zwłaszcza jeżeli pokażecie mi cele tego biednego księdza. — A, numer dwadzieścia siedem. — Tak, dwadzieścia siedem — powtórzył Monte Christo. I wydało mu się znowu, że słyszy głos księdza Farii, gdy pytał o jego nazwisko, a ten odkrzyknął mu zza ściany swój numer. — No to w drogę! — A poczekajcie — rzekł Monte Christo. — Chciałbym jeszcze się tu porozglądać. — O, dobrze się składa. Zapomniałem klucza od tamtej celi. — A to idźcie po klucz. Zostawię panu pochodnię. Nie, weźcie ją. Ale zostaniesz pan bez światła. Widzę w ciemności. No patrzcie, to tak jak on. Jaki znowu on? Numer trzydzieści cztery.
I wiek Mercedes, aby się przekonać, czy zastanę ją może jeszcze wolną. I gdy skończyłem te rachunki, błysnął mi nawet promyk nadziei, bo nie liczyłem się za śmiercią głodową i niewiernością. I zaśmiał się gorzko. Ujrzał niczym we śnie trumnę Ojca niesioną do grobu i Mercedes, jak idzie do ołtarza. Na innej ścianie rzucił mu się w oczy jakiś napis. Litery, wciąż jeszcze białe, kontrastowały z zielonkawym murem. Mój Boże, przeczytał Monte Christo. Zachowaj mnie od niepamięci. O, tak! – zawołał. To jedyna modlitwa, jaką odmawiałem pod koniec. Już nie błagałem o wolność, błagałem o pamięć.
Błagałem, bałem się, żeby nie oszaleć i nie zapomnieć. Boże, zachowałeś mi pamięć. I zapamiętałem. Dzięki Ci! Dzięki Ci, Boże! W tejże chwili na murach zamigotało światło pochodni. To powracał Odźwierny. Monte Christo wyszedł mu naprzeciw. – Proszę za mną – rzekł Odźwierny. Nie musieli wychodzić na zewnątrz. Podziemny korytarz prowadził prosto do drugiej celi. Tu znowu hrabiego opadły myśli. Pierwszym, co spostrzegł, był zegar słoneczny na ścianie, za pomocą którego ksiądz Faria obliczał czas. Zaraz potem jego wzrok padł na szczątki łóżka. Na ten widok ustąpił dręczący ból.
— O wielmożny panie, pomylił się pan. — Jak to? — Dał mi pan złoto. — Wiem. — I tyle mi pan chciał dać? — Tak. I mogę je zatrzymać? Z czystym sumieniem? Tak. Odźwierny spojrzał ze zdumieniem na Monte Christa. Możecie je uczciwie zatrzymać, zapewnił hrabia. O wielmożne panie, powiedział odźwierny, nie dowierzając jeszcze własnemu szczęściu. Nie pojmuję hojności pana. A jednak, przyjacielu, łatwo można ją pojąć, odrzekł hrabia. Byłem marynarzem. Twoja opowieść wzruszyła mnie bardziej niż kogokolwiek innego. Skoro jest pan taki hojny, to dostanie pan coś za to ode mnie.
A cóż ty mi możesz, przyjacielu, ofiarować? Muszle, wyroby ze słomy? Dziękuję ci. Nie, wcale nie. To coś, co ma związek z historią, którą opowiedziałem. Naprawdę? – wykrzyknął hrabia. – Cóż to takiego? Proszę posłuchać, bo było tak. Powiedziałem sobie, zawsze można coś znaleźć w celi więźnia, który tu był 15 lat. I zacząłem ostukiwać mury. Ach, zawołał hrabia przypominając sobie o skrytce księdza. Długo to trwało, aż odkryłem, że dudni coś przy wezgłowiu łóżka i w palenisku. Tak, rzekł Monte Christo, tak. Odwaliłem kamienie i znalazłem...
– Sznurową drabinkę i narzędzia – wykrzyknął Hrabia. – Ale skąd pan wie? – zdumiał się Odźwierny. – No, tylko się domyślam. Przecież właśnie takie rzeczy znajduje się zazwyczaj w skrytkach więźniów. – Tak, wielmożny panie. To była sznurowa drabinka i narzędzia. – I macie to jeszcze? – zawołał Monte Christo. — Nie, już nie. Sprzedałem to wszystko zwiedzającym, bo rzeczywiście to były ciekawe rzeczy, ale zostało mi coś innego. — Cóż takiego? — spytał Hrabia, drżąc z niepewności. — Ta niby książka, pisana na kawałkach płótna. — O! Została ci ta książka? — Nie wiem, czy to książka, ale w każdym razie to mam.
Zabierz ode mnie resztkę wątpliwości, bo jeśli nie, staną mi się wyrzutem. Hrabia pochylił głowę i złożył ręce. – Mam, wielmożny panie! – odezwał się ktoś. Monte Christo zadrżał i odwrócił się. Odwierny podawał mu pasma płótna, na których ksiądz spisał skarby swojej wiedzy. Był to rękopis dzieła o zjednoczeniu Włoch pod jednym berłem. Hrabia porwał je chciwie, jego wzrok padł od razu na epigraf. Powiedział pan, wyrwiesz zęby smokowi i zdepczesz lwa. Ach! To odpowiedź. Dzięki ci, ojcze. Dzięki. I wyjąwszy z pugilaresu dziesięć banknotów, po tysiąc franków każdy rzekł.
Imię, które wymówił z taką czułością, że pobrzmiewała w niej niemal miłość, było imieniem Heidi. Domiwszy do brzegu, Monte Christo poszedł na cmentarz, gdzie spodziewał się zastać Morella. I on dziesięć lat temu szukał tu nabożnie pewnego grobu, ale szukał na próżno. On, co wracał z Francji z milionami, nie mógł odnaleźć grobu ojca zmarłego z głodu. Morel postawił na nim wprawdzie krzyż, ale krzyż przewrócił się i grabarz zabrał go na podpałkę, jak to mają w zwyczaju robić wszyscy grabarze z drewnem walającym się na cmentarzu. Czcigodny kupiec miał więcej szczęścia. Umarł wśród swoich dzieci, przeto pochowano go obok żony, która wyprzedziła go w podróż do wieczności o dwa lata.
I Bóg zesłał pocieszenie temu człowiekowi? Zesłał mu przynajmniej spokój. I ten człowiek będzie jeszcze może kiedyś szczęśliwy? Wciąż ma nadzieję. Młodzieniec spuścił głowę. – O, obiecuję panu – rzekł wreszcie po chwili milczenia i podał hrabiemu rękę – ale niech pan pamięta. 5 października czekam na ciebie na wyspie Monte Christo. Czwartego zabierze cię z portu w Bastii jacht o nazwie Eurus. Wystarczy, że powiesz swoje nazwisko kapitanowi, a on zawiezie cię do mnie. Słowo honoru? Słowo honoru. Ale niech pan pamięta, że piątego dzieciak jesteś, jeśli nie wiesz, co to jest obietnica mężczyzny.
Pokazano wszystkie 19 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!